Siedziałam dziś rano z notatnikiem i zapisywałam intencje do rytuału, który planuję na nów. I nagle stanęłam. Bo intencja, którą chciałam sformułować, brzmiała mniej więcej tak: 'chcę uwolnić się od tej osoby i tego, co mi zrobiła'. A potem zastanowiłam się, czy to w ogóle ma jakiś sens bez przebaczenia. Czy zaklęcie może zadziałać, jeśli wewnątrz nadal trzymam ten węzeł? I dalej: czy samo napisanie 'przebaczam' w notatniku jest aktem magicznym? Czy to tylko słowa na papierze? Mam wrażenie, że to jest w ogóle jeden z bardziej pomijanych tematów w praktyce - co zrobić z emocjonalnym ciężarem, który stoi za intencją.
To ciekawe pytanie, bo ja sam długo myślałem, że rytuał to przede wszystkim forma - świeczka, kamień, właściwa godzina. Ale po pewnym czasie zrozumiałem, że forma bez stanu wewnętrznego to teatr. Sam sobie grasz spektakl i nic z tego nie wynika. Nie wiem, czy przebaczenie JEST zaklęciem, ale jestem przekonany, że bez niego zaklęcie nie jest kompletne. Zostaje dziura.
Ale co rozumiecie przez 'przebaczenie' w tym kontekście? Bo to słowo niesie ze sobą ogromny bagaż. Dla jednej osoby to będzie coś bardzo osobistego i emocjonalnego, dla innej - niemal psychologiczny akt decyzji. A w magii? Skłaniam się ku temu, że przebaczenie w rytuale to coś innego niż przebaczenie w terapii albo w relacji z drugim człowiekiem. Możesz przebaczyć energetycznie - puścić - nie mając do końca przetrawionej emocji. Albo odwrotnie: emocjonalnie coś w sobie rozwiązałeś, ale energetycznie nadal masz ten sznur przywiązany.
Miałam podobną sytuację. Zapisałam sobie kiedyś intencję uwolnienia i przez kilka tygodni nic. Zero. Wróciłam do notatnika, przeczytałam i sama nie mogłam zrozumieć, co właściwie chciałam osiągnąć. Słowa były poprawne, forma była, ale jakby wydrukowane z internetu - nie moje. Dopiero jak przepisałam to zupełnie inaczej, własnymi słowami, trochę brzydkimi, trochę niedokładnymi - coś ruszyło. Więc może w notatniku nie chodzi o poprawność zapisu, tylko o to, żeby słowo trafiło w rzecz?
Nie jestem przekonana do tej magicznej strony tematu, ale to co opisujesz brzmi dla mnie bardzo normalnie psychologicznie. Czyli - czy to nie jest po prostu efekt zapisania czegoś i powracania do tego? Jak dziennik terapeutyczny? Tylko obudowany symboliką? Pytam serio, bez kpiny - bo zastanawiam się, gdzie jest ta granica między terapeutycznym przetwarzaniem a magią.
Chciałem wejść z innej strony. Notatnik magiczny - bo to też jest w tytule wątku - pełni różne funkcje u różnych praktyków. Jedni używają go jako dziennik obserwacji, inni jako miejsce formułowania intencji, jeszcze inni przepisują tam zaklęcia z innych źródeł. I mam wrażenie, że dyskutujemy trochę o wszystkim naraz. Czy możemy rozróżnić: zapisanie przebaczenia jako intencji rytuałowej, od zwykłego pisania o przebaczeniu w notatniku? Bo to chyba nie jest to samo.
No i właśnie tu jest sedno. Bo ja znam podejście - i widziałem je u kilku osób - gdzie mówi się: zapisz, nawet jeśli nie wierzysz, bo sam akt zapisu zaczyna coś zmieniać. Jakby pisanie przeorganizowywało wewnętrzny stan. Coś w tym jest, bo sam to przerabiałem. Ale to działa raczej przy drobnych rzeczach. Przy głębokich urazach pisanie 'przebaczam' bez żadnego fundamentu to faktycznie trochę jak przyklejenie plastra na coś, co wymaga szycia.
A czy ktoś próbował połączyć to z tarotem? Mam na myśli: zamiast od razu pisać intencję, najpierw wyciągnąć kartę i zobaczyć, co tak naprawdę stoi za tym, czego nie możesz puścić? Pytam, bo sama mam problem z tym, żeby w ogóle dojść do tego, co czuję w danej sprawie, zanim zacznę cokolwiek formułować.
To mnie przekonuje bardziej. Znam koncepcję, że rytuał działa jak kontener - daje przestrzeń dla czegoś, co jeszcze nie jest gotowe, ale potrzebuje miejsca, żeby się rozwinąć. Piszesz 'przebaczam' nie dlatego, że już przebaczyłeś, tylko żeby stworzyć przestrzeń, w której to może się wydarzyć. Różnica jest subtelna, ale duża.
Dokładnie tak to poczułam po fakcie. Nie byłam gotowa, ale rytuał był jak sygnał do czegoś w środku: 'zaczynamy'. I to zaczęło się toczyć samo, powoli. Może właśnie o to chodzi - że nie musisz być gotowy, żeby zacząć.
Wchodzę trochę z boku, bo temat mnie zatrzymał. W tradycji run jest Pertho - runa często łączona z tym, co ukryte, z losem, ale też z porzuceniem starych wzorców. Stosuje się ją właśnie wtedy, gdy coś musi odejść, ale nie wiadomo jeszcze co i jak. I myślę sobie, że może to jest właśnie ta 'przestrzeń przed przebaczeniem' - wezwanie do procesu, nie do efektu. Nie mówię, żebyście używali run, tylko że to rozróżnienie 'wezwanie procesu' versus 'potwierdzenie stanu' ma odzwierciedlenie w różnych tradycjach, nie tylko w tym, o czym piszemy.
To rozróżnienie między 'gdzie jestem' a 'gdzie chcę być' brzmi prosto, ale ja długo tego nie rozumiałam. Zapisywałam intencje jak życzenia bożonarodzeniowe - idealne, czyste, zupełnie nieprawdziwe. Dopiero jak zaczęłam pisać coś w stylu 'jest we mnie opór wobec tego' - czyli opisywałam stan, nie cel - to notatnik przestał być pustą deklaracją.
Mam wrażenie, że krążymy wokół czegoś i nie możemy tego złapać. Czy chodzi o to, że rytuał - i notatnik jako jego część - zmienia intencję, czy tylko ją ujawnia? Bo to dwa różne procesy.
A co jeśli obie te rzeczy są tym samym? Dokumentacja stanu jest aktem magicznym, jeśli robisz ją z intencją. Nie ma znaczenia, że słowo 'kłamało' w chwili zapisu - liczył się zamiar kierowania uwagi na ten temat.
Mam wrażenie że ciągle szukamy jednej odpowiedzi, a może nie ma jednej. Ja na przykład prowadzę notatnik od kilku lat i naprawdę zmienił mi sie stosunek do tego co tam piszę. Na początku pisałam jak zamawiałam pizzze - precyzyjnie, co i kiedy. Teraz bardziej jak list do siebie. I efekty są inne, ale nie wiem, które lepsze.
I tu wracamy do sedna tego wątku. Czy przebaczenie jako zaklęcie jest możliwe właśnie dlatego, że zmienia coś w środku, a nie na zewnątrz? Może to jest jedyny rodzaj magii, gdzie nie ma sensu szukać efektu poza sobą.
