Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad czymś, co może brzmieć trochę dziwnie, ale spróbuję. Mam koleżankę, która ma bardzo silny lęk społeczny - dosłownie trzęsą jej się ręce przy rozmowie z nowym człowiekiem, a co dopiero kiedy chodzi o kogoś, kto jej się podoba. I ona sama powiedziała mi, że myśli o jakimś rytuale miłosnym, nie żeby 'zmusić' tę osobę do czegoś, ale żeby sama poczuła się spokojniejsza w tej relacji. Jakby rytuał miał działać bardziej na nią niż na tamtą osobę. I teraz się zastanawiam - czy to w ogóle tak może działać? Czy rytuały miłosne mogą pomagać w sensie takiego wewnętrznego odblokowania, a nie tylko w tym klasycznym rozumieniu przyciągania kogoś?
To bardzo ciekawe pytanie tak naprawde. Bo jak sie zastanowię, to wiekszość osób z którymi rozmawiałam o rytuałach miłosnych robiła je właśnie z tego powodu - nie żeby ktoś nagle się w nich zakochał z dnia na dzień, tylko żeby same poczuły się pewniej. Jedna znajoma robiła afirmacje połączone z rytuałem na pewność siebie przed spotkaniem i mówiła, że miała wrażenie jakby coś jej 'zsiadło' z barków. Nie wiem czy to rytuał, autosugestia czy jedno i drugie, ale efekt był.
Zgadzam się z tym, co piszesz, ale chciałabym dodać jeden wątek, bo to nie jest takie proste jak 'rytuał na spokój i wszystko gra'. Lęk społeczny to konkretna sprawa, często zakorzeniona głębiej, i rytuał może być wsparciem, ale nie zastąpi pracy z tym lękiem od środka. Widziałam osoby, które robiły rytuały i czuły chwilową ulgę, ale potem wracały do punktu wyjścia, bo nie ruszyły tego, co siedzi głębiej. To nie znaczy, że rytuał nie ma sensu - ma, ale raczej jako coś towarzyszącego, nie jako jedyne wyjście.
A możesz powiedzieć więcej o tym 'zsiadło z barków'? Bo sama mam podobny problem i zastanawiam sie czy rytuał to cos dla mnie, ale nie wiem czy chodzi mi o tą osobę czy o to żeby w ogóle nie bać sie ludzi, rozumiesz? To są chyba dwa różne problemy?
Chcę tu zaznaczyć jedną rzecz, bo obawiam się, że rozmowa zmierza trochę w kierunku 'rytuał zamiast terapii'. Lęk społeczny, ten prawdziwy, kliniczny, to stan który wymaga konkretnej pracy - czy to terapia, czy techniki ekspozycji, czy inne metody. Rytuał może towarzyszyć temu procesowi i być wsparciem psychologicznym, ale kiedy ktoś zaczyna traktować go jako alternatywę, to wtedy robi się niebezpiecznie. Nie mówię, że tak tu jest, ale warto to wyraźnie powiedzieć.
Ma sens i jest na to całkiem solidne wytłumaczenie, chociaż nie ezoteryczne, tylko psychologiczne. Rytuały - w szerokim sensie, nie tylko magiczne - pełnią funkcję regulacji emocjonalnej. Badania Alison Wood Brooks z Harvardu pokazały, że osoby wykonujące dowolny powtarzalny rytuał przed stresującym wydarzeniem wypadają lepiej i czują mniejszy lęk. To nie jest magia, to efekt przejęcia kontroli nad sytuacją. Pytanie jest natomiast, czy rytuał miłosny w szczególności ma tu jakieś specyficzne znaczenie, czy chodzi o samą strukturę rytuału jako takiego.
Ale to co opisujesz to chyba działa na zasadzie placebo trochę? Tzn. skoro wierzysz że to działa, to działa? Czy jest tu coś więcej? Bo jak tak to stawiam, to nie wiem czy różni się to od np. noszenia ulubionego swetra przed randką bo 'w nim zawsze dobrze mi idzie'.
Słucham tej rozmowy i mam jedno pytanie, może głupie, ale - jak wy w ogóle mierzycie, że rytuał zadziałał? Znaczy, jeśli ktoś zrobił rytuał i potem podszedł do tej osoby i się nie trząsł, to skąd wiecie że to był rytuał, a nie po prostu ten dzień był lepszy albo ta osoba była miła i to rozładowało napięcie?
Właśnie, bo ja np. nie wierzę w rytuały jako takie, ale słuchając tej rozmowy zaczynam myśleć że może to nie jest kwestia wiary w magię tylko kwestia wiary w siebie? Że robisz ten rytuał, skupiasz się na tym co chcesz osiągnąć i to skupienie już coś zmienia? Chyba to mi bliżej do zrozumienia niż jakieś energie czy co tam.
Jest jeszcze jeden aspekt który mnie tu uderza a nikt go nie poruszył. Rytuały miłosne mają często element symboliczny - świeca konkretnego koloru, konkretna godzina, konkretny kamień. I ta symbolika sama w sobie może działać na podświadomość. Czerwony kolor pobudza, róża kojarzy się z miłością i ciepłem - to nie jest magia w sensie dosłownym, ale bodźce sensoryczne, które zmieniają stan wewnętrzny. Ktoś z lękiem społecznym, kto przez kilka minut siedzi przy różowej świecy i myśli o ciepłej relacji, może wyjść z tego w innym stanie niż wszedł.
Dołączam bo ten temat mnie zainteresował. Ja kiedyś robiłam cos w rodzaju rytułu przed ważnym spotkaniem - nie miłosnym, ale generalnie na otwartość - i używałam do tego różowego kwarcu. Nie dlatego że 'w kamień wierzę' tylko że miło go trzymać w dłoni i to mnie jakoś uspokajało. I teraz mysle że może to jest właśnie ten mechanizm o którym piszecie? Że nie ma znaczenia czy to kamień ma moc czy nie, tylko że ON ci przypomina o intencji?
Ale czy ktoś z was naprawdę próbował rytuału konkretnie pod kątem lęku przed zbliżeniem się do kogoś, nie ogólnego spokoju? Bo to co opisujecie to fajne, ale mam wrażenie że trochę upraszczamy. Lęk przed konkretną osobą, kiedy ci się podoba i boisz się odrzucenia - to jest specyficzna emocja. Ciekawa jestem czy rytuał może dotknąć właśnie tego konkretnego lęku czy raczej działa na poziomie ogólnego stanu.
Ja się tu trochę gubię, bo rozmawiamy o rytuałach i o lęku i o symbolice i o placebo, i mam wrażenie że gdzieś po drodze zginęło pytanie z tytułu wątku. Czy rytuał miłosny może pomóc w zbliżeniu się do kogoś kiedy się tego boimy. I właściwie - jaka jest odpowiedź? Bo wybieram z tej rozmowy kilka odpowiedzi i wszystkie są inne.
Odpowiedź jest taka, że zależy - i to nie jest wykręt, tylko rzetelna diagnoza. Zależy od tego co jest źródłem lęku, jak głęboko zakorzeniony jest ten lęk, czy rytuał jest zrobiony z intencją 'otwórzmy mnie' czy 'przyciągnijmy kogoś', i czy osoba traktuje rytuał jako jeden z elementów działania czy jako jedyne działanie. To nie jest prosta skala tak/nie.
Ale to brzmi trochę jak odpowiedź na wszystko i nic jednocześnie. Nie zarzucam, tylko mam wrażenie że jak zawsze mówi się 'to zależy' to znaczy że właściwie nie wiemy. Czy jest coś konkretnego co by wskazywało że dla danej osoby rytuał będzie pomocny, a nie tylko neutralny?
Chyba nie chodzi o wiarę w sensie religijnym. Raczej o otwartość, nie trzeba byc przekonaną że zadziała, wystarczy że nie odpychasz z miejsca. Sama zaczynałam od pozycji 'spróbuję, może coś poczuję' i to wystarczyło żeby skupienie się pojawiło. To nie jest jak z modlitwą, gdzie wiara jest konieczna.
To rozróżnienie jest naprawdę istotne etycznie też, nie tylko praktycznie. Rytuał nakierowany na zmianę siebie nie narusza czyjejś autonomii. Rytuał nakierowany na zmianę czyjegoś zachowania wobec nas - tu już robi się dyskusyjnie, niezależnie od tego czy wierzymy w jego skuteczność czy nie. I myślę że wiele osób które tu mówi 'rytuał mi pomógł' właśnie intuicyjnie robiło ten pierwszy typ, nawet jeśli nie nazywały tego w ten sposób.
Ciekwe, bo nigdy tak o tym nie myślałam. Zawsze miałam wrażenie że rytuał miłosny to z definicji coś co ma 'przyciągnąć' kogoś, a tu wychodzi że można go robić zupełnie inaczej. To prawie jak afirmacja tylko z fizycznym elementem, tak?
A mam pytanie trochę z innej strony, bo patrzę na to z zewnątrz trochę. Czy ktoś miał sytuację odwrotną - zrobił rytuał i to nie pomogło, albo nawet pogorszyło? Bo tu cała rozmowa jest raczej o tym że pomaga, a chciałbym wiedzieć czy są jakieś sytuacje gdzie to nie jest dobry pomysł.
Właśnie to jest moje pytanie od początku w zasadzie. Bo jak sama sobie analizuję dlaczego robię pewne rzeczy, to zwykle jestem pierwszą osobą która może się okłamać. Intencja brzmi pięknie, a w praktyce i tak siedzę w domu.
Ale jest jeszcze ta środkowa sytuacja - kiedy rytuał daje spokój, i ty jeszcze nie wychodzisz, ale za tydzień wychodzisz. Nie zawsze to jest natychmiastowe. Mnie raz trwało chyba trzy tygodnie zanim cokolwiek zrobiłam z tym co poczułam podczas rytuału, i nie wydaje mi sie żeby to znaczyło że był złym rytuałem.
A wracając do tego co Leontyna pisała wcześniej o robieniu rytuału w panice - to jak to w ogóle wygląda? Tzn. czy to że ktoś jest w silnym lęku to znaczy że nie powinien robić rytuału w ogóle, czy że powinien go zrobić inaczej?
Dobra ale to jest chyba odwrócenie logiki, bo jak ktoś ma silny lęk społeczny, to właśnie wtedy tego potrzebuje, nie? Jak jest spokojny, to i tak da radę, a jak jest w panice, to wtedy czuje że nic mu nie pomaga i właśnie wtedy szuka czegoś.
Ale chyba jest jeszcze jeden rodzaj rytuału, który może działać w trudnym momencie - takie rytuały uziemiające, nie nakierowane na konkretną intencję tylko po prostu na wrócenie do ciała. Nie wiem czy to wciąż rytuał miłosny, ale jeśli ktoś robi go żeby się uspokoić przed ważnym spotkaniem, to chyba mieści się w temacie.
Czy w takim razie oddech i kamień przed spotkaniem to już jest rytuał? Pytam serio, bo to brzmi jak coś bardzo prostego i codziennego, i zastanawiam sie czy nie wymyślamy tu czegoś co po prostu jest uważnością.
Wróciłam do tego wątku i czytam od początku i mam wrażenie że cała rozmowa krąży wokół jednej rzeczy - tego że rytuał miłosny w kontekście lęku jest przede wszystkim pracą z sobą, nie z sytuacją. I że to co odróżnia go od zwykłej afirmacji albo uważności to ta fizyczna, symboliczna warstwa. Czy to jest dobre podsumowanie czy komuś się wyrywa?
Brzmi rozsądnie, ale dodałabym że ta symboliczna warstwa jest ważna właśnie dlatego że lęk działa przez ciało, nie tylko przez głowę. Afirmacja to słowa. Rytuał angażuje też gest, zapach, może dźwięk, i to trafia inaczej. Dla kogoś z lękiem który jest mocno fizyczny, ta różnica może być bardzo konkretna.
