Czytam to i serce mi się ściska, bo w Twoich słowach czuję coś bardzo znajomego... ten błąd, który popełnia wiele z nas, kiedy boli.
Widzisz, magia nie jest winowajcą. Tarot, runy, talizmany, to tylko narzędzia, i same w sobie niczego nie psują. Ale jest coś, o czym rzadko mówi się wprost: kiedy podchodzimy do tych narzędzi z pozycji desperacji, z miejsca bólu i braku, to ten właśnie ból i brak zaczyna się w naszym życiu pogłębiać. Energia, którą wnosimy do wróżb i rytuałów, jest jak gleba pod rośliny. Jeśli gleba jest przesiąknięta strachem i niedostatkiem, trudno żeby wyrosło z niej coś zdrowego.
To co opisujesz, ta powtarzajaca się historia pięknych początków i dramatycznych zakończeń, brzmi jak coś, co ma swoje korzenie znacznie głębiej niż czarna magia. To wzorzec, który nosimy w sobie. I żadne zaklęcie go nie uleczy, bo on nie jest klątwą z zewnątrz, on jest częścią nas samych.
Nie mówię tego, żeby zranić. Sama długo szukałam odpowiedzi w miejscach, w których ich nie było.
Myślę, że zamiast pytać czy tarot coś zepsuł, warto zapytać siebie: co w środku sprawia, ze wybieramy ludzi, którzy odchodzą? Co boimy się zobaczyć? Terapia naprawdę może tu pomóc, i nie traktuj tego jak porażkę, bo to jest po prostu narzędzie... tak samo jak tarot, tylko celniejsze w tej konkretnej kwestii 🙂
Niezalenie od tego co sądzę o granicy między magią a tym co nią nie jest, i mam na ten temat już wyrobione zdanie, bo mówiłam o tym tu nie raz... uważam że osoby które nie sa stabilne psychicznie nie powinny w ogóle zbliżać sie do tego rodzaju praktyk. I nie chodzi tu o sam tarot czy inne narzędzia, ale o kontakt z czymkolwiek co nazywamy siłami wyższymi. Zasada jest prosta: podobne przyciąga podobne. Ktoś kto jest roztrzęsiony energetycznie i psychicznie, działa jak magnes na byty które niekoniecznie przyszły z dobrymi zamiarami.
jasne że może i to nie ma nic wspólnego z tą całą regułą „podobne przyciąga podobne” (swoją drogą ta reguła jest jak najbardziej magiczna, pochodzi z prawa odpowiedniości sformułowanego przez XIX-wiecznych okultystów i przewija się przez wszystkie dzieła Crowleya). ta reguła to pseudo-zasada która mamie ludzi złudną wiarą, że skoro mają „dobre wibracje” i są „duchowo poukładani” to przyciągną tylko dobre duchy. w magii działa zupełnie inne prawo: prawo uzaleznienia. magia jest jak narkotyk. na początku daje same przyjemne rzeczy, a potem zaczynają się koszmary dokładnie takie jak te opisywane wyżej w tym wątku. ratuj życie dziewczyno!!!!! i nie słuchaj fałszywych „mesjaszy”. siedziałem 40 lat w magii i wiem ile są warte rady innych okultystów, zwłaszcza tych którzy udają że sami nie praktykują. leki i sesje u psychologa to i tak wersja light złego końca tej drogi. mniej łagodny wariant to szpital psychiatryczny albo samobójstwo...
pomyśl sobie jak często mijasz cpuna leżącego w rynsztoku, który mimo że jest fizycznie zniszczony to ty zaczynasz wyglądać jak on, tyle ze nie w swiecie materialnym tylko duchowym. z czasem ten wygląd może „przejść” też na płaszczyznę materialną. widziałem dziesiątki, setki takich osób i serce się kraje. a dla ilu z nich nie ma już ratunku. pozdrawiam i życzę dobrego rozeznania 🙂
hej, przepraszam za to co pisalem wcześniej w tamtym wątku o chrześcijaństwie i wróżbiarstwie, troche za ostro poszło z mojej strony :/ no i życzę wszystkim tutaj wytrwałości, rozsądku i żeby wiara was nie opuszczała 🙂
Moim zdaniem to nie magia, nie runy, nie tarot ani żaden Saturn czy Pluton niszczy człowiekowi życie. Sami sobie je niszczymy, uzależniając się od czegokolwiek. Nieważne czy to tarot, alkohol czy cokolwiek innego, mechanizm jest ten sam, działamy przeciwko sobie.
Choć z drugiej strony magia jest niebezpieczna, bo to swego rodzaju pożyczka od losu i kiedyś przyjdzie ją zwrócić. No i jeśli ktoś myśli, że talizman pomoże mu iść na skróty... grubo się myli.
Ludzie maja tendencję do szukania przyczyn swoich porazek gdzieś na zewnątrz, w złym losie albo w innej osobie. Niestety, i tego nauczyła mnie astrologia, najczęściej przyczyny złych rzeczy tkwią w nas samych. Bo nie akceptujemy siebie, nie kochamy siebie takimi jakimi jesteśmy, nie szanujemy siebie. A co za tym idzie, nie potrafimy też naprawde akceptować, kochać i szanować innych.
Rozumiem, że ktoś tu wyżej twierdzi, iż nie można wrzucać wszystkich do jednego worka i że astrologia czy tarot to nie to samo co czarna magia. Ale moim zdaniem... to właśnie jest ten błąd. Tak jak mówienie, że są narkotyki lekkie i ciężkie, to złudzenie, bo każde uzależnienie niszczy. Z magią jest dokładnie tak samo, nie ważne czy biała czy czarna, czy „tylko” karty.
Chcę być dobrze zrozumiana, nie mówię, że osoby które tym się zajmują są złe. Naprawdę nie. Często działają w dobrej wierze, chcą pomóc. Ale narzędzia których używają... to właśnie one szkodzą. i dopóki nie odczujemy tego na własnej skórze, bardzo trudno w to uwierzyć.
Co do kart i astrologii jako pomocy w życiu, wlasnie tu chciałabym zaprotestować. Przez tyle lat miałam kontakt z ludźmi którym „poukładano” życie za pomocą takich praktyk. Depresje, leki, nerwice, migreny, rozchwianie emocjonalne, odsuwanie bliskich od siebie... i co gorsze, te skutki często ponoszą też dzieci, wnuki tych osób. Wiele z nich przez długi czas uważało, że im to pomaga. Nikt ich nie ostrzegł, albo po prostu spróbowały bo koleżance „wyszło” i wyglądało to tak niewinnie.
Próbowałam to kiedyś udowodnić, zbadać zależności empirycznie, nie pozwolono mi na to. I to też wiele mówi...
Opowiem wam coś, co mnie spotkało jakiś czas temu i naprawdę mnie zmroziło.
Mąż dostał zaproszenie od kolegi z pracy na kolację, razem ze mną. Ten kolega jest żonaty, ma dwójkę dzieci. Poszliśmy, bo wszystko wyglądało zupełnie normalnie, takie zwykłe towarzyskie spotkanie żeby się bliżej poznać. Ja w ogóle nie znałam tych ludzi, mąż znał tylko jego, i to tylko z pracy.
No więc przyszliśmy. I od razu coś mnie tknęło, że z tą rodziną jest coś... dziwnego. Atmosfera w tym domu była bardzo specyficzna, taka duchowo-ezotoryczna, czuło sie to dosłownie od progu. Oboje gospodarze zachowywali się jakby każdy nasz ruch, każde słowo, miało jakieś ukryte znaczenie. Ta kobieta po prostu nas świdrwała wzrokiem przez cały wieczór.
Zjedliśmy kolację, oni poszli położyć dzieci, wrócili, siedzieliśmy na fotelach i gadaliśmy. I nagle, bez żadnego ostrzeżenia, ta kobieta zaczęła mówić że widzi wokół mnie duchy. Przestraszyłam się poważnie, nie mam zamiaru mieć z tym nic wspólnego. Zaczęła opisywać jakiegoś konkretnego ducha, szczegóły pasowały do kogoś z mojej rodziny co mnie kompletnie zszokowało, bo skąd mogła wiedzieć cokolwiek o moich przodkach. Powiedziała że ta osoba szuka ze mną kontaktu i że kluczem jest jakiś obraz który mam w domu. I opisała ramę tego obrazu.
Wbiło mnie w fotel. Ten obraz faktycznie istnieje, należał do moich dziadków, z którymi byłam bardzo zżyta.
Wyszliśmy stamtąd kompletnie roztrzęsieni. A jakiś czas potem mąż usłyszał od tego kolegi w pracy, że oni nas już nigdy więcej nie zaproszą, bo nie jesteśmy dla nich interesującym towarzystwem i nie mają dla nas czasu. Dosłownie tak powiedział.
No cóż, może i dobrze że więcej tam nie pójdziemy, ale przyznam że się zdenerwowałam. Co wy w ogóle myślicie o czymś takim?
słuchajcie, jak szukacie jakiegos fajnego materialu do posłuchania na ten temat to polecam audycję „Świat Odlotów” 🙂 można ją znaleźc w necie, naprawde warto
Ten wątek, i kilka podobnych, idzie w stronę przestróg i ostrzeżeń. Dobrze. Dorzucę swoje trzy grosze 🙂
Jeśli masz jakieś lęki, obawy, brakuje ci prawdziwego i głębokiego zaufania do czegokolwiek wyższego, to po prostu nie ruszaj ezoteryki. Serio.
Jeśli twoje prawdziwe motywacje, te głęboko schowane gdzieś w podświadomości, wynikają z poczucia braku albo niegodności, albo boisz się kary za „grzeszne” rzeczy, to trzymaj sie od tego z daleka, bo ci zaszkodzi. Nie ma innej opcji.
Prawda jest dostepna tylko dla tych, którzy mają naprawdę odwagę i siłę żeby ją poznać, mimo wszystkich przeszkód i pułapek po drodze. Najlepszym dowodem na to że to nie jest proste, są losy głównych osób które ten wątek nakręcają. To nie żarty. Nawet 40 lat doświadczeń okultystycznych nie daje nic poza cierpieniem, jeśli popełnia się jeden podstawowy błąd, który można by nazwać grzechem niewiary.
Jeśli nie znasz siebie wystarczająco dobrze, swoich ukrytych pragnień i wyobrażeń, to zawróć, bo twoje własne intencje cię zwiodą. To są naprawdę szatańskie sztuczki i nie warto tego lekceważyć.
Jeśli jednak mimo wszystko zdecydujesz sie iść tą ścieżką, to pamiętaj że byłeś ostrzeżony 🙂
Brzmi to jak kazanie z ambony szczerze mówiąc. Nie wierz w przesądy, nie pluj przez ramię, czarny kot to nie żaden znak, piątek trzynastego to normalny dzień... same ogólniki, żadnych konkretów. Tylko straszenie i puste słowa. Mnie takimi rzeczami nikt nie przekona.
szczerze mówiąc, to myślę że za bardzo się w to wszystko wciagasz. talizmany, wróżki, karty co dzień... to chyba trochę za dużo.
takie rzeczy mogą ci pomóc, ale wcale nie muszą, i na pewno nie powinny być wyrocznią od której uzależniasz każdą decyzję. to tylko narzędzie, nie więcej.
moim zdaniem warto byłoby zrobić sobie przerwę od tego wszystkiego. odłożyć karty, zapomnieć na chwilę o wróżbach i postawić na własną głowę. naprawdę, własny umysł to większa potęga niż nam sie wydaje.
mam takie swoje motto i bardzo w nie wierzę: Bóg czasem spowalnia swe łaski, ale nigdy ich nie odmawia. coś w tym jest.
jeśli chcesz coś napisac na ten temat to śmiało, chętnie pogadam tutaj w wątku 🙂
Może, i to jak. Tylko że dzieje się to po cichu, bez żadnego ostrzeżenia, i człowiek często nie zauważa w którym momencie się wciągnął. Uzależnia, otacza ze wszystkich stron i trudno sie z tego wykaraskać.
Piszę do wszystkich ktorzy tu zaglądają - żyjcie z głową i nie szukajcie pomocy w miejscach, gdzie czeka was co najwyżej chwilowe poczucie ulgi, a za nim coś co może naprawdę narobić szkód. To nie są żarty.
Dziękuję za te słowa, naprawdę... myslę że takie opinie jak ta potrafią uchronić wiele osób od poważnych błędów, nie tylko mnie.
Hej, jeśli masz ochotę dowiedzieć się czegoś więcej to śmiało napisz tutaj w wątku, postaram sie pomóc jak bede mógł.
Trafiłem tu chyba nie przez przypadek, bo przypadków raczej nie ma. Zanim w ogóle przejdę do magii, to powiem jak to widzę: magia to po prostu brak wiedzy. Nic więcej. Jak byłem mały i ogarnąłem że 4 to może być 2+2 albo 3+1, to matematyka przestała być dla mnie czymś tajemniczym. I tak samo jest z wszystkim innym.
Warto też pamiętać że to co dziś nazywamy nauką akademicką, kiedyś wywodziło się właśnie z „niezwykłych” obserwacji i zjawisk. Parapsychologia, tak bardzo nielubiana przez naukowców, dała tak naprawdę początek wielu dziedzinom. Każdy z nas ma w sobie pewne zdolności, które mogą się wydawać niecodzienne, ale to nie magia, to po prostu my sami.
No i ważna sprawa: żeby te zdolności dobrze ukierunkować, trzeba trafic na właściwego nauczyciela. I tu dochodzimy do sedna.
Pamiętam że gdzieś w TVN leciał program „Nie do wiary” i był tam reportaż o facecie imieniem Jan, który przed wyjazdem do Austrii poszedł do tarocistki. Powiedziała mu co go czeka i... wszystko się sprawdziło. Stracił cały majątek wypracowany za granicą, bo jego podświadomość robiła wszystko żeby to proroctwo się ziściło. Ta kobieta po prostu źle go pokierowała. Moim zdaniem nie miała ani kultury osobistej, ani specjalnej inteligencji. Dlatego właśnie trzeba uważać z kim się ma do czynienia.
Sam jestem przeciwny wróżbom. Natomiast talizmany to inna bajka, bo pomagają nam funkcjonować, dają poczucie zakorzenienia. W sumie każdy symbol religijny czy filozoficzny który nosimy przy sobie jest właśnie takim talizmanenem.
Szczerze mówiąc lepiej pójść do kogoś mądrego żeby nam powiedział coś o naszym charakterze, a nie o przyszłości. Bo siebie samych do końca i tak nie znamy, a jak ktoś nam zwróci uwagę, to od razu się oburzamy „co, ja naprawdę taki jestem?”. Można by o tym pisać jeszcze długo, ale na razie tyle. Jeśli ktoś ma jakieś pytania albo chce pociągnąć temat, to piszcie tutaj, chętnie się włączę w dyskusję
Jak długo już się tym zajmujecie?
Wiesz, jak ktoś na wstępie mówi że jest „bardzo rozwinięty duchowo”, to dla mnie już od razu zapala się czerwona lampka. Naprawdę rozwinięte osoby, te które np. czytają tarota czy pracują jako jasnowidzący i robią to uczciwie, nigdy nie twierdzą że już osiągnęły jakiś pułap. Wprost przeciwnie, ciągle się rozwijają i wiedzą że zawsze jest jeszcze coś do przepracowania.
No i jeszcze jedna rzecz, bo pisała tu ktoś wcześniej że to nie dla każdego i mam wrażenie że słusznie. Żeby w ogóle pracować z tymi tematami trzeba być stabilną osobą, i to zarówno psychicznie jak i duchowo. jeśli jesteś katoliczką i traktujesz to poważnie, to szczerze mówiąc tarot nie jest dla ciebie, po prostu stoi w sprzeczności z nauką Kościoła. Natomiast jeśli jesteś otwarta i nie zamykasz się w żadnej szufladce, to możesz z tego korzystać...
Ale tu ważna sprawa, bo chyba wiele osób ma błędne wyobrażenie o tym czym jest tarot. Dobra tarocistka nie przepowiada przyszłości. Ona raczej wskazuje kierunek albo pokazuje jakąś prawdę, nawet jeśli ta prawda jest bolesna. I to czy ty to przyjmiesz czy odrzucisz, to już twoja sprawa. Duchowy wzrost na początku często boli i tyle, ale jak się człowiek otworzy na ten przekaz, to zaczyna coś w nim się naprawdę zmieniać.
Warto się zastanowić w jakich obszarach życia czegoś brakuje. Na co nie zwracasz uwagi? Czy stawiasz granice w związkach? Czy szanujesz siebie, nie tylko w relacji z partnerem ale w ogóle, na co dzień? Jakie masz o sobie zdanie?
Pomyślałabym też o tym, żeby czasem po prostu... odpuścić. Sprawdzić czy jesteś ze sobą szczęśliwa, bez kogoś u boku. Bo dopiero kiedy człowiek czuje się dobrze sam ze sobą, to wtedy niespodziewanie pojawia się ktoś wartościowy w życiu. Kurczowe trzymanie się myśli że koniecznie trzeba byc z kimś, rzadko dobrze sie kończy. Może właśnie te szybko rozpadające się związki to sygnał, że jest coś w sobie samej, na co warto zwrócić uwagę? Pozdrawiam 🙂
