Zrobiłam ostatnio pierwszy rytuał miłosny i zaskoczył mnie jeden efekt, którego kompletnie się nie spodziewałam. Po wszystkim byłam tak zmęczona, że zasnęłam właściwie od razu i spałam chyba z 11 godzin. Myślałam, że może to zbieg okoliczności, ale powtórzyło się przy kolejnym. Nie wiem czy to normalne, czy może coś zrobiłam nie tak. Ktoś miał podobnie?
Mnie też to spotykało na początku. Szczerze to byłem przekonany, że coś jem, jakiś wirus łapię albo po prostu za mało sypiam. Dopiero jak kilka razy z rzędu wyglądało tak samo, to zacząłem kojarzyć, że to ma związek z pracą energetyczną. Teraz traktuję tę senność jako sygnał, że coś faktycznie się dzieje, a nie że rytuał nie zadziałał.
A co konkretnie robiłaś podczas tego rytuału? Bo senność senności nierówna i zależy trochę od tego, jak głęboko wchodzisz w taką pracę. Pytam bo sama ostatni raz czułam się nie tyle senna, ile po prostu wyprana, jakby ktoś wyciągnął ze mnie całe powietrze.
Wizualizacja to nie jest taka błaha sprawa jak wygląda z zewnątrz. Jak naprawdę wchodzisz w to co robisz, to mózg robi mnustwo roboty, której nie widać. Czytałem gdzieś że aktywna wyobraźnia angażuje te same obszary co realne doświadczenie, więc energetycznie to może być naprawde dużo. Nie dziwię się że potem pada.
Hej, przeczytałem i jestem szczerze ciekawy - bo to chyba pierwszy raz słyszę o takim efekcie ubocznym. Mam głupie pytanie: a to jest zmęczenie takie fizyczne, jak po treningu, czy bardziej psychiczne? Bo zastanawiam się czy to w ogóle da się rozróżnić.
To co opisujecie to po prostu wyczerpanie ciała astralnego. Po rytuałach miłosnych wychodzimy z siebie energetycznie i nawiązujemy połączenie z inną osobą, więc logiczne że potem trzeba się zregenerować. Ja zawsze po takich rzeczach jem coś konkretnego, mięso albo ziemniaki, i kładę się spać. Uziemienie przez jedzenie działa lepiej niż cokolwiek innego.
Mam wrażenie, że miesza się tu kilka różnych rzeczy. Zmęczenie po rytuałach to nie jest jeden typ zjawiska. Inaczej reaguje ciało jak pracujesz krótko ale intensywnie, inaczej jak siedzisz przy świecach godzinę i robisz coś spokojnego. Pokrzywka_H, ile mniej więcej trwał ten rytuał i o której to robiłaś?
40 minut to całkiem długo jeśli naprawdę byłaś skupiona przez cały ten czas. Ludzie nie doceniają ile kosztuje utrzymanie koncentracji w takim stanie, kiedy próbujesz odciąć zewnętrzne myśli i zostać w tym co robisz. Mnie zdarza się to samo po długich, spokojnych sesjach - i właśnie te spokojne, ciągnące się długo, wyczerpują bardziej niż intensywne ale krótkie.
A czy to zmęczenie mija szybko? Pytam bo czytam i zastanawiam się czy to jest coś co trwa jeden wieczór, czy może ciągnie się kilka dni.
U mnie zwykle jeden sen wystarczył. Następnego dnia rano normalnie. Chyba że robiłem kilka rzeczy z rzędu, to wtedy mogło trochę dłużej trwać to rozleniwienie. Ale to były skrajne przypadki.
Jeden sen to raczej minimum. Serio polecam nie robić nic następego dnia jeśli mozna, bo jak ciało mówi 'stop' to warto go posłuchać. Raz zignorowałem to i robiłem kolejną sesję po kilku dniach odpoczynku, i efekty były słabe, jakby nic się nie kleiło. Nie wiem czy to kwestia energii czy skupienia, ale coś nie grało.
Tylko jak wy w ogóle mierzycie te 'zasoby energetyczne'? Pytam poważnie, bo mam wrażenie że to trochę koło - skąd wiadomo że jest ich mało, jeśli jedynym wskaźnikiem jest zmęczenie? Zmęczenie może być z tysiąca powodów.
Czytam ten wątek od góry i mam jedno pytanie które mnie gryzie - a co jeśli ta sennosc to nie zmeczenie tylko cos w rodzaju sygnalu ze rytuał zadziałał? Jakis rodzaj potwierdzenia? Spotkałam się gdzies z taką interpretacja ze ciało zasypia bo cos w nim sie zmienia i potrzebuje czasu żeby to przetworzyć. Ale nie wiem czy to ma sens.
Ta myśl o sygnale ze rytuał zadziałał mnie trochę zatrzymała. Bo nigdy tak na to nie patrzyłam, zawsze zakładałam że senność to koszt, nie informacja. Ale jak pomyślę o tym inaczej - ciało coś robi w czasie rytuału, potem potrzebuje czasu, żeby to przetworzyć, i daje sygnał przez właśnie to zasypianie. Może oba te wyjaśnienia nie wykluczają się nawzajem?
No i tutaj wchodzimy w filozofię magii w ogóle, nie tylko rytuałów miłosnych. Pytonissa słusznie pyta, ale to pytanie chyba trochę wykracza poza senność 🙂 Wracając do tematu - mnie interesuje właśnie ten aspekt fizyczny. Czy ktoś próbował porównać zmęczenie po rytuałach robionych rano kontra wieczorem? Bo podejrzewam że pora dnia robi różnicę.
Sam zawsze robiłem wieczorami i nigdy mi nie przyszło do głowy żeby porównać. Ale logika jest - jeśli zaczynasz już zmęczony po całym dniu, to pewnie efekt jest silniejszy albo trudniej go odróżnić od zwykłego wieczornego wyczerpania. Pokrzywka_H też robiła po 21, więc ten kontekst mógłby być ważny.
No właśnie, myślałam o tym potem. Może gdybym robiła to samo rano to by mnie tak nie zmęczyło, albo zmęczyłoby inaczej. Problem w tym że nie bardzo mam warunki rano, mieszkam z rodziną i potrzebuję ciszy i prywatności. Wieczór to jedyna opcja.
A czy ta cisza i prywatność ma dla Ciebie znaczenie na poziomie skupienia, czy bardziej chodzi o to żeby nikt nie przeszkadzał technicznie? Pytam bo to dwa różne rodzaje potrzeb i zastanawiam się czy przez to nie dokładasz sobie dodatkowego napięcia - coś w stylu 'muszę zdążyć zanim ktoś wróci'.
Napięcie przed rytuałem zdecydowanie wpływa na to co się dzieje w trakcie i po. Jak wchodzisz w to z lękiem że ktoś cię nakryje, to nie jesteś naprawdę otwarta i ciało musi pracować podwójnie - i nad rytuałem, i nad tym napięciem. To może tłumaczyć część zmęczenia.
Może napięcie nie blokuje, ale zmienia rodzaj pracy? Jak robisz coś w trybie 'przeżyć bez wpadki' to mózg inaczej przetwarza niż gdy siedzisz spokojnie i masz czas. Obydwa mogą dawać jakiś efekt, ale koszty mogą być zupełnie różne. Trochę jak sprint kontra maraton do tego samego miejsca.
Obie te rzeczy, ale doświadczenie daje więcej. Z czasem mniej myślisz o tym co robisz technicznie, a więcej po prostu jesteś w tym. To zmniejsza koszty. Chociaż temperament rzeczywiście robi różnicę - jedni z natury łatwiej się wyciszają, inni potrzebują lat pracy nad tym.
A można jakoś skrócić czas wyciszania się przed? Pytam bo mnie też często dopadają myśli z całego dnia i mam wrażenie że pierwsze kilkanaście minut to walka z tymi myślami bardziej niż sam rytuał.
Ja kiedyś przeczytałem o technice skanowania ciała przed - zaczynasz od stóp i powoli 'sprawdzasz' każdą część, co zajmuje może 5 minut. To nie jest żadna duchowość, to po prostu propriocepcja i działa na wyciszenie myśli całkiem dobrze. Potem wejście w rytuał jest łatwiejsze bo głowa jest już zajęta czymś konkretnym.
Śledziłem ten wątek i mam inne pytanie - czy ta senność jest zawsze? Znaczy, czy zdarzają się rytuały miłosne po których czujecie się normalnie, bez tego wyprania? Czy to jest reguła czy wyjątek?
U mnie podobnie, ale mam wrażenie że emocje robią tu więcej roboty niż czas trwania. Raz robiłam coś stosunkowo krótko ale byłam w środku bardzo naładowana uczuciami i potem ledwo dotarłam do łóżka. A inny raz siedziałam dłużej ale spokojniej i skończyłam się tylko lekkim wyciszeniem, bez tej typowej senności.
To jest dobre pytanie, ale nie ma tu prostej odpowiedzi. Emocje nie są liniowe - nie jest tak że podwójnie silne emocje dają podwójne zmęczenie. Czasem stan bardzo intensywny ale czysty, bez walki wewnętrznej, kosztuje mniej niż słabsze ale poszarpane. Jakbyś porównał płakanie z żalu kontra płakanie z ulgi - obydwa intensywne, ale to pierwsze zostawia człowieka wyczerpanym a drugie dziwnie odciążonym.
No ale jak robisz rytuał miłosny to trudno nie mieć mieszanych emocji, serio. To nie jest sytuacja w której siadasz z jednym czystym uczuciem i wszystko inne znika. Zazwyczaj jest właśnie ta mieszanina i może to jest normalne, a nie błąd?
