Ale jak to rozróżnić? Szczególnie jeśli komuś właśnie dlatego zależy na zmianie, że jest w tym chaosie - chce coś ruszyć właśnie z tego miejsca, nie po tym, jak mu będzie lepiej.
Whisperia pyta o coś realnego. Moja obserwacja jest taka: rytuał robiony z miejsca desperacji ma zupełnie inną jakość niż rytuał robiony z miejsca gotowości. Nie mówię, że ten z desperacji nic nie zrobi - ale intencja jest tam często bardziej 'ucieczkowa' niż 'otwierająca'. I to się potem czuje w efekcie.
Ale to jest znowu subiektywne. 'Czujesz' jakość rytuału, 'czujesz' efekt. Ja mam poczucie, że ta cała rozmowa kręci się w kółko wokół odczuć, które każdy interpretuje po swojemu, i dlatego nie da się z tego wyciągnąć żadnych wniosków, które cokolwiek mówią o tym, kiedy rytuał 'powinno się' robić.
Idzik, mam do ciebie pytanie: jakiej odpowiedzi szukasz? Naprawdę, bez złośliwości - czy oczekujesz, że ktoś poda ci obiektywne kryterium w postaci daty albo fazy, po której zagwarantowany jest efekt? Bo jeśli tak, to tej odpowiedzi tu nie ma - ani w tej rozmowie, ani nigdzie indziej. A jeśli szukasz czegoś innego, to powiedzenie czego, ułatwiłoby rozmowę wszystkim.
Dobra, to powiedz mi wprost - bo ta rozmowa kręci się od wielu postów wokół tego samego: kiedy jest dobry moment na rytuał dla nowej osoby w życiu. I co chwilę ktoś mówi 'poczuj to sam', 'wewnętrznie', 'gotowość'. Ale jak ktoś nigdy wcześniej nie robił rytuałów, to skąd ma wiedzieć jak ta 'gotowość' wygląda od środka? Jemu to po prostu nic nie mówi.
To jest dobre pytanie, i nie ma na nie prostej odpowiedzi - co wcale nie znaczy, że odpowiedź jest 'poczuj to sam'. Gotowość to nie jest abstrakcja. Można ją opisać konkretnie: czy twój umysł jest w stanie skupić się na jednej rzeczy przez kilka minut? Czy wiesz, czego konkretnie chcesz od tej sytuacji - nie mgliście, ale co ma się zmienić? Jeśli te dwa warunki są spełnione, masz minimalny poziom gotowości. Reszta to nadbudówka.
Mnie to co Kalikst napisał o zmieniającej się intencji trafia bardziej niż cokolwiek o energetyce. Sama to przerabiałam - robiłam coś z intencją, która była inna rano i inna wieczorem, i finalnie nie wiadomo było, w co to uderzyło. Chaos kontekstowy jest do przejścia, chaos intencji to już inny temat.
Ale jak odróżnić chaos kontekstowy od chaosu intencji? To brzmi jak rozróżnienie, które jest łatwe do powiedzenia, ale w praktyce, jak jesteś w środku, to nie wiesz, co jest czym.
A to nie jest tak, że ta intencja nigdy nie jest idealna? Zawsze jest jakiś element, który mógłby być ostrzejszy, bardziej doprecyzowany. Można w nieskończoność czekać na 'właściwy moment', który nigdy nie nastąpi.
Właśnie - bo kalendarz to nie jest wyznacznik gotowości, to jest wyznacznik kontekstu. Nów daje jeden typ energetycznego tła, pełnia inny. Ale to tło nie zastąpi intencji. Natomiast jeśli intencja jest stabilna i masz do wyboru działać w przypadkowy dzień albo w nów - to czemu nie wybrać nów? Nie traci się nic, a zyskuje pewien rytm.
To ciekawe, że różne tradycje doszły do tego samego niezależnie. Ale mam pytanie - co jeśli ktoś nie czuje się związany z żadnym z tych systemów? Czy wtedy nów ma dla niego jakiekolwiek znaczenie, skoro nie zna kontekstu, z którego wyrosło to przekonanie?
Muszę tu dopowiedzieć coś ze swojego kąta - horoskopy i cykl księżycowy to jedno, ale w astrologii patrzy się też na to, czy akurat nie masz jakiegoś trudnego tranzytu, który rozbija skupienie. Nie mówię, że to reguła, ale jak ktoś ma na przykład Marsa kwadratowego do Merkurego, to komunikacja i wola są w tym czasie po prostu pod napięciem. Nie wiem, czy to przeszkoda do rytuału, czy raczej sygnał, żeby być ostrożnym z intencją.
Mam wrażenie, że wszyscy tu zakładają, że 'właściwy moment' to coś, co można zaplanować. A co jeśli właściwy moment pojawia się sam i nie pyta, czy masz dobry tranzyt albo czy jest nów? Takie przeczucie 'teraz' bez żadnego zewnętrznego tła.
Lubomila powiedziała to, co chciałam powiedzieć od kilku postów. To jest chyba największa pułapka dla osoby, która zaczyna - odróżnienie impulsu od przeczucia. Impuls chce działać natychmiast, bo jest napięcie. Przeczucie jest spokojniejsze, bardziej pewne. Ale żeby to rozróżniać, potrzebujesz trochę praktyki z własnym stanem wewnętrznym - i nie ma na to skrótu.
To co Aeon napisała o impulsie kontra przeczuciu - czy da się to jakoś ćwiczyć? Bo jak mam to odróżniać, skoro jedno i drugie czuję gdzieś w środku i oba są przekonujące w danej chwili?
Dokładnie to samo słyszałam od kilku osób i sama to obserwuję. Impuls zostawia po sobie coś w rodzaju ulgi, jak już odpuści - jakbyś uniknął czegoś. Przeczucie nie odpuszcza, ono po prostu czeka. Różni się też tym, że nie ma w sobie tej pilności, że 'TERAZ albo nigdy'.
Ale czy nie jest tak, że to 'teraz albo nigdy' przy przeczuciu może być uzasadnione? Tzn. są momenty, kiedy okno się zamknie i naprawdę trzeba działać szybko - i jak wtedy odróżnić, że to nie impuls, skoro presja jest taka sama?
To jest dobre pytanie i właśnie dlatego nie ma prostej odpowiedzi w stylu 'czekaj 24 godziny i sprawdź'. Są sytuacje, gdzie okno jest krótkie i to nie jest impuls, tylko rzetelna ocena sytuacji. Myślę, że wtedy ważniejsze jest pytanie: czy masz ciało w tym czy tylko głowę? Presja chwili jest zazwyczaj tylko w głowie.
I tu wracam do wątku z astrologii, bo to jest powiązane - kiedy jesteś pod ciężkim transytem Marsa czy Urana, to to napięcie, o którym Lubomila mówi, jest amplifikowane. Ciężko odróżnić własne przeczucie od reakcji na tranzyt, bo tranzyt działa przez twoje ciało, nie obok niego.
Ale czy to nie jest zbyt wygodna wymówka? 'Nie działam, bo mam zły tranzyt' - można tak uzasadnić każde odkładanie.
Wracając do tego co mówił wcześniej Kalikst o własnym markerze czasu - jak ktoś nie zna astrologii i nie śledzi transytów, to na co ma się orientować? Tylko na to wewnętrzne przeczucie? Bo to wydaje się dość niepewne samo w sobie, skoro właśnie ustalamy, że przeczucie też można mylnie odczytać.
To jest coś, co numerologia próbuje opisać przez cykl osobisty roku i miesiąca - te naturalne pauzy mają swój rytm i da się je z grubsza przewidzieć. Nie twierdzę, że to jedyna mapa, ale to jeden ze sposobów, żeby nadać strukturę temu, o czym Kalikst mówi intuicyjnie.
Zastanawiam się, czy nie robimy z tego zbyt skomplikowanego systemu. Każdy ma jakiś rytm, każdy czuje mniej więcej kiedy ma energię a kiedy nie - i może to jest wystarczający kompas? Bez transytów, bez cyfr.
Zgadzam się do pewnego stopnia, ale ten 'własny rytm' jest o wiele bardziej zaburzony u większości ludzi niż im się wydaje. Praca zmianowa, niedobór snu, stres - to wszystko rozmywa sygnały. Dlatego ludzie po zewnętrzne systemy sięgają - nie dlatego, że sami nie wiedzą, tylko dlatego, że szumy zagłuszają sygnał.
Aeon, to co piszesz o szumach - czy masz jakiś sposób na wyciszenie tego przed rytuałem? Bo rozumiem ideę, ale praktycznie jak to wygląda, jak masz dużo na głowie?
I to jest właśnie ta 'magia na biegu' z tytułu wątku - nie chodzi o skrócenie rytuału, tylko o to, żeby to pięć minut ciszy znaleźć i potraktować poważnie. Cały poprzedni problem z impulsem kontra przeczuciem sprowadza się często do tego, że ktoś nie dał sobie nawet chwili, żeby sprawdzić co tak naprawdę czuje.
To co napisałaś o tych pięciu minutach ciszy - mam wrażenie, że to jest niedoceniane właśnie dlatego, że brzmi za prosto. Ludzie szukają jakiegoś protokołu, procedury, a tu ktoś mówi 'po prostu siedź i nic nie rób' i to działa lepiej niż połowa rzeczy, które można znaleźć w książkach.
