Ale serio, pięć minut? To mi się wydaje za mało, żeby cokolwiek z tego wyszło. Jakiś rytuał wymaga skupienia, przygotowania, nie wiem - przestrzeni mentalnej. Pięć minut to tyle co nic.
Kanapie czy nie - intencja jest intencją. Mam znajomą, która całe życie robiła rozbudowane rytuały z ołtarzem, świecami, godzinami i na starość mówi, że te same efekty osiąga siedząc przy kuchennym stole. Coś się zmienia z czasem w tym, czego potrzebujesz jako wejście.
Zgadzam się z Lubomilą, ale Idzik ma trochę rację w innym sensie - pięć minut działa, jeśli wiesz po co siedzisz. Jak ktoś siada i czeka aż mu minie czas, to jest to po prostu odpoczynek, nie przygotowanie. Różnica jest w tym, czy wchodzisz w to świadomie.
A jak tę świadomość... ustanowić? Tzn. czy jest jakiś konkretny sposób na to żeby te pięć minut rzeczywiście było czymś więcej niż siedzeniem?
To jest trochę jak różnica między drzemką a jogą nidra - oba wyglądają tak samo z zewnątrz, ale w środku jedno jest bierne, drugie ma kierunek. Przynajmniej tak to rozumiem.
W numerologii jest coś podobnego z datami - można trafić na idealną datę i zmarnować ją przez brak zamiaru, albo wybrać neutralny dzień i osiągnąć więcej przez świadome działanie. Czas bez intencji to po prostu czas.
No ale to znowu otwiera pytanie, które ktoś tu już zaczął - skąd wiesz, że płyniesz z prądem, a nie że po prostu masz dobry dzień? Gdzie jest granica między samopoczuciem a sygnałem?
To jest pytanie, na które każdy odpowiada sam. I nie ma na to złej odpowiedzi, bo nawet jeśli to tylko dobry dzień - to nadal rzeczywiste okno. Dobry dzień to nie jest mniej prawdziwy niż tranzyt.
Dobre pytanie. Znam osoby, które robiły rytuały na fali euforii i potem dziwiły się, że efekt się nie utrzymał. Nie twierdzę, że to jedyna przyczyna, ale myślę, że stan, w którym wchodzisz w coś, odciska się w tym co robisz.
Czyli wychodzi na to, że 'właściwy czas' to nie jest konkretna godzina ani data, tylko połączenie kilku rzeczy naraz - twój stan, zewnętrzne warunki, intencja? To brzmi jak coś bardzo trudnego do zgrania, zwłaszcza jeśli masz mało czasu.
'Wystarczająco dobre' - to jest chyba najsensowniejsze podsumowanie tej dyskusji. I to jest praktyczna odpowiedź na pytanie z tytułu wątku. Nie 'kiedy jest idealnie', tylko 'kiedy jest wystarczająco, żeby warto było działać'.
No dobra, 'wystarczająco dobre' - ale jak to wygląda w praktyce? Tzn. budzisz się rano, masz godzinę przed pracą i co - siadasz i co dokładnie robisz? Bo mi to nadal brzmi abstrakcyjnie.
Dla mnie to wygląda tak, że nie planuję z wieczoru. Jak rano wstaję i jest jakaś wewnętrzna cisza, nie gonitwa myśli, nie lista rzeczy do zrobienia od razu - to jest ten moment. Nie szukam go, raczej go rozpoznaję. Ale to przyszło z czasem, nie było tak od początku.
Właśnie - rozpoznawanie. Mnie to przypomina coś, o czym czytałam przy pracy z czakrami: nie chodzi o to, żeby wymusić otwarcie, tylko żeby zauważyć kiedy już jest. Może z 'właściwym momentem' na rytuał jest podobnie? Szukasz czegoś, co już jest obecne, a nie tworzysz to od zera.
Słucham tego i zastanawiam się - czy to 'coś zewnętrznego z własnym rytmem' to np. konkretna osoba, na którą jest rytuał? Bo jak tak, to rozumiem dlaczego to bardziej skomplikowane niż praca z własną energią.
Ale zaraz - czy robienie rytuału 'na nową osobę' to nie jest z definicji próba wpływu na coś, czego nie kontrolujesz? I jeśli tak, to czy szukanie właściwego momentu ma sens, skoro zmienna po drugiej stronie jest niezależna od czasu?
Może 'zestrojenie'? Ale Egzorcysta zadał coś, co mnie też gryzło - jeśli rytuał dotyczy nowej osoby w życiu, to jak to w ogóle rozumieć? Że chcesz kogoś przyciągnąć, spotkać, czy coś innego?
W tym wątku rozumiem 'nową osobę' dość szeroko - może to być nowy znajomy, nowy partner w sensie zawodowym, kogoś kogo chcesz dopuścić do swojego życia. Nie chodzi mi o manipulację, tylko o intencjonalne otwarcie na pewien rodzaj kontaktu. Rytuał jest tu bardziej po swojej stronie niż po stronie tej drugiej osoby.
Właśnie - to rozróżnienie jest według mnie kluczowe. Rytuał, który przygotowuje ciebie na nową energię, jest zasadniczo inny niż taki, który ma coś zrobić z kimś konkretnym. Pierwszego nie ma sensu się bać etycznie, drugi to inna dyskusja. I w kontekście 'właściwego czasu' - przy pierwszym typie jesteś znowu podmiotem i środowiskiem, jak mówiła Ludwinia.
To co mówisz, Judytka, trochę mi zmienia perspektywę. Myślałam, że rytuał na nową osobę to zawsze jest 'na zewnątrz', a tu wychodzi, że można to zrobić tak, żeby było bardziej o sobie. Czy to jest częsta interpretacja?
Zależy w jakiej tradycji siedzisz. W tym co ja robię, właściwie większość pracy jest po twojej stronie niezależnie od tematu. Nawet jeśli chcesz zmienić sytuację zewnętrzną, zaczynasz od ustawienia swojej energii, intencji, gotowości. Ta osoba zewnętrzna to bardziej kierunek niż cel sam w sobie.
A jak ta 'gotowość' się objawia? Tzn. można ją wywołać czy raczej czekasz aż przyjdzie?
Wracając do pytania o 'właściwy czas' - po tej całej dyskusji zaczyna mi się rysować coś w rodzaju trzech warstw. Pierwsza: ty i twój stan. Druga: zewnętrzne warunki, transyty, fazy. Trzecia: sama intencja i jej klarowność. Jak te trzy się nakrywają, to jest ten moment. Czy to dobre uproszczenie, czy za bardzo spłycam?
Z numerologicznego punktu widzenia ta spontaniczność też ma swój kontekst - tylko go wtedy nie analizujesz, bo działasz. Ale jak potem sprawdzisz datę, godzinę, to często wychodzi, że 'przypadkowo' trafiłeś na dobry układ. Może intuicja to jest właśnie to: czytanie tych warunków bez świadomego rozkodowywania.
To co mówię o intuicji i datach - mam na to konkretny przykład z własnej praktyki. Zacząłem rytuał zupełnie spontanicznie, bo po prostu poczułem, że czas. Potem sprawdziłem - był to dzień 1 w moim osobistym roku numerologicznym według Pitagorasa. Nie planowałem tego. Więc może 'właściwy moment' to nie jest coś, co znajdziesz w kalendarzu, tylko coś, co kalendarz potwierdza post factum?
Zostańmy jeszcze przy tym 'stanie' - bo to słowo przewija się tu kilka razy i każdy zdaje się rozumieć pod nim coś trochę innego. Dla mnie to moment, w którym intencja jest czysta, bez bałaganu w głowie. Ale Kalikst mówi o czymś, co przychodzi samo. Czy to jest to samo, tylko opisane inaczej, czy naprawdę dwie różne rzeczy?
Mnie się wydaje, że to może być różne w zależności od człowieka. Ja mam tendencję do nadmiernego planowania i właśnie przez to często przegapiam ten naturalny impuls. Jak zaczynam od 'sprawdzę datę, ustawię świece, przygotuje się' - to czasem po całym tym przygotowaniu czuję, że moment minął. Jakby samo przygotowanie go rozładowało.
