Dla mnie wewnętrznym sprawdzianem jest jakość decyzji, które podejmuję przy pracy. Nie wyniki, ale to, czy pytania, które sobie zadaję przed rytuałem, stają się z czasem bardziej precyzyjne. Jeśli pytasz lepiej, to znaczy, że rozumiesz więcej, nawet jeśli wyniki są wciąż niespójne.
To jest dla mnie coś nowego, bo myślałam o postępie głównie przez pryzmat skuteczności. A ty mówisz, że postęp to lepsza jakość procesu, nie lepsze wyniki. Czy to znaczy, że można być dobrym praktykiem i wciąż mieć dużo niepowodzeń?
A jak się z tym pogodziłaś? Bo to brzmi jak coś, z czym naprawdę trudno żyć, szczególnie jeśli wkładasz w to dużo czasu i energii.
Ale czy to nie jest trochę wygodne? Mam na myśli takie podejście, że kiedy coś wychodzi, to potwierdzenie praktyki, a kiedy nie wychodzi, to "cenny sygnał" albo "etap budowania mapy". Jak masz kryterium, które zawsze cię chroni przed oceną, że coś poszło nie tak?
