Wróćmy może do tego przebaczenia sobie jako dziecku, bo to mnie bardzo uderzyło. Mam pytanie - co jeśli pamiętam z dzieciństwa coś wstydliwego co zrobiłam sama, nie co mi zrobiono? Czy to też działa na mettę w ten sposób?
Nie mam właściwie. No, jest koleżanka ale ona nie medytuje i nie wiem czy zrozumiałaby o czym mówię. Czy to znaczy że nie powinnam tego próbować?
Dziękuję za ten wątek bo ja właśnie miałem sesję w tym tygodniu gdzie zupełnie przez przypadek poczułem coś do siebie małego i to mnie zaskoczyło. Nie planowałem, po prostu przyszło. Teraz rozumiem bardziej co się wtedy wydarzyło. Chcę zapytać - czy po takim nieplanowanym przełomie coś się zmienia w kolejnych sesjach czy to jest jednorazowe?
Mam techniczne pytanie bo troche zgubilam watek - ile powinna trwac taka sesja metty? Czytam rozne rzeczy, gdzies ze 20 minut, gdzies ze godzine. I czy to ma wplyw na glebokos efektu?
A jak wiadomo że się jest 'na powierzchni' a nie głęboko? Bo to brzmi trochę jak jakiś subiektywny standard który każdy mierzy inaczej.
A czy myślenie podczas metty to błąd? Bo ja non stop myślę i zawsze miałam poczucie że robię to niepoprawnie.
To jest bardzo uwalniające słyszeć. Bo ja też siedziałam i myślałam przez całą sesję i potem czułam się jak nieudacznik medytacji 🙂
Dokładnie to samo! I to 'nieudacznik medytacji' to świetne określenie bo właśnie tak to czułam. Może to jest coś o czym warto rozmawiać więcej, że oczekiwania wobec siebie podczas medytacji mogą same w sobie być przeszkodą w przebaczeniu sobie?
Czyli de facto medytacja na przebaczenie sobie może ujawnić jak głęboko masz w nawyku krytykowanie siebie nawet w miejscu które miało być bezpieczne. To trochę diagnostyczne.
Tak i to jest jedna z rzeczy które metta ujawnia, zanim cokolwiek uzdrowi. Najpierw pokazuje ci gdzie jesteś naprawdę. Wielu ludzi jest zaskoczonych jak surowi dla siebie są nawet w chwili kiedy chcą siebie traktować dobrze. To jest cenne info, nie powód do dalszego karania siebie.
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i chcę zapytać o coś co mnie zastanawia. Czy ta metta na przebaczenie wpływa jakoś na sny? Bo ostatnio po kilku takich sesjach miałam sny bardzo związane z ludźmi którym przebaczyłam, jakby kontynuację w nocy.
To co opisujesz jest dość charakterystyczne. Sen bywa miejscem gdzie psychika dokańcza to co zaczęłaś świadomie. Jeśli sny są spokojne, to raczej dobry znak że coś w tobie się układa a nie że zostałaś destabilizowana przez praktykę.
A czy złe sny po mettcie to sygnał ostrzegawczy? Pytam bo przez chwilę miałam intensywne sny i trochę się przestraszyłam.
kilka dni, potem minęło samo. Więc chyba dobrze że nie przerywałam. Ale mam teraz pytanie - jak odróżnić 'to przetwarzanie' od 'to już za dużo'?
Właśnie, to mnie też interesuje bo jestem sam z tą praktyką i nie mam kto ocenić z zewnątrz.
Takie pytanie zasługuje na dłuższą odpowiedź. Ogólna zasada którą stosuję: jeśli po sesji jesteś poruszony ale wracasz do równowagi w ciągu godziny czy dwóch - to jest przetwarzanie. Jeśli przez kilka dni czujesz się oderwana od codzienności, masz trudności z podstawowym funkcjonowaniem, emocje są nie do opanowania - to jest sygnał żeby zrobić przerwę i poszukać wsparcia. Granica jest płynna i indywidualna ale to jest jakiś punkt odniesienia.
Czy to znaczy że dla kogoś z depresją albo po traumie ta medytacja jest nieodpowiednia? Pytam bo mam w otoczeniu osobę która chciałaby spróbować ale ma trudną historię.
rozumiem, dziękuję za szczerość. To jest ważne żebyś to powiedziała wprost.
Dziękuję Domiceli za tę odpowiedź, naprawdę, bo właśnie to mnie najbardziej nurtowało - ta granica między przetwarzaniem a przesadzeniem. Mam jednak jeszcze jedno pytanie bo sam praktykuję bez żadnego wsparcia z zewnątrz - czy jest jakiś sposób żeby to ocenić samemu, skoro z definicji trudno być obiektywnym wobec własnego stanu?
To jest dobre i uczciwe pytanie. Samodzielna ocena jest trudna właśnie dlatego że kiedy jesteś w środku czegoś intensywnego, perspektywa się zmienia. Jedno co polecam to krótkie notatki po każdej sesji - nie długie eseje, tylko kilka zdań o tym jak się czujesz. Potem po kilku dniach możesz zobaczyć czy to idzie ku stabilizacji czy w drugą stronę. Wzorzec widać lepiej z dystansu.
A czy to nie jest tak że sama praktyka pisania po sesji zmienia coś w tym co przeżyłaś? Jakby przenosisz to do innej warstwy, słownej, i może to trochę rozładowuje?
Pisałam opisowo, co czułam, co się pojawiło. I chyba właśnie to było problemem bo zaczynałam analizować i wchodziłam głębiej zamiast z tego wychodzić. Teraz jak piszę po medytacji to bardziej faktograficznie - co robiłam, jak długo, ogólny nastrój. I to działa lepiej.
Zastanawiam się nad czymś co Domicela napisała wcześniej o tym że metta najpierw pokazuje gdzie jesteś, zanim zacznie uzdrawiać. Czy ktoś miał tak że ta faza ujawniania trwała bardzo długo? Bo ja mam wrażenie że siedzę w niej od dłuższego czasu i nie wiem czy to normalne.
kilka miesięcy regularnie, co kilka dni sesja. Pojawia się głównie smutek i jakiś opór przy kierowaniu miłości do siebie. Do innych idzie łatwiej, do siebie jest jak ściana. Nie boli, ale jest.
To co opisujesz z tą ścianą przy sobie samej brzmi bardzo znajomo. Mam pytanie - czy próbowałaś zmieniać formułę, np. zaczynać od kogoś bliskiego i dopiero potem wracać do siebie, zamiast zaczynać od siebie? Bo czytałam że to może obchodzić właśnie takie blokady.
Chyba w jakimś opisie praktyki z tradycji tybetańskiej, ale szczerze nie pamiętam źródła dokładnie. Domicela, czy ty coś wiesz o różnych kolejnościach w mettcie i czy to ma znaczenie?
Tak, kolejność ma znaczenie i różne szkoły rzeczywiście różnie to podają. W podejściu therawady klasycznie zaczyna się od siebie bo trudno dawać innym to czego sobie nie dajesz. Ale jest sporo praktycznych podejść które mówią że jeśli przy sobie jest blokada, zacznij od neutralnej osoby albo od kogoś kogo kochasz bez wysiłku - dziecka, zwierzęcia - i potem przenieś tę samą jakość na siebie. To nie oszustwo, to po prostu inne wejście do tego samego miejsca.
