Hej, ale chwila - to by znaczyło, że nowy symbol jest w jakimś sensie czystszy, bo nie ma tej historii porażek. I wracam do mojego wcześniejszego pytania: może to jest właśnie argument za sigilami zamiast gotowych systemów?
Ale wracając do tytułu tego wątku, bo zaczynamy trochę odpływać - sam akt pisania. Czy ktoś zauważył różnicę między pisaniem intencji raz a wielokrotnym przepisywaniem tego samego? Bo ja mam praktykę, gdzie przepisuję tę samą intencję przez siedem dni z rzędu i czuję, że to inaczej pracuje niż jednorazowy zapis.
To jest dobra metoda. Ja robię podobnie - pierwsza wersja to praca, kolejne to już coś w rodzaju pieczętowania. Ale pytanie do wszystkich: czy ktoś kiedyś zmienił intencję w trakcie serii przepisywań, bo poczuł, że oryginalna była źle sformułowana? I co z nią wtedy zrobił?
To jest coś. Sposób, w jaki pozbywasz się zapisanej intencji, mówi chyba tyle samo co sposób jej tworzenia. Palenie, zakopywanie, puszczanie z wodą - czy ktoś tu świadomie dobiera metodę do rodzaju intencji? Bo mnie wydaje się, że woda i ziemia niosą zupełnie inne znaczenie w tym kontekście.
Wracając do pytania Stefci o zmianę intencji w trakcie serii - u mnie zdarzyło się raz, że nie zmieniłam, choć czułam, że powinnam. Dokończyłam siedem dni z intencją, którą miałam już inaczej sformułowaną w głowie. I to chyba był błąd, bo skończyłam z czymś, w co w połowie już nie wierzyłam. Myślę, że lepiej przerwać i zacząć od nowa, niż brnąć w coś, co straciło spójność.
Dobra, ale wracam do czegoś bardziej podstawowego, bo mi ginie główny wątek. To, co tu opisujecie - siedmiodniowe serie, sposoby zakończenia, przerywanie - to wszystko jest dość rozbudowana praktyka. A co z prostym, jednorazowym zapisaniem intencji? Czy to w ogóle ma sens, czy to tylko połowa rytuału?
To, co Krysztal proponuje, brzmi sensownie, ale ja mam wątpliwość. Czy nie jest tak, że sama wiedza, że robię "kontrolowany eksperyment", zmienia to, jak podchodzę do obu wersji? Przy uproszczonej będę czuła, że "to tylko test", a przy pełnej - że to prawdziwy rytuał.
Ale wróćmy na chwilę do pisma, bo to jest w tytule wątku. Rozmawiamy dużo o tym, co piszemy i ile razy, a trochę mniej o tym, jak fizycznie piszemy. Czy ktoś ma doświadczenie z pisaniem niedominującą ręką? Słyszałam, że to aktywuje inne obszary i zmienia jakość intencji, ale nie próbowałam.
A to nie jest właśnie dowód na to, że pismo ma znaczenie samo w sobie? Że zmiana sposobu pisania zmienia, co się dzieje w głowie podczas rytuału? Tylko że niekoniecznie w przewidywalnym kierunku.
Myślę, że tu jest sedno tego, o czym rozmawiamy od początku. Pismo nie jest neutralnym pojemnikiem na intencję. Sam akt pisania - ręka, nacisk, tempo, alfabet - to jest część rytuału, a nie tylko jego efekt. I dlatego nie ma jednej odpowiedzi na pytanie, czy pismo ma znaczenie. Ma, ale różne dla różnych osób i różnych intencji.
I właśnie tu widzę pułapkę, w którą łatwo wpaść. Jeśli wszystko jest subiektywne, to można dojść do wniosku, że nic nie ma znaczenia, bo i tak liczy się tylko przekonanie. Ale ja tego nie uważam. Myślę, że niektóre materiały, pisma, sposoby mają w sobie naładowanie, które nie pochodzi wyłącznie od nas. Tradycja coś zostawia. Pytanie, jak do tego naładowania dotrzeć, jeśli nie jest się z tej tradycji.
A to jest ciekawy problem praktyczny. Bo jeśli runy działają przez tradycję, to co z osobą, która wychowała się w zupełnie innym kręgu kulturowym? Czy może się w tę tradycję wejść, czy raczej zostaje się zawsze z zewnątrz? Słyszałam różne opinie i nie mam swojej.
Dziękuję, że to powiedziałaś, bo ja sama się z tym zmagam od jakiegoś czasu. Zapisuję intencje przy kartach i nie wiem, czy to, co czuję potem, to efekt rytuału, czy po prostu efekt tego, że sformułowałam na piśmie, czego chcę. Ale czy to naprawdę trzeba rozdzielać? Czy nie wystarczy, że coś się zmienia?
Ale wracając jeszcze do samego pisma fizycznie - czy ktoś próbował pisać intencje bardzo małym pismem, dosłownie mikroskopijnym? Słyszałem, że niektórzy to robią, żeby "skondensować" intencję. Brzmi jak coś bez podstaw, ale ciekawi mnie, czy ktoś ma doświadczenie.
Mnie ciekawi inna kwestia. Dużo tu rozmawiamy o tym, jak pisać, ale mało o tym, ile pisać. Jedna linijka czy rozbudowany opis? Bo ja przez długi czas pisałam bardzo szczegółowo, prawie jak plan działania, i miałam wrażenie, że to za dużo - jakbym intencją chciała kontrolować wynik, a nie go wypuścić.
Ja ze swojego doświadczenia powiem, że krótkie intencje - jedno zdanie, czasem nawet słowo - łatwiej mi przywołać w głowie w ciągu dnia. A to, że wracam do nich myślami, wydaje mi się ważniejsze niż długość samego zapisu. Ale nie wiem, czy to jest reguła, czy moje osobiste preferencje.
Myślę, że oba mają znaczenie i działają razem. Moment pisania to zakotwiczenie - fizycznie, w konkretnym miejscu i czasie, z konkretną ręką trzymającą długopis. A to, co potem, to jak ta kotwica pracuje. Żadne z nich samo w sobie nie wystarczy, przynajmniej dla mnie. Ale chętnie posłucham, czy ktoś ma inne doświadczenie.
Ale zaraz - jeśli nieocenzurowane pisanie może dać coś nietrafinego w sformułowaniu, to wychodzi na to, że słowa jednak konkretnie znaczą, prawda? Że nie jest tak, że intencja to intencja i papier resztę ogarnie? Bo tu ktoś wcześniej mówił, że materialność zapisu ma znaczenie, a teraz okazuje się, że treść i precyzja języka też. Czy to nie za dużo warunków naraz na jedną karteczkę?
