Ja mam taką sytuację w zasadzie. Kupiłam czarny turmalin, postawiłam przy łóżku, zrobiłam wodę z solą, posypałam progi. I przez jakiś czas było lepiej ale potem wróciło to samo uczucie ciężkości. Nie wiem czy źle to zrobiłam czy kamień się nasycił i trzeba go wyczyścić, czy w ogóle coś innego. Edek, bo ty mówisz dużo o energiach, jak w ogóle wiadomo kiedy kamień jest 'pełny' i przestaje działać?
Ta analogia Edka z wiadrem i sufitem jest celna. I to mi przypomina co Czarek napisał wcześniej, żeby najpierw sprawdzić co jest zanim się zacznie działać. Bo może kamień i woda z solą to jest działanie objawowe a nie przyczynowe. Albinka, czy ty wiesz w ogóle co było w tym mieszkaniu przed tobą? Kto tam mieszkał, co się działo?
To jest właśnie ta kwestia o której pisałem. Starsze małżeństwo, długie życie w jednym miejscu, silne przyzwyczajenia i rutyny, to wszystko zostawia ślad. Niekoniecznie zły, ale obcy. I ciało nowej osoby może to odbierać jako coś nieswojego. Nie trzeba od razu myśleć o duchach, wystarczy że miejsce ma bardzo wyraźny charakter który do ciebie nie pasuje. Pytanie Albinka, co ty czujesz w tym miejscu, ciężkość, obcość, czy coś konkretniejszego?
Czarek trafił w coś co mnie też chodziło po głowie słuchając o Albince. Babcia mówiła o tym inaczej, że każde miejsce ma swoją przyzwyczajenie i nowy człowiek musi to przyzwyczajenie zmienić, nie wymazać. Że to jest bardziej negocjowanie niż walka. Ale to długi temat i wrócę do pytania Frei z początku tego fragmentu rozmowy, bo nikt nie odpowiedział wprost. Jakie konkretnie były gesty powitalne w różnych tradycjach, ktoś wie coś więcej poza chlebem i solą?
To co Wandzia mówi o negocjowaniu zamiast wymazywaniu, to mi daje do myślenia. Bo jak kupiłam te kamienie i robiłam wodę z solą, to miałam w głowie że wyganiam to co było. A może właśnie o to chodzi że to nie działa, bo podeszłam do tego jak do sprzątania a nie jak do rozmowy.
Ale Albinka, wróćmy do tego co mówiłaś wcześniej, że przez jakiś czas było lepiej. Co konkretnie było lepiej? To uczucie ciężkości to było bardziej fizyczne, że np. w którymś pokoju nie chciałaś przebywać, czy raczej coś emocjonalnego, jakiś nastrój?
Mnie to pytanie Edka przypomniało że mój kłopotliwy kąt jest w rogu gdzie stało łóżko, zanim moi rodzice przestawili meble. Zawsze tam spałem jako dziecko i nie pamiętam żeby cokolwiek było nie tak. Teraz to jest kąt z biurkiem i problem jest od kiedy przeprowadziłem się z powrotem po studiach.
Bogdan, to co mówisz jest ciekawe bo u babci był taki zwyczaj że jak ktoś wracał po długim czasie do domu, to wchodził pierwszy próg lewą nogą, nie prawą. Ona mówiła że to znaczy że się przychodzi jako gość a nie gospodarz, i że trzeba dom na nowo oswoić. Jakby człowiek po czasie stawał się dla miejsca obcym.
Lewą nogą przez próg to słyszałem że przynosi pecha, nie?
A ja mam pytanie które chodzi mi po głowie od kilku postów. Mówicie o przywitaniu, negocjowaniu, wchodzeniu. Ale jak to wygląda praktycznie w bloku, gdzie nie masz prywatności? Wandzia zaczęła ten wątek od tego, że blok to specyficzne miejsce. Czy te rytuały z domu babci w ogóle mają sens przełożone na klatkę schodową z sąsiadami?
Jalowcowa trafia w sedno bo o to mi chodziło na początku. Babcia miała dom z ogrodem, mogła wyjść o północy i zrobić co chciała. Ja mam za ścianą sąsiadkę z małym dzieckiem i cienkie ściany. Część z tych rzeczy robiłam w środku nocy żeby nikt nie widział i czułam się po prostu głupio.
To uczucie głupoty to jest chyba największa przeszkoda w całej tej magii miejskiej. Jak się czujesz głupio, to chyba żadne działanie nie ma sensu, bo myślami jesteś przy tym co sąsiadka pomyśli, a nie przy tym co robisz.
Ale tu nie chodzi o rytualne wyzwanie, tylko o to że nie można np. wyjść na zewnątrz z misą wody i chodzić dookoła budynku, bo po prostu nie da się tego zrobić bez wzbudzenia zainteresowania. To są ograniczenia bardzo konkretne, nie psychologiczne.
A co z klatką schodową? Bo mam wrażenie że to jest chyba najtrudniejsza część. Nie jest twoja, nie jest niczyja, i jednocześnie jest wejściem do twojego miejsca. Wandzia mówiła o drzwiach jako przejściu, ale co z tym co jest przed drzwiami.
Ja mam wycieraczkę gumową przy drzwiach i o tym nie myślałem w ogóle. Można pod nią cokolwiek położyć bez tego żeby ktoś zauważył.
Ukrytość niczego nie zabiera, o ile wiesz co kładziesz i po co. Przedmiot pod wycieraczką który tam leży bo 'może coś zrobi' to inna sprawa niż taki który tam trafia po konkretnym zamyśle. Problem z magią w bloku nie jest taki że trzeba coś chować, problem jest wtedy kiedy chowanie staje się wymówką żeby nie przemyśleć co się właściwie robi.
Mam takie wrażenie że w tej rozmowie trochę mieszamy dwie różne rzeczy. Jedno to praca z energią przestrzeni, drugie to praca z własnym nastawieniem do tej przestrzeni. W bloku te dwie rzeczy pewnie się bardziej przenikają niż w domu z ogrodem, bo masz mniej kontroli nad otoczeniem i więcej nad tym jak sam do niego podchodzisz.
Bogdan, myślę że to pytanie które zadajesz to właśnie jest sedno. Runy uczą mnie między innymi tego że odczytanie nigdy nie jest tylko na zewnątrz ani tylko w środku, zawsze jest gdzieś między. I ta twoja sytuacja z kątem brzmi podobnie.
Babcia nie rozróżniała tych dwóch rzeczy o których mówi Edek. Dla niej dom reagował na ludzi i ludzie reagowali na dom, to było jedno. Jak się czułaś źle w kuchni to albo kuchnia miała zły ślad, albo ty do niej przynosiłaś coś złego, albo jedno i drugie jednocześnie. Nie było kategorii żeby to oddzielić.
A jak to wtedy rozwiązywała? Bo jeśli nie wiedziała co jest przyczyną, to jak wiedziała co zrobić?
To mi przypomina że jak mówiłam o tej sypialni, Edek pytał co to był za pokój wcześniej. Nie wiem tego, ale wiem że poprzednia lokatorka mieszkała tu sama przez kilkanaście lat i wyprowadziła się po śmierci matki. Kogoś z rodziny podobno. To jest ta sypialnia.
I to jest właśnie moment w którym magia w bloku jest inna niż na wsi. Na wsi babcia Wandzi pewnie zrobiłaby coś na zewnątrz, przy progu, może przy studni czy przy drzewie. W bloku masz do dyspozycji wnętrze. I masz wybór: albo praca przy wejściu, przy progu drzwi, albo praca przy samym miejscu, czyli przy tej sypialni. Które bardziej czujesz jako właściwe?
Mam pytanie trochę z boku. Mówicie dużo o wodzie, kamieniach, kadzidłach. Ale co z dźwiękiem? Słyszałem że w wielu tradycjach azjatyckich właśnie dźwięk był podstawowym sposobem na oczyszczenie przestrzeni. Dzwonki, gongi, klaskanie w kąty. To wydaje się nawet bardziej dyskretne niż kadzidło.
Klaskanie w kąty zrobiłem raz i sąsiad zapukał w ścianę. Więc nie jest tak niewidoczne jak myślałem 🙂
Wracając do tej mojej sypialni, bo chyba umknęło w całej tej rozmowie o dźwięku. Sliwka napisała że to może być ślad, ale co ja właściwie mam teraz z tym zrobić? Żeby być konkretna, bo chodzi mi o tę kobietę która tu mieszkała, o tym co zostało po jej żałobie.
Mam podobnie z pokojem gdzie sypiam, też wieczorem jest inaczej. Zastanawiam się czy to w ogóle musi mieć związek z historią miejsca, może po prostu ciemność i cisza robią swoje i mózg zaczyna dopowiadać. Chociaż u mnie były sny które się powtarzały i to dopiero mnie przekonało że to nie tylko moje dopowiadanie.
Babcia mówiła że sen w obcym miejscu, zwłaszcza po przeprowadzce, jest jakby testem tego czy jesteś już swój czy jeszcze gość. Pierwsze sny w nowym domu traktowała poważnie, bo uważała że coś ci się wtedy pokazuje zanim zaczniesz zagłuszać to swoją codziennością. Nie wiem czy to prawda, ale pamiętam że po każdej takiej przeprowadzce ludzi z rodziny pytała ich co śnili w pierwsze noce.
