To mi sie skojarzyło z czymś - słyszałam kiedyś że przy silnym lęku społecznym niektórzy terapeuci zalecają właśnie jakieś małe, powtarzalne rytuały fizyczne przed wejściem do sytuacji społecznej, np. dotknięcie czegoś w kieszeni, konkretny oddech. To nie jest ezoteryka, tylko po prostu regulacja układu nerwowego przez fizyczne zakotwiczenie. Czy to nie jest dokładnie to samo o czym mówimy, tylko bez symboliki?
Kurczę, to faktycznie zmienia trochę jak na to patrzę. Że ta cała magia może być w znaczeniu które sami nadajemy, a nie w jakiejś zewnętrznej sile. I że to co odróżnia działający rytuał od niedziałającego to nie to czy świece są odpowiedniego koloru, tylko to czy naprawdę włożyłaś w to konkretną myśl i ją poczułaś.
Mam poczucie że ta rozmowa dochodzi do miejsca gdzie rytuał miłosny to jest prawie zbyt duże słowo na to o czym mowimy. Bo jeśli chodzi o to że ktoś z lękiem społecznym chce się zbliżyć do kogoś, to może ten rytuał ma być po prostu małym sygnałem który on sam sobie daje - że jest gotowy spróbować. Nie magia, nie zaklęcie, tylko umowa z sobą.
To jest dobre pytanie i myślę że odpowiedź leży w tym jak działa na ciało. Postanowienie jest myślą. Rytuał angażuje też czas, miejsce, fizyczny gest - i to sprawia że jest wyraźniej zakodowany. Kiedy potem jesteś w tej trudnej sytuacji społecznej, ciało ma punkt odniesienia. Pamiętasz gest, czujesz coś z tamtej chwili. To nie jest metafora, to neurologia.
Ciekawe że tu pada słowo neurologia, bo ja zawsze myślałam że ezoteryka i neurologia to dwa różne światy. Ale może to jest właśnie ta przestrzeń gdzie się spotykają? Tzn. rytuał działa bo angażuje ciało, a ciało to też mózg, układ nerwowy i tak dalej. Tylko czy wtedy to wciąż jest coś duchowego czy po prostu psychologia?
Zastanawiam się czy to 'nakierowanie na drugą osobę' nie jest czasem źródłem problemu zamiast rozwiązaniem. Bo jeśli ktoś ma lęk społeczny i robi rytuał skupiony na kimś konkretnym, to może to wzmacniać obsesyjne myślenie o tej osobie zamiast pomagać w działaniu. Czy ktoś miał takie doświadczenie?
Ale czy ktoś naprawdę robi rytuał miłosny żeby być bardziej otwartą a nie żeby konkretna osoba coś do niej poczuła? Mam wrażenie że jak ktoś sięga po rytuał miłosny to jednak ma kogoś konkretnego w głowie. Takie rzuty na kolana kiedy nic innego nie działa.
To jest chyba najlepsza rzecz jaką przeczytałam w tym wątku. Ze można zacząć od zewnątrz a skończyć na sobie. I może właśnie na tym polega ta różnica między rytuałem który pomaga a rytuałem który szkodzi - nie w intencji z którą zaczynasz, tylko w tym co czujesz w środku i po.
Ale to mnie ciekawi - czy da się tę zmianę wywołać świadomie? Tzn. czy można zaplanować rytuał tak żeby ta zmiana perspektywy z zewnątrz na wewnątrz była częścią struktury, a nie przypadkiem jak u Feniksy?
To pytanie Radosławy o świadome zaprojektowanie tej zmiany perspektywy jest może najciekawsze w całym wątku. Myślę że tak, da się to zbudować strukturalnie. W wielu tradycjach magicznych jest coś co można nazwać dwufazowością rytuału - najpierw pracujesz z obrazem zewnętrznym, konkretną osobą, sytuacją, a potem jest moment zwrotny gdzie intencja wraca do ciebie. Nie jako porażka, tylko jako zamknięcie pętli. Tylko że trzeba to zaplanować, żeby to nie był przypadek.
O, to jest ciekawe bo u mnie to wyszło bezwiednie. Nie planowałam żadnego zwrotu, po prostu w pewnym momencie poczułam ze siedzę i mówię do siebie, nie do tamtej osoby. Jakby naturalnie. Może rytuał sam to wymusił bo miałam świecę i skupiałam sie na płomieniu i w końcu widziałam tylko płomień, nie wyobrazhałam już tamtego człowieka.
Czytam to i myślę że może właśnie dlatego mam problem ze zrozumieniem skąd bierze się ta różnica między rytuałem a zwykłą refleksją albo medytacją z intencją. Bo jeśli to się zlewa jak u Feniksy, to może granica jest tylko w nazwie którą na to nakładamy?
Ale ta nazwa może mieć znaczenie dla mózgu. Jeśli powiesz sobie 'medytuję' to masz pewne oczekiwania wobec tego co się stanie. Jeśli powiesz 'robię rytuał' to uruchamiasz inne skojarzenia, inne napięcie. To nie jest tylko semantyka, to różne stany gotowości.
Dobra ale to stwarza pytanie czy rytuał miłosny z lękiem spolecznym ma w ogóle specyfike, czy to po prostu każdy rytuał który ktoś zrobi przed trudną sytuacją społeczną zadziała tak samo? Bo jezeli tak, to 'miłosny' to tylko nazwa dla czegoś bardziej ogólnego.
Ale jak ktoś ma lęk społeczny to wyobrażanie sobie połączenia z drugą osobą może być właśnie tym co go nakręca, nie uspokaja. Ja jak próbowałam coś podobnego to im bardziej skupiałam się na tej osobie tym bardziej moje ciało było w trybie 'alarm'. Serce szybciej i tak dalej.
To może zależy od etapu. Jeśli jesteś w środku ostrego lęku, to skupianie się na drugiej osobie to za dużo. Ale jeśli masz chwilę spokoju i robisz rytuał z wyprzedzeniem, nie tuż przed spotkaniem, to może ta wizualizacja połączenia jest wtedy bezpieczniejsza?
Ale skad sie wie ze juz sie jest w tym spokojnym oknie? Bo ja jak sie wydaje że jestem spokojna to i tak zaraz zaczynam myśleć o tamtej sytuacji i spokój znika. Jak w ogóle wejść w ten stan zeby rytuał miał sens a nie żeby bylo to kolejne kolo nakrecania?
Moze tez chodzi o to ze rytualy maja czesto jakis element powtarzalnosci i rutyny. Jak robisz cos regularnie a nie tylko w kryzysie, to cialo sie uczy ze to jest przestrzen spokojna. A jak siegniesz po rytuał tylko kiedy juz wszystko sie wali to nie ma tej kotwicy spokoju.
Mam podobne odczucia co Feniksa. Regularność robi coś z oczekiwaniami. Jak robię coś tylko w sytuacji kryzysowej, to wchodzę w to z desperacją i to czuć w całym procesie. Natomiast jak mam jakąś stałą praktykę, nawet niewielką, to w momencie gdy naprawdę potrzebuję spokoju mam już jakieś ciało wspomnienia z tego. Nie muszę budować wszystkiego od zera.
Jest pojęcie w psychologii somatycznej które nazywa się 'window of tolerance' i to dokładnie opisuje to okno spokoju o którym rozmawiałyście. Poza tym oknem, zarówno w górę jak i w dół, trudno przetworzyć cokolwiek. Ale to okno można rozszerzać przez regularne doświadczenia spokoju. Rytuał jako praktyka regularna robi dokładnie to. Powoli poszerza zakres stanów w których jesteś w stanie cokolwiek przyjąć.
Ale czy rytualy miłosne w kontekscie leku społecznego nie sa troche specyficzne wlasnie dlatego ze to nie jest neutralny obiekt medytacji? Tzn jak medytujesz nad kamieniem albo płomieniem to masz neutralny punkt skupienia. Jak masz intencje milosna to masz konkretna osobe i cały emocjonalny bagaz z nia zwiazany. Czy to nie sprawia ze trudniej to połaczyc z rozszerzaniem tego okna spokoju?
A skąd wiadomo że te dwie rzeczy są rozłączne? Może zbliżenie się do kogoś konkretnego i wejście w stan otwartości to jedno i to samo tylko opisane inaczej?
Ale to moze byc kwestia nie tego że sie nie jest gotową, tylko że to jest normalne iż mamy kogoś konkretnego w głowie i próbujemy sie udawac przed sobą że nam nie zalezy. Może zamiast walczyć z tym obrazem tej osoby, można go po prostu świadomie odłożyć na czas rytuału? Nie wyprzeć, tylko odłożyć.
A czy to w ogóle jest wykonalne? Bo mnie jak coś siedzi w głowie to nie da się tego tak odstawić na półkę. Szczególnie jeśli właśnie o tej osobie myślimy przez cały dzień przez ten lęk.
Ale to brzmi juz bardziej jak terapia niz rytuał. Nie oceniam, po prostu sie zastanawiam czy to nie jest za duzo na jeden rytuał - zdiagnozowac co chcę, zaakceptowac siebie i jeszcze przy okazji otworzyt sie na kontakt z kimś konkretnym.
I to jest według mnie powód dlaczego rytuały w ogóle mogą mieć wpływ na relacje, nie dlatego że coś robią tej drugiej osobie, tylko dlatego że robią coś z osobą która je wykonuje. Jak wychodzisz z rytuału w innym stanie niż do niego weszłaś, to jesteś trochę inną osobą w tej interakcji. I ta inna jakość jest widoczna.
No tak ale chodzi chyba o to ze mozna to osiagac bez rytualu i wtedy po co rytuał. Mozna przed wyjsciem z domu wziąc głęboki oddech, powiedziec sobie cos miłego, i efekt podobny. Co rytuał robi czego to nie robi?
