Ostatnio wpadłam na coś, co nie daje mi spokoju. Zaczęłam się zastanawiać, czy energia zaklęcia zależy nie tylko od intencji i słów, ale też od wartości numerycznej samej nazwy. Mam na myśli to, że jeśli obliczysz wartość liter w słowie "Abracadabra" według systemu pitagorejskiego, wyjdzie ci konkretna liczba, a ta liczba ma swoją wibrację. Czy ta wibracja wzmacnia albo osłabia działanie zaklęcia? Może ktoś to sprawdzał w praktyce albo spotkał się z taką teorią?
Właśnie o tym myślałam niedawno, bo liczyłam swoje imię i natknęłam się na podobne pytanie. Czy ty liczysz samą nazwę zaklęcia, czy też słowa, które wypowiadasz podczas rytuału? Bo to chyba różnica, prawda? Nazwa to jedno, a cała formuła to drugie.
Temat jest ciekawy, ale powiem szczerze, że w praktyce rzadko kto liczy wartości nazw zaklęć przed rytuałem. Przynajmniej w moim doświadczeniu liczy się raczej częstotliwość powtórzeń i pora. Ale nie mówię, że ta zależność nie istnieje, tylko że o niej nie myślę świadomie. Może działam na tym poziomie intuicyjnie?
A czy nie jest tak, że zaklęcia w językach starożytnych, po przeliczeniu, zawsze dają liczby mistrzowskie albo liczby o szczególnym znaczeniu? Jakby ktoś je układał nie przypadkowo, tylko z pełną świadomością numerologiczną. Może właśnie dlatego stare formuły "działają" lepiej niż nowoczesne improwizacje?
Znam kilka tradycji, w których dobór słów do rytuałów był bardzo nieprzypadkowy. W kabale każde słowo ma swoją wartość gematryczną i te wartości były dobierane celowo. Ale to inna para kaloszy niż pytanie, czy "Abracadabra" działa lepiej, bo jej suma to 5 albo 7. Kabała to system zamknięty, wewnętrznie spójny. A pytacie o coś bardziej ogólnego, o dowolne zaklęcia.
System chaldejski dałby jeszcze inny wynik niż pitagorejski. I tu jest pies pogrzebany, bo jeśli wartość zależy od systemu, to co w ogóle mierzymy? Samą liczbę czy nasze przekonanie o tej liczbie?
Przepraszam, że wchodzę, bo nie za bardzo znam się na numerologii. Ale czy to nie jest tak, że te systemy to tylko różne klucze do tego samego? Jak różne języki, którymi opisujemy tę samą rzeczywistość? Albo nie, może to głupi pomysł.
Ale czekajcie, wróćmy do sedna. Zakładając, że wybierzemy jeden spójny system, czy ktoś próbował w praktyce porównać dwa podobne zaklęcia, jedno z wartością sprzyjającą, drugie z neutralną, i sprawdzić, czy wynik jest inny? Nie mówię o pełnym eksperymencie naukowym, tylko o własnym odczuciu.
Wybaczcie, że wejdę z boku. Nie jestem przekonany do numerologii w ogóle, ale jedno pytanie mnie tu nurtuje. Czy mówicie o języku polskim, angielskim, łacinie? Bo przecież to samo zaklęcie po łacinie i przetłumaczone na polski będzie miało inną wartość numeryczną. Które tłumaczenie jest "prawdziwe"?
W pismach Agrippy jest odniesienie do wartości liter i liczb, więc renesansowi magiści na pewno znali ten kontekst. Ale czy stosowali to przy układaniu zaklęć, to już inna kwestia. Agrippa traktuje liczby bardziej jako klucz do rozumienia kosmosu niż jako sposób do optymalizowania formuł. Chociaż granica jest płynna.
Ale to jest właśnie problem z czytaniem Agrippy przez tłumaczenia. Tłumacz nie zawsze jest ezoterystą i nie zawsze rozumie, co przekłada. Jeśli w oryginale jest konkretne słowo techniczne z tradycji hermetycznej, to w polskim może wylądować jako coś zupełnie płaskiego. To trochę jak tłumaczyć alfabet runiczny na słowa, zawsze coś odpada.
Myślę, że to zależy od tego, czego konkretnie szukasz. Jeśli szukasz ogólnej filozofii liczb, tłumaczenie wystarczy. Ale jeśli chcesz rekonstruować konkretną praktykę, dobierać wartości liter do zaklęcia, to naprawdę potrzebujesz oryginału. Te dwie rzeczy to nie jest to samo.
Dobra, ale żeby nie odpłynąć za daleko, chcę wrócić do mojego pytania sprzed kilku postów. Czy ktoś próbował w praktyce czegoś w stylu: biorę dwie wersje tej samej formuły, jedną ze zmienioną kolejnością słów, druga z zachowaną, liczę wartości i sprawdzam, która działa? Bez wspomagania teorią, czysto obserwacyjnie?
Pracowałam kiedyś z dwiema wersjami tej samej afirmacji i jedna wyraźnie działała lepiej. Ale nigdy nie liczyłam, która miała jakąś konkretną wartość. Teraz żałuję, że nie sprawdziłam. Choć z drugiej strony, skąd wiem, czy różnica wynikała z wartości numerycznej, a nie z rytmu, z tego jak się to mówiło, z intonacji?
To jest coś, o czym warto pomyśleć. W runach każdy znak ma swoją energię i kiedy zestawiasz je razem, to nie sumujesz, tylko budujesz sekwencję. Może numerologia zaklęć działa podobnie, liczy się kolejność, a nie suma. Wtedy zmiana szyku słów zmieniałaby cały przekaz energetyczny, a nie tylko wartość końcową.
W tradycji hermetycznej jest coś w rodzaju analizy sekwencyjnej przy tworzeniu amuletów, ale to nie jest numerologia w potocznym sensie. Tam liczy się, który element dochodzi do głosu jako pierwszy, który zamyka, co jest w centrum. Coś jakby struktura architektoniczna słowa, nie jego suma. Czy ktoś próbował przenieść to myślenie na zaklęcia mówione, nie pisane?
Dobrusia, to jest bliżej prawdy niż się wydaje. W praktyce kabalistycznej słowo jest czytane na wielu poziomach jednocześnie. Gematria to jeden poziom, ale jest też notarikon, czyli pierwsza litera każdego słowa, i temurah, zamienianie liter według klucza. Żaden z nich nie jest "prawdziwszy", mówią o różnych aspektach. Tylko że do tej rozmowy, do zaklęć w praktyce, nikt mi jeszcze nie odpowiedział na pytanie, w jakim celu ten, kto zaklęcie tworzy, w ogóle sięga po numerologię.
Dobra, to moje pytanie do siebie. Dlaczego w ogóle zaczęłam to drążyć? Bo miałam sytuację, gdzie dwie formuły do tego samego celu działały zupełnie inaczej, i zastanawiałam się, co je różni. Rytm był podobny, intencja ta sama, pora ta sama. Zostało mi tylko słowo. I wtedy pomyślałam o wartości numerycznej.
A możesz powiedzieć, jakie to były formuły? Nie dosłownie, ale chociaż kontekst, w jakiej tradycji, jakim języku? Bo to może mieć znaczenie dla tego, którym systemem w ogóle liczyć.
Ale to brzmi trochę jak uzasadnianie wszystkiego wszystkim. Czy nie ryzykujemy, że każdy wynik potwierdzamy tą samą teorią? Jak coś działa, to przez numerykę, jak nie działa, to przez złe nastawienie?
Dopisuję się do tego. Znam osoby, które naprawdę prowadzą dzienniki praktyki z takimi detalami i to jedyne sposób, które pozwala cokolwiek porównywać. Nie dowód naukowy, ale przynajmniej wzorzec. Piolun, czy ty w ogóle zapisujesz takie rzeczy regularnie?
Heliotrop, tak, mam dziennik, ale przyznam, że nie jest prowadzony tak rygorystycznie, jak powinien. Zapisuję datę, cel, czasem efekt. Rzadziej zapisuję dokładne brzmienie formuły i już prawie nigdy nie liczyłam wartości numerycznych przed i po. Teraz widzę, że to był błąd, bo bez tego nie mam do czego wracać.
Piolun, a czy pamiętasz chociaż mniej więcej, kiedy to było z tą łacińską i polską formułą? Bo zastanawiam się, czy poza językiem i wartością numeryczną nie grała tu roli też faza księżyca albo dzień tygodnia. Nie chcę komplikować, ale może dlatego ta jedna była szybsza, że po prostu warunki zewnętrzne były inne.
Ale poczekajcie, to teraz mam inne pytanie. Zakładamy, że numerologia zaklęć ma sens, to czy powinna działać tak samo dla każdego? Bo jeśli liczba 7 ma jakąś konkretną energię, to chyba działa niezależnie od tego, kto ją wymawia, prawda? A może liczby osobiste z daty urodzenia wchodzą w interakcję z wartością formuły?
Heliotrop, to mnie zatrzymało. Nigdy nie myślałam o zaklęciu jak o relacji, ale to ma sens w kontekście run. Kiedy kładę runy, nie patrzę na nie jak na znaki o stałym znaczeniu, tylko jak na odpowiedź na konkretną sytuację, konkretnej osoby, w konkretnym momencie. Może numerologia formuł powinna działać podobnie.
Przepraszam, że wchodzę z podstawowym pytaniem, ale jak w takim razie w ogóle zacząć liczyć wartość zaklęcia? Mam na myśli dosłownie od czego zacząć, od każdej litery osobno, od całego słowa, od zdania? Trochę się pogubiłam w tej dyskusji i chciałabym zrozumieć, zanim pójdziemy dalej.
Dobrusia, żeby to trochę ułatwić, w numerologii pitagorejskiej po prostu przypisujesz literom wartości od 1 do 9 według ich pozycji w alfabecie. A potem i tak się okazuje, że dla polskiego alfabetu z ogonkami nie ma jednej odpowiedzi, bo jedni traktują ą jak a, inni jak osobną literę. I już masz problem.
