To jest ciekawe, że ten wątek o zamykaniu sesji pojawił się akurat w temacie o medytacji i śmierci. Bo przecież to uczucie, które Riksza opisuje - bycie gdzieś między, nie do końca tu - może być właśnie blisko tego, o czym pisała Eteria. Że śmierć to kolejny cykl. Tylko że my się z tego "między" wycofujemy natychmiast.
to mnie uderzyło. Naprawdę. Bo jak czytam, że to "między" może być właśnie tym progiem, to rozumiem, dlaczego ludzie uciekają. Ja też uciekałem w snach - ale we śnie nie możesz wstać i się oderwać. I może dlatego tam to przeszedłem? Nie wiem, czy dobrze to interpretuję.
Słuchajcie, ja dalej mam problem z tym całym "między". Bo dla mnie to brzmi jak dysocjacja, a nie medytacja. Jak odróżnić jedno od drugiego? Serio pytam, nie złośliwie.
Przepraszam, że się wcinam, ale właśnie o tym myślałam czytając całą tę dyskusję. Czy to nie jest tak, że my boimy się tego "między", bo nie mamy żadnej afirmacji ani czegoś, co by nam powiedziało "to jest bezpieczne"? Ja jak mam lęk, to powtarzam sobie jakieś zdania, nawet jak nie wierzę. I zastanawiam się, czy to cokolwiek zmienia.
To zależy, co rozumiemy przez "wiarę". Bo w pracy z czakrami jest coś, co można nazwać intencją kierunkową - nie musisz wierzyć w efekt, ale musisz wiedzieć, dokąd kierujesz energię. Pusta formuła bez żadnego zamiaru za nią to rzeczywiście tylko szum. Ale formuła z choćby minimalną intencją - nawet jeśli towarzyszy jej zwątpienie - to już coś innego.
Mnie jednak ta rozmowa o afirmacjach trochę niepokoi. Bo mi się wydaje, że jest różnica między afirmacją jako techniką wzmocnienia a afirmacją jako ucieczką od przeżycia. I gdy mówisz "jestem bezpieczna" w chwili, gdy jesteś przy umierającym człowieku - to nie wiem, czy nie jest to sposób, żeby nie czuć tego, co jest. Filomena pisała o tym wcześniej i mi to zostało.
I właśnie tu jest dla mnie najgłębsze pytanie w tym temacie. Czy medytacja jako przygotowanie na śmierć - cudzą albo własną - ma nas robić bardziej odpornymi, czy bardziej obecnymi? Bo to nie jest to samo. I nie wiem, czy tradycje, które przywołuję, dają na to jednoznaczną odpowiedź.
Myślę, że tu rozmowa zatacza koło w bardzo dobrym sensie. Bo zaczęłyśmy od pytania o to, czy medytacja przepracowuje lęk przed śmiercią, a teraz jesteśmy przy pytaniu głębszym - czym w ogóle jest "bycie gotową". I nie sądzę, żeby któraś tradycja medytacyjna odpowiadała na to wprost. One raczej zmieniają pytającego niż dają odpowiedź.
I tu wracam do tego, od czego zaczęłam ten wątek. Bo jeśli medytacja ma być przygotowaniem na śmierć - własną albo cudzą - to czy uczy nas być przy tym, czy uczy nas nie rozpaść się? I czy to nie jest właśnie pytanie o afirmacje bez wiary? Że może powtarzamy "jestem gotowa" nie dlatego, że jesteśmy, ale żeby nie rozpaść się w trakcie. I może o to chodzi. Nie o wiarę, tylko o przetrwanie.
ale czy przetrwanie to wystarczający cel dla praktyki, która ma sięgać głębiej? Pytam serio - bo w tym, co opisujesz, jest coś ważnego. Tylko zastanawiam się, czy nie jest tak, że używamy języka duchowego przygotowania, a de facto mówimy o strategii radzenia sobie ze stresem. I czy jedno nie wyklucza drugiego - czy może właśnie z przetrwania wyrastają głębsze warstwy?
