A co z tą tkanina którą wcześniej wspominałam? Zastanawiam się czy problem który Selenaa opisała, że przestała zwracać na nią uwagę, to nie jest właśnie ten moment gdzie trzeba było ten sygnał odświeżyć albo zastąpić czymś innym, zamiast rezygnować z całego pomysłu.
Nie wiem, może to nie jest wada, może tak po prostu działa uwaga i trzeba się z tym pogodzić. Że sygnały mają krótkie życie i to normalne. Pytanie czy jest jakiś typ sygnału który starzeje się wolniej, coś bardziej zmysłowego, wejściowego, a nie tylko wzrokowego jak tkanina.
To co Eugenka opisała z tym zapachem rozmywającym się przy gotowaniu, to jest chyba sedno całego problemu z małą przestrzenią. Nie chodzi o to, że sygnał słabnie, tylko że traci wyłączność. Mózg przestaje go kojarzyć z jedną czynnością, bo zaczął go doświadczać w zbyt wielu kontekstach naraz.
zapach nie odpada, tylko trzeba go używać inaczej. Są zapachy których raczej nie stosujemy przy codziennych czynnościach, mirra, palo santo, coś niszowego, co twój mózg nie ma szansy zacząć kojarzyć z gotowaniem czy sprzątaniem. Problem jest wtedy gdy wybieramy lavandę albo cynamon, bo to są zapachy które mamy dosłownie wszędzie.
A co jeśli ktoś np. jest uczulony na dym i kadzidła wchodzą w grę tylko w formie olejku? Czy to działa tak samo, czy jest jakaś różnica jak zapach jest mniej intensywny?
Myślę, że to pytanie Whisperii jest ważniejsze niż się wydaje. Bo jeśli sygnał ma działać jako granica, to musi być zdefiniowany, tu zaczyna się i tu się kończy. Zapach na skórze przez kilka godzin to nie jest granica, to raczej tło. Nie wiem czy to dobrze czy źle, ale to jest inny mechanizm.
Przyznam, że ta różnica między sygnałem a tłem, którą Jarek opisał, dużo mi rozjaśniła. Bo do tej pory myślałem o tym wszystkim jak o tworzeniu 'atmosfery' i chyba to był błąd. Atmosfera to tło, a nie sygnał. Mam rację?
Ale atmosfera może przejść w sygnał jeśli używasz jej tylko w jednym kontekście, nie? Czyli jeśli tę konkretną muzykę albo ten konkretny zapach masz tylko przy rytuałach, to mózg i tak się warunkuje, nawet jeśli to nie jest wyraźne cięcie.
A co jeśli mieszka się samemu? Wtedy to ryzyko przypadkowego użycia tego samego sygnału jest chyba mniejsze, bo sama decydujesz kiedy coś włączasz. Blanka, ty chyba wspominałaś że jesteś w kawalerce, jesteś sama czy z kimś?
Sama, ale i tak mam problem z tym żeby nie wchodzić w te same przestrzenie mentalnie. Czyli fizycznie nikt mi nie zakłóca, ale sama sobie zakłócam, bo ta sama poduszka na której medytuję jest też tą na której oglądam seriale, a ta sama świeca, którą zapaliłam 'magicznie', zapłonęła też kilka razy kiedy po prostu chciałam mieć ładny zapach w mieszkaniu bez żadnego rytuału.
To ostatnie co Blanka powiedziała to chyba istota problemu. Że sami sobie rozmywamy te sygnały, nie ktoś z zewnątrz. Czyli to jest bardziej kwestia własnej dyscypliny użytkowania tych sygnałów niż fizycznej przestrzeni jako takiej?
Chowanie świecy... serio? To brzmi jak coś tak prostego, że nie wiem czemu nikt tego wcześniej nie powiedział wprost. Ale co ze świecą, której przygotowanie też jest częścią rytuału, bo ją wyjmujesz, stawiasz, odpalasz? To samo wyjęcie jej może być sygnałem?
Eugenka, czy to działa tak samo jeśli ta sekwencja jest krótka? Bo mi się wydaje że musiałoby to być jakieś długie przygotowanie żeby działało, a co jeśli wyjęcie i postawienie świecy zajmuje trzydzieści sekund?
Dobra, to zaczynam rozumieć ten mechanizm lepiej. Ale mam pytanie które mi chodzi po głowie od jakiegoś czasu w tym wątku: czy te wszystkie rzeczy, schowanie, sekwencja, sygnał, to jest sposób na wejście w stan, czy to jest substytut stanu? Bo obawiam się, że można wykonać całą sekwencję poprawnie i nadal być myślami gdzieś indziej.
Dobra, to zaczynam rozumieć ten mechanizm lepiej. Ale mam pytanie które mi chodzi po głowie od jakiegoś czasu w tym wątku: czy te wszystkie rzeczy, schowanie, sekwencja, sygnał, to jest sposób na wejście w stan, czy to jest substytut stanu? Bo obawiam się, że sama siebie oszukuję, że sekwencja działa, a tak naprawdę tylko mam lepiej zorganizowaną półkę ze świecami.
To jest właśnie to pytanie, na które nie ma jednej odpowiedzi, bo zależy od tego co rozumiesz przez 'stan'. Jeśli chodzi ci o coś co powinno przyjść samo, bez przygotowania, to pytasz o jedno. Jeśli chodzi ci o stan który jest wyuczony i da się go wywołać celowo, to pytasz o coś innego. Sekwencja jest bramą, ale przez bramę musisz sam przejść.
Zgadzam się z Jarkiem, ale trochę inaczej to widzę. Sekwencja nie zastępuje stanu, ona go umożliwia, bo obniża opór wejścia. Bez sygnału wejście w głębszy stan wymaga aktywnego wysiłku woli, z sygnałem część tej pracy robi nawyk. Ale jeśli sekwencja jest pusta, czyli mechaniczna, bez żadnego zaangażowania, to można ją wykonać w nieskończoność i nic się nie zmieni.
Zaczekajcie, bo ja właśnie sobie uświadomiłem, że nie mam tego punktu odniesienia o którym Eugenka pisze. Czyli najpierw powinienem ten stan w ogóle rozpoznać, zanim zacznę go wywoływać? To chyba znaczy, że sekwencja dla kogoś kto nie zna własnego stanu nic nie zrobi, albo raczej, że zrobi coś, ale ta osoba tego nie zauważy?
Marcelii, moim zdaniem ten punkt odniesienia można zbudować właśnie przez sekwencję, nie trzeba go mieć wcześniej. Robisz coś regularnie, zaczynasz zauważać że po tym jest inaczej, i to jest twój punkt. Nie musisz zaczynać od teorii.
No i wracamy do mojego pytania z innej strony. Bo to co Jarek mówi, sugeruje, że stan i sekwencja nie działają niezależnie od siebie, że potrzebne jest jeszcze rozumienie tego co się robi. Ale skąd to rozumienie bierze się u kogoś kto zaczyna od zera?
Może to jest po prostu kwestia kolejności? Najpierw sekwencja i nawyk, potem obserwacja że coś się zmienia, potem próba nazwania co to jest. Teoria na końcu, nie na początku. Tylko że to wymaga czasu i cierpliwości, których nie każdy ma.
Runika, ale czy nie jest tak, że jeśli za długo robisz coś bez rozumienia, to możesz zakorzenić zły nawyk? Czyli sekwencja wykona się, ale w złym stanie, i to się utrwali? Pytam serio, bo sama często zaczynam od robienia zamiast od rozumienia i zastanawiam się czy to jest dobre.
Mam pytanie które trochę odchodzi od sekwencji, ale wydaje mi się że jest powiązane. Czy stan, o którym mówicie, musi być osiągnięty przed rytuałem, czy może się kształtować w trakcie? Bo ja zawsze zakładałam, że wchodzi się w stan, a potem robi, ale może jest inaczej?
Jarek, to co piszesz o 'co może pójść nie tak w środku', możesz rozwinąć? Bo to brzmi jakby stan świadomości w połowie rytuału był problemem, ale nie rozumiem dlaczego. Niski poziom skupienia? Coś innego?
To teraz mam pytanie praktyczne bo bardzo mnie to dotyczy w kawalerce. Jeśli ktoś mi napisze w trakcie i telefon wibruje, to już po? Serio pytam, bo to mi się zdarza i zawsze potem mam poczucie że coś 'uciekło', ale nie wiem czy to realne czy tylko psychologiczne.
To nie jest albo jedno albo drugie. Poczucie że coś uciekło jest realne, bo jest informacją o tym że koncentracja opadła. Ale to nie znaczy że trzeba zaczynać od nowa. Pytanie jest inne: czy potrafisz wróć do tego co było, czy budujesz od zera? Wibracja telefonu to test, nie wyrok.
Ja bym po prostu wyłączała telefon. To wydaje się oczywiste, ale serio, tryb samolotowy przed sekwencją to nie jest wielka filozofia. Jeśli to jest kwestia przeszkadzajek zewnętrznych, to eliminuj je zamiast budować odporność na nie.
