Mam podobną obserwacje z astrologii. Kiedy zaczełam pracować z horoskopami, każda interpretacja była dla mnie świadoma, krok po kroku. Teraz dużo rzeczy pojawia się zanim zdążę pomyśleć. I nie wiem czy ufać temu bardziej czy mniej. Bo z jednej strony to oznacza że wzorzec jest mocno wdrukowany, z drugiej, że mogę na autopilocie popełniać błedy których nie widze.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie że wy wszyscy macie jakiś swój system weryfikacji i to jest coś czego mi na razie brakuje. Czy u was ten system powstał naturalnie z czasem czy ktoś go kiedyś zaproponował albo opisał gdzieś? Pytam bo chciałabym nie wymyślać koła na nowo.
Dziękuję Sigilmistrz za tę odpowiedź, naprawdę. To że twój system wyłonił się sam z siebie trochę mnie uspokaja, bo miałam wrażenie że wszyscy tu działacie według jakiegoś gotowego schematu którego ja nie znam. Ale mam pytanie do całej reszty - czy ktoś z was świadomie coś zmienił w swoim podejściu do zapisu, bo poprzedni sposób przestał działać? Chodzi mi o to czy te systemy ewoluują.
Mój ewoluował kilka razy. Na początku prowadziłam coś w rodzaju dziennika, długie opisy. Potem zauważyłam że czas pisania długich opisów powoduje że już wiem co się wydarzyło albo zaczynam analizować zamiast zapisywać surowy materiał. Więc przeszłam na bardzo krótkie notatki, dosłownie jedno zdanie i ocena intensywności sygnału w skali do trzech. Prosto i szybko.
To co Herga opisuje jest bardzo bliskie metodom stosowanym w badaniach nad metacognition, czyli świadomością własnych procesów poznawczych. Tam też stosuje się skale subiektywne i patrzy się na konsystencję wewnątrzosobową, nie na wartość bezwzględną. Problem pojawia się gdy kalibracja dryfuje, czyli gdy twoja trójka z teraz to co innego niż trójka sprzed roku, bez żadnej świadomej zmiany progu.
Słucham tego i zaczynam się zastanawiać czy to co wy nazywacie pracą z intuicją to nie jest bardziej praca z własną percepcją i pamięcią niż z czymś co leży poza nimi. Nie mówię że to źle, tylko że to zmienia jak patrzę na cały temat tego wątku.
Glicynia, to rozróżnienie jest ważne ale niekoniecznie wyklucza oba ujęcia jednocześnie. Można uważać że intuicja ma źródło poza racjonalnym umysłem i jednocześnie przyjmować że jej odbieranie i weryfikacja dzieje się przez procesy percepcyjne i pamięciowe. Jedno nie przekreśla drugiego.
Właśnie, dla mnie to są dwie warstwy tego samego procesu. To skąd pochodzi sygnał to jedna kwestia, a to jak go odbieram i czy go rozpoznaję to osobna. Mogę pracować nad tą drugą warstwą bez rozstrzygania pierwszej.
Praktyka ciała to temat rzeka i mam wrażenie że jest niedoreprezentowana w rozmowach o magii intuicji. Większość opisów skupia się na tym co przychodzi jako myśl albo obraz, a u mnie podstawowe sygnały są właśnie somatyczne i dopiero potem ewentualnie tłumaczą się na coś co mogę opisać słowami.
To jest moje największe źródło niepewności na razie. Nie odróżniam lęku od intuicyjnego ostrzeżenia na poziomie ciała. Oba wyglądają tak samo fizycznie. Czy to się zmienia czy po prostu trzeba z tym żyć?
Herga dotknęła czegoś co jest dla mnie centralnym pytaniem od jakiegoś czasu. Czy ten brak historii to właściwość intuicji czy mojej interpretacji? Innymi słowy, może intuicja też przychodzi z narracją tylko że tak dobrze dopasowaną że jej nie zauważam jako osobnej warstwy?
to jest bardzo trudne do rozplątania. I mam podejrzenie że właśnie tutaj wiek i doświadczenie mogą utrudniać a nie ułatwiać, bo masz bogatszy repertuar gotowych narracji które mogą się przyklejać do sygnału zanim go zdążysz zarejestrować surowo.
Jest na to termin w psychologii poznawczej, narrative capture. Sygnał zostaje natychmiast przechwycony przez gotowy schemat i traci swoją oryginalną formę. Im więcej masz schematów tym szybciej to się dzieje. To nie jest argument przeciw doświadczeniu, ale jest argumentem za tym żeby celowo ćwiczyć zatrzymanie przed interpretacją. W tradycjach kontemplacyjnych też to jest, to nie jest nic nowego.
Czyli wychodzi na to że te systemy zapisu o których mówiliście wcześniej to nie tylko kwestia weryfikacji, ale też sposób na to żeby uchwycić sygnał zanim narrative capture go wchłonie? To mi zmienia rozumienie po co w ogóle ten zapis. Myślałam że to tylko do sprawdzenia trafności.
To co Wrozbita napisał o narrative capture naprawdę mi otworzyło oczy na sens całego zapisu. Myślałam że chodzi o weryfikację po czasie, a tu wychodzi że chodzi o coś zupełnie wcześniejszego w tym procesie. O złapanie sygnału zanim mózg go opakuje w gotową historię.
Edzio.ka, to brzmi bliżej automatycznego pisma niż dziennika. Czy świadomie pożyczasz z tamtej tradycji czy wyszło ci to niezależnie?
Wyszło niezależnie, a potem znalazłem podobieństwa. Ale jest jedna istotna różnica o ile dobrze rozumiem automatyczne pismo: tam chodzi o to żeby całkowicie wyłączyć kontrolę, a ja tej kontroli nie wyłączam całkowicie, tylko luźnię na tyle żeby sygnał mógł przejść zanim zostanie obrobiony. Taka poluzowana intencjonalność. Nie wiem czy to dobra nazwa.
Poluzowana intencjonalność to całkiem dobry opis czegoś co w badaniach nad twórczością pojawia się jako transliminalne przetwarzanie, czyli stan w którym próg między tym co świadome a tym co nie jest rozmyty, ale nie całkowicie przekroczony. Różni się od pełnej dysocjacji właśnie tym co Edzio.ka opisał, że jest jeszcze ktoś kto obserwuje.
To co opisujesz Willowa96 brzmi jakby trening intuicji był też treningiem pewnego rodzaju uwagi, takiej która może być czujna bez bycia natrętną. Czy to jest w ogóle tego co wy rozumiecie przez magię intuicji, czy to już jest bardziej strona medytacyjna?
Dla mnie te dwie rzeczy nie sa oddzielne i nigdy nie byłam w stanie prowadzić jednej bez drugiej. Ale rozumiem że ktoś może myslec o nich jako o osobnych ścieżkach. Chociaż nie wiem jakim sensem masz pracować z intuicją magicznie bez jakiejkolwiek pracy z uwagą.
Ale skoro to kwestia języka, to po co w ogóle język magiczny? Czy on coś wnosi praktycznie czy jest tylko ozdobnikiem?
To jest pytanie które sobie zadawałem długo. Dla mnie ten język działa jako rama, ustawia intencję i kontekst przed pracą. Ale widzę też u siebie ryzyko że ta rama staje się klatką, bo za bardzo skupiam się na tym żeby zrobić to poprawnie według jakiegoś systemu i tracę kontakt z tym co żywe.
mam dokładnie ten sam problem i nie znalazłem na to dobrego rozwiązania. Raz chcę mieć strukturę bo bez niej się gubię, raz ta struktura mi przeszkadza. Zależy od okresu życia, od tego co się dzieje. Czy ty jakoś zarządzasz tym przełączaniem?
To co Sigilmistrz pisze na końcu jest dla mnie najciekawszym zdaniem w całej tej rozmowie. Że to nie jest trening umiejętności w sensie technicznym, tylko rodzaj ciągłej kalibracji między tym gdzie jesteś a tym co potrafisz odebrać. I że wiek i doswiadczenie zmieniają ten odbiór nie przez akumulację techniki ale przez zmianę tego kto odbiera.
