To jest mega pomocne, bo zastanawiałem się jak w ogóle zacząć wyrabiać taki sygnał od zera. Czyli właściwie chodzi o to, żeby wybrać jedno działanie i przez jakiś czas konsekwentnie używać go tylko do tego? I po kilku razach zaczyna działać samo?
Hej, wróciłam do wątku, bo wciąż mam to samo pytanie o przestrzeń, tyle że teraz sformułuję je inaczej. Czy naprawdę wystarczy tylko sygnał wejścia, czy jednak trzeba jakoś fizycznie zaznaczyć gdzie ten rytuał się odbywa? Piszecie o zapachu, muzyce, ale w kawalerce nadal jest kanapa, telewizor, talerz po obiedzie. Czy to naprawdę nie przeszkadza?
Ale czy samo przykrycie czegoś tkaniną rzeczywiście coś zmienia? Pytam serio, bo mam wrażenie, że jeśli wiem, że telewizor jest pod tkaniną, to i tak wiem, że telewizor tam jest. To bardziej symboliczne niż realne, nie?
Mam pytanie do Eugenki o to, co napisała wcześniej. Że nie zaczynać wyrabiania sygnału w złym dniu. Ale co jeśli złe dni są częste? Czy to znaczy, że dla kogoś, kto ma duże wahania nastroju albo choruje przewlekle, wyrabianie takich sygnałów jest po prostu trudniejsze i trzeba na to więcej czasu?
Właśnie, bo ja też mam tak, że dobre dni to rzadkość w tym sensie, że w kawalerce prawie zawsze coś wisi w powietrzu, albo jestem zmęczona, albo jest coś do zrobienia. I zastanawiałam się, czy to znaczy, że rytuał zawsze będzie połowiczny. Ale może nie o to chodzi, żeby czekać na idealny moment, tylko żeby zbudować coś, co działa w normalnych, nieidentalnych warunkach?
Dokładnie to. I tu wracamy do sedna tego wątku, bo kawalerka to właśnie jest ta nieidalna przestrzeń, o której Blanka pisała od początku. Myślę, że cały ten wątek sprowadza się do jednego: przestrzeń nie musi być idealna, stan nie musi być idealny, ale musi być wystarczający. I pytanie, co to znaczy wystarczający dla konkretnej osoby.
To jest dobre kryterium, ale chciałam zapytać o coś innego. Czy ktoś próbował robić bardzo krótkie rytuały, dosłownie kilka minut, właśnie dlatego, że kawalerka nie daje dużo przestrzeni na długą pracę? Zastanawiam się, czy długość ma znaczenie czy jednak nie.
To ciekawe, bo mi wydawało się, że albo się jest gotowym, albo nie i tyle. A tu wychodzi, że to bardziej skala niż włącznik. I że można jakoś to zmierzyć przed? Jak wyglądają te sprawdziany o których Jarek mówi, chodzi mi o konkretne przykłady, nie ogólnik.
Ja robie coś podobnego i nawet nie wiedziałam, że to ma jakaś nazwę. Siadam i przez chwile po prostu słucham co słyszę w pokoju. Dosłownie, bez oceniania. Jeśli zaczynam myśleć o tym co mam do zrobienia zaraz po tym jak usiadłam, to wiem że nie ma sensu zaczynać. Jeśli uda mi sie wyłapać dwa, trzy dźwięki z otoczenia, to znaczy że jestem wystarczająco tu.
Ale zaraz, a co jeśli ktoś z natury ma bardzo skaczące myśli i praktycznie nigdy nie osiąga tego stanu, gdzie wyłapie te dźwięki spokojnie? Czy to znaczy, że taka osoba po prostu nie jest w stanie dobrze robić rytuałów w domu, w kawalerce zwłaszcza?
Czyli to buforowanie, o którym Eugenka mówi, to jest właśnie ta część, której ja pomijam? Bo zawsze myślam, że rytuał zaczyna się od zapalenia świecy czy czegokolwiek co robię, a nie od tego co jest przed.
Dobra, to chyba zaczynam rozumieć dlaczego tak dużo tu piszecie o stanie, a ja cały czas pytałam o przestrzeń. Bo to jedno zastępuje drugie? Czyli jeśli masz odpowiedni stan, nie musisz mieć dedykowanego miejsca?
No właśnie i tu widzę ryzyko, bo bez fizycznej przestrzeni łatwiej o poślizg. Sama mam wyznaczone miejsce i nawet jak jest małe, to widzę różnicę. Jak próbuję w innym kącie pokoju, to coś zawsze jest nie tak. Nie wiem czy to tylko moje, ale mam wrażenie, że przestrzeń naprawdę niesie energię tego co się w niej robiło.
A czy ktoś próbował z jakąś powierzchnią mobilną? Mam na myśli coś w rodzaju maty albo tkaniny, którą się rozkłada tylko wtedy i potem chowa. Żeby to miejsce nie było stałe, ale żeby istniało kiedy trzeba?
Ja miałam przez chwile coś takiego, kawałek tkaniny który rozkładałam. I powiem szczerze, że to działało na początku, potem przestałam zwracać na to uwage i efekt znikł. Zastanawiam sie czy to dlatego, że sam przedmiot przestał być wystarczającym sygnałem, czy dlatego że w ogole stałam sie mniej uważna.
To co Selenaa mówi o dzienniku jest ważne, zwłaszcza jeśli pracujesz w nieidealnych warunkach. Jak masz stałą przestrzeń i stały rytuał, to w sumie możesz działać trochę na autopilocie i obserwować efekty. Jak warunki są zmienne, to bez jakiegoś zapisu naprawdę trudno wychwycić co robi różnicę.
Ja prowadzę coś w stylu krótkich notek po każdej pracy, dosłownie trzy, cztery zdania. Data, co robiłam, jak czułam się przed, co zaobserwowałam w trakcie lub po. I to mi wystarczy żeby po kilku tygodniach zobaczyć jakiś wzorzec. Nie musisz pisać elaboratów, ważne żeby było regularnie.
Blanka00, a te trzy-cztery zdania to piszesz od razu po, czy możesz poczekać do następnego dnia i nadal pamiętasz co czułaś? Bo ja jak próbowałam to robić, to wieczorem byłam zbyt zmęczona, żeby pisać, a rano nie potrafiłam już odtworzyć tego co było w środku, zostały tylko fakty zewnętrzne.
Staram się pisać od razu, bo dokładnie to co mówisz, następnego dnia zostaje tylko szkielet. Ale jeśli naprawdę nie mogę, to zostawiam sobie jedno słowo, dosłownie jedno, które opisuje stan. I rano to słowo wystarczy żeby reszta wróciła. Nie wiem czy to działa dla każdego, ale u mnie tak.
To jedno słowo to całkiem interesująca technika, ale zastanawiam się czy to nie działa bardziej jak kotwica skojarzeniowa niż faktyczne zapamiętywanie stanu. Czyli czy odtwarzasz to co naprawdę czułaś, czy to co twój mózg rekonstruuje wokół tego słowa? I czy to w ogóle ma znaczenie dla wyciągania wniosków?
A co wy rozumiecie przez te efekty? Bo czytam ten wątek od dłuższego czasu i nikt chyba nie powiedział wprost co konkretnie porównuje w tych dziennikach. Jak mierzycie że coś poszło lepiej albo gorzej?
Dobre pytanie i mam wrażenie, ze każdy ma inne kryterium. Dla mnie to jest głównie to jak czuje sie podczas, czy jest ten stan skupienia który pozwala mi być przy tym co robię, czy myślami jestem w pracy. Efekty na zewnątrz sa trudniejsze do przypisania, bo nigdy nie wiesz co by było gdybyś nie robiła rytuału.
Dobra, ale wróćmy do tego buforowania, bo chyba wciąż nie mam jasności. Eugenka mówiła o dwudziestu minutach. Jarek o kondycjonowaniu miejscem. Selenaa o słuchaniu dźwięków. To są trzy różne podejścia do tego samego problemu, czy raczej elementy które można łączyć?
Ale skoro to nie jest sztywny protokół, to jak w ogóle oceniasz kiedy buforowanie się skończyło i można zacząć? Bo mi to wydaje się najtrudniejszą częścią. Można siedzieć w tym buforowaniu w nieskończoność i nigdy nie stwierdzić że jest się gotową.
No i tu właśnie wchodzi ta fizyczna przestrzeń, bo jak masz miejsce które mózg zna jako miejsce pracy, to on sam zaczyna te decyzje robić szybciej. Nie musisz oceniać gotowości, bo samo wejście w tę przestrzeń już zmienia coś w głowie. Bez tego miejsca dużo więcej decyzji spada na ciebie świadomie i to kosztuje.
Ale Lipka, to jest trochę argument kołowy, nie? Mówisz że przestrzeń ułatwia, ale my tu rozmawiamy właśnie o tym że przestrzeni nie ma. Rozumiem logikę, tylko ona nie rozwiązuje problemu osoby w kawalerce. Co ona ma zrobić z tym kosztem o którym piszesz?
Racja, nie pomyślałam o tym tak. Chyba zakładałam że każdy może wygospodarować chociaż kąt, ale to nieprawda w małym mieszkaniu. Może chodzi o to żeby ten koszt decyzyjny przenieść gdzie indziej, na przykład na porę dnia albo konkretny dźwięk czy zapach, żeby nie wisiał na przestrzeni?
