Siedzę ostatnio dużo w bibliotekach i zaczął mnie zastanawiać pewien drobiazg - czy miejsce, w którym odprawia się zaklęcie, w ogóle ma znaczenie? Konkretnie chodzi mi o to, że biblioteka to miejsce pełne zapisanych słów, intencji, myśli tysięcy ludzi. Jakby każda książka to skumulowana energia autora. No i teraz pytanie: czy robienie zaklęcia w takim otoczeniu wzmacnia przekaz słowny, czy może wręcz zagłusza, bo tych energii jest za dużo i wszystko się miesza? Sam próbowałem niedawno krótkiej afirmacji-zaklęcia między regałami z historią średniowiecza i czułem się... inaczej niż w domu. Trudno to opisać. Ale czy to miejsce działało na mnie, czy po prostu cisza biblioteczna mnie uspokoiła i dlatego koncentracja była lepsza? Interesuje mnie też kąt praktyczny - dla kogoś kto ma mało czasu, biblioteka publiczna jest łatwiej dostępna niż własna przestrzeń rytualna. Czy ktoś w ogóle próbował czegoś podobnego?
Pytanie o miejsce jest całkiem zasadne, ale zanim przejdziemy do bibliotek, chciałabym się upewnić, że rozumiemy to samo przez 'energię słów'. Bo tu można mówić o kilku różnych rzeczach: o sile głośno wypowiadanej formuły (dźwięk jako wibracja fizyczna), o intencji za słowem, albo o przekonaniu, że zapisane słowa mają jakiś własny byt energetyczny. To trzy zupełnie różne założenia i każde z nich prowadzi gdzie indziej. Które masz na myśli?
Hej, ja się dopiero uczę i mam może głupie pytanie - bo nigdy nie myślałam o miejscu w kontekście zaklęcia. Zawsze zakładałam, że można to robić gdziekolwiek i liczy się tylko skupienie. Czyli źle rozumiałam? Miejsce ma jakieś z góry ustalone znaczenie, czy samo się 'ładuje' od tego co się w nim działo?
OK ale ja mam inne pytanie do tego wszystkiego - bo mnie interesuje praktyka, a nie teoria. Czy ktoś ma konkretny przykład krótkiego zaklęcia, które działało w niestandardowym miejscu? Bo ja próbuję robić afirmacje w komunikacji miejskiej i szczerze nic z tego nie wynika. Może problem jest z miejscem, może z długością, nie wiem. Jakaś szybka formuła, powiedzmy na 2-3 minuty, czy to w ogóle ma sens?
Do kwestii czasu - tu akurat zgadzam się z Czeslawem częściowo. Długość nie jest sama w sobie kluczowa, ale problem z bardzo krótkimi formułami jest inny: nie dajesz sobie czasu na wejście w odpowiedni stan. To nie jest kwestia 'magia potrzebuje 45 minut', tylko że przejście z trybu codziennego myślenia do stanu skupionej intencji zajmuje czas. U każdego inny. Dla Sasanki w autobusie ten czas może nie wystarczyć, bo bodźców jest za dużo. Biblioteka byłaby lepszym miejscem właśnie z tego powodu, niezależnie od teorii o zapisanych słowach.
Ale właśnie tu jest pytanie, które mnie od początku chodzi po głowie - czy to w ogóle ma znaczenie czy wyjaśnienie jest 'tylko' psychologiczne? Jeśli stan umysłu jest inny i efekt zaklęcia jest lepszy, to czy nie jest to właśnie działanie magii, niezależnie od mechanizmu? Sam mam tak że nie rozgrywam za bardzo co jest 'naprawdę' magiczne a co psychologiczne, bo w praktyce to jest to samo.
Pozwolę sobie tu wtrącić jedno konkretne źródło, bo rozmowa jest ogólna a warto mieć jakiś punkt odniesienia. W 'Words of Power' Briana Cohena jest sporo o tym jak starożytne tradycje traktowały słowo wypowiedziane versus zapisane. W Egipcie hieroglif był żywą formą słowa - napis w świątyni nie był dekoracją tylko aktywnym bytem. Ale kluczowy detal: słowo działało dopiero gdy zostało wymówione przez osobę z odpowiednią wiedzą o jego znaczeniu. Samo otoczenie pełne napisów bez tego nie wystarczało. Więc jeśli przenieść to na bibliotekę - same książki na półkach to nic, ale jeśli ty rozumiesz wagę słów których używasz, to biblioteka może działać jak przestrzeń w której ta świadomość jest łatwiejsza do utrzymania. Trochę jak szpital działa inaczej na lekarza niż na turystę.
Słucham tego wszystkiego i mam takie przyziemne pytanie. Czy biblioteka nie jest jednak dziwnym miejscem na takie rzeczy praktycznie, nie filozoficznie? Mam na myśli że ktoś może wejść w każdej chwili, musisz siedzieć cicho, nie możesz zapalić świecy ani nic. Jak wy sobie to w ogóle wyobrażacie - siedzisz między regałami i szepczesz pod nosem? Pytam serio, nie złośliwie.
Bezsprzętowa magia to nie jest jakiś kompromis dla zapracowanych - to jest po prostu inny nurt. W tradycji Dion Fortune nacisk kładzie się właśnie na pracę czysto mentalną i werbalną, bez fizycznych akcesoriów. Jej 'Sion Fortune Psychic Self-Defense' sporo o tym mówi w kontekście pracy obronnej. Więc biblioteka mogłaby być całkowicie adekwatna dla takiego stylu pracy. Problem pojawia się gdy ktoś miesza różne podejścia i próbuje ceremonialnej magii w wersji skróconej, bez rozumienia czemu te elementy są tam gdzie są.
Hej, może głupie pytanie ale co to dokładnie jest ta magia werbalna? Bo czytałam coś o mantrachach buddyjskich i zastanawiam się czy to jest to samo co zaklęcia? Albo modlitwy? Gdzie jest granica? Trochę się gubię.
Czytałem tę rozmowę i chcę zapytać Kacperka o jeden konkret - czy to zaklęcie między regałami miało jakiś cel i czy ten cel się spełnił? Bo my tu dyskutujemy o teorii, a to jest jednak najbardziej interesujące. Efekt jest albo go nie ma.
No i to jest odpowiedź, której szukałem. Ale mam do ciebie jedno konkretne pytanie - to słowo klucz, które zbudowałeś wokół formuły, czy wybrałeś je świadomie z jakiegoś systemu, czy po prostu przyszło ci do głowy? Bo to robi różnicę. Jeśli pracujesz z systemem, to jest jedna interpretacja. Jeśli intuicyjnie, to inna.
Chcę tu dodać jeden kontekst historyczny, bo myślę że jest istotny. W tradycji żydowskiej - konkretnie w kabalistycznej praktyce gematrii - pojedyncze słowo lub nawet litera mogły nieść cały ładunek intencji właśnie dlatego, że system był precyzyjnie zbudowany. Tzolmach, 'cień' albo 'obraz', używane jako formuła ochronna, to jedno słowo. Ale osoba która go używała wiedziała dokładnie co za nim stoi. Więc pytanie do Kacperka jest słuszne - czy to słowo cokolwiek znaczyło, czy było intuicyjne bez zakorzenienia?
Mam zupełnie inne pytanie, trochę z boku. Czy wy w ogóle nie myślicie o tym że biblioteka to miejsce publiczne z konkretnym regulaminem? Znaczy nie oceniam, ale zastanawiam się - jeśli ktoś to zobaczy i zapyta co robisz, to co powiesz? I czy to nie przeszkadza w skupieniu, sam fakt że ktoś może wejść?
Przepraszam że wchodzę z czymś podstawowym, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Mówicie o 'ładunku słowa' i o tym że biblioteka może mieć ślady energii czytelników. Ale skoro ta energia pochodzi od tysięcy różnych ludzi z różnymi intencjami, to jak to ma pomagać? Nie powinno to raczej robić jakiegoś chaosu?
Coraz bardziej się pogubiłam. Mamy tu: energię miejsca, kabałę, Spare'a, psychologię, nastrój biblioteki. Czy ktoś mógłby mi powiedzieć wprost - jeśli chcę spróbować czegoś krótkiego w takim miejscu jak biblioteka, to od czego w ogóle zaczynam? Bo mam wrażenie że każde podejście wymaga innego przygotowania.
Epidot pyta od czego zacząć i Arbogi odpowiada żeby sprawdzić swój system. Tylko że to jest trochę odpowiedź dla kogoś kto już ma system. Mnie bardziej zastanawia inne pytanie - czy biblioteka w ogóle jest miejscem gdzie da się coś zacząć, czy raczej jest dobra dla kogoś kto już wie co robi i szuka konkretnych warunków?
Właśnie o to chodzi, że ja nie wiedziałem co robię i jakoś to działało. Więc może biblioteka jest dobra właśnie dla kogoś bez systemu, bo to miejsce samo w sobie coś robi z głową. Cisza, skupienie, ten specyficzny zapach. Nie wiem - może to po prostu pomaga wejść w stan bez myślenia?
Dobra, to ja spróbuję inaczej zadać to pytanie bo chyba niezbyt precyzyjnie się wyraziłam. Nie pytam o system w sensie 'skąd mam wziąć tradycję'. Pytam o to - czy jest jakaś różnica w tym jak prowadzę myśl podczas krótkiej formuły w bibliotece, a jak to robię w domu? Bo z rozmowy wynika że kontekst miejsca ma znaczenie, ale nie rozumiem mechanicznie jak to wpływa na to co mówię.
Słyszę że mówicie o neutralności biblioteki jako o czymś pozytywnym. Ale mam pytanie do Kacperka bo on to przeżył - czy ta neutralność nie sprawiła że coś ci umknęło? Znaczy, w domu możesz mieć świeczkę, możesz coś postawić przed sobą. W bibliotece masz książkę i ciszę. Czy to nie jest jednak za mało?
Szczerze mówiąc nawet mi to do głowy nie przyszło w tym momencie. Miałem książkę przed sobą i to wystarczyło jako punkt skupienia. Ale pytanie o świeczkę jest ciekawe - bo świeca to dla mnie głównie czas trwania rytuału, taki wyznacznik. Bez niej rytuał mógłby trwać pięć sekund albo godzinę. A w bibliotece ten problem sam się rozwiązuje - siedzisz tyle ile siedzisz i wychodzisz.
To co Marlenka mówi o języku intencji jest dla mnie kluczowe i chciałam to połączyć z tym co Kacperek powiedział o słowie które 'czuł'. Jeśli twoja intencja ma konkretny kształt językowy, to system który ma ją opisać powinien być zbudowany na tym samym materiale. Liczenie po łacinie czegoś co myślisz po polsku to naprawdę duże uproszczenie.
Mam głupie pytanie. Dlaczego w ogóle liczycie litery? Co to ma wspólnego z zaklęciem? Myślałam że zaklęcie to są słowa które mówisz, a nie matematyka.
Czytam ten wątek od początku i mam jedno pytanie do wszystkich - czy ktokolwiek próbował powtórzyć warunki z biblioteki świadomie? Czyli nie 'wyszło przypadkowo' ale zaplanował: idę do biblioteki, mam konkretną formułę, próbuję. I co z tego wyszło?
To co opisujesz to klasyczny problem z intencją 'reaktywną'. Pierwszy raz nie miałeś oczekiwań wobec miejsca, więc miejsce mogło działać. Drugi raz przyszedłeś z gotowym obrazem tego co ma się stać i biblioteka przestała być neutralna - stała się dekoracją do scenariusza który już miałeś w głowie. To nie jest kwestia miejsca. To kwestia tego co przyniosłeś razem z sobą.
