To co Czarodziej opisuje trochę mnie zastanawia, bo brzmi logicznie, ale mam wątpliwości. Granie się z kimś przez długi czas tworzy pewne nawyki, a nawyki mogą być i dobre i złe. Nie wiem czy długa współpraca automatycznie oznacza że jesteście bardziej zsynchronizowani - może oznaczać że po prostu nikt już nie kwestionuje tego co robicie razem.
To przewraca wszystko co myślałem o tym problemie. Zaczynałem ten wątek od pytania jak pogodzić dwa systemy, a teraz zastanawiam się czy może w ogóle nie warto ich całkowicie godzić. Że ta różnica jest tym co utrzymuje uwagę.
Ale to trochę ryzykowne chyba? Bo jeśli za dużo tarcia, to możecie ciągle dyskutować o podejściu zamiast faktycznie cokolwiek robić. Znam to z innych rzeczy - za dużo różnic i zamiast współpracy masz debatę.
To co Vinta mówi to nie jest tylko kwestia osobowości uczestników - to też jest kwestia czasu. Przy pierwszym wspólnym rytuale to tarcie może być twórcze. Po dwudziestu razach, jeśli nigdy się nie przepracowało tych różnic, zamienia się w coś zupełnie innego. Czas trwania współpracy zmienia charakter konfliktu.
Dobra, muszę przemyśleć to co tu wyszło, bo zacząłem od pytania o harmonogram, a kończę z czymś dużo szerszym. Pokażę ten wątek znajomej, bo myślę że to jest lepsza baza do rozmowy niż cokolwiek co sam bym wymyślił. Dzięki wszystkim - i liczę że temat zostanie otwarty, bo mi się wydaje że można by jeszcze długo.
To co Monisia napisała o czasie trwania relacji - to mnie uderzyło, bo nigdy nie patrzyłem na to tak. Zawsze myślałem o harmonogramie jako o tej zewnętrznej siatce dat i faz, a tu nagle wychodzi że chodzi o coś zupełnie innego. Ale mam pytanie do Feliksa - jak właściwie wyglądało to twoje wyjściowe pytanie? Bo mam wrażenie że zacząłeś od czegoś konkretnego, a rozmowa poszła dość daleko.
Ten wątek nabrał sensu dopiero gdzieś w połowie. Pierwsze posty były trochę chaotyczne, ale potem zaczęło się coś konkretnego dziać. Mam jedno zastrzeżenie do całej tej rozmowy o "tarciu jako wartości" - to działa tylko jeśli oboje macie podobną tolerancję na niezrozumienie. Bo jeśli jedna osoba się gubi w tym że coś jest niepewne, a druga się tym napędza, to to tarcie nie będzie twórcze, tylko wyczerpujące.
Mam wrażenie że pomijamy coś oczywistego - że harmoniogram to też kwestia tego ile czasu macie na przygotowanie. Bo można mieć idealne warunki, dobry dzień, być zsychronizowanymi - ale jeśli jedna osoba dowiedziała się o tym jutro, a druga planowała to od tygodnia, to te dwa stany skupienia są nieporównywalne. I żaden rytuał wejścia tego nie wyrówna w pięć minut.
To co Oskar opisuje to w tradycji ceremonialnej nazywa się po prostu nieprzygotowaniem i traktuje się to poważnie. Są systemy gdzie uczestnik musi potwierdzić gotowość kilka dni wcześniej, nie tylko tego samego dnia. Nie po to żeby być formalnym, ale właśnie po to żeby każdy miał tyle samo czasu na wejście w odpowiedni stan. Brzmi sztywno, ale w praktyce eliminuje dokładnie ten problem który Monisia opisuje.
A co jeśli ten "czas na przygotowanie" jest dla każdego czymś innym? Tzn. jeden potrzebuje tygodnia, drugi godziny, a trzeci odpali się w ciągu kwadransa bez żadnego rytuału wejścia. Czy te systemy ceremoniale jakoś to uwzględniają, czy zakładają że wszyscy mają podobne tempo?
Ale to nie jest tylko problem systemów ceremonialnych. Nawet w luźniejszej pracy, kiedy nie ma żadnej tradycji do której się odnosisz, ten temat prędzej czy później wychodzi. Ktoś jest gotowy, ktoś nie. I pytanie jest zawsze to samo - czekasz i marnujesz swój stan skupienia, czy idziesz i ryzykujesz że to będzie nierównomierne?
Ja zwykle czekam, ale nie dlatego że to jest jakoś zasadniczo słuszne - po prostu trudno mi działać jeśli wiem że ktoś obok jest nieobecny. Może to jest kwestia tego jak odbieram takie sytuacje, bo fizycznie to czuję jako rodzaj szumu. Ale zastanawiam się czy inni to tak samo odbierają, czy to jest moje specyficzne.
To co Celestyna opisuje wydaje mi się znajome. Nie zawsze umiem to nazwać w trakcie, ale jak coś idzie nie tak to potem jak analizuję, to zwykle wychodzi że ktoś był po prostu gdzie indziej. Nie złośliwie, nie z winy - po prostu nie był w tym samym miejscu co ja. I to wpływa na całość bardziej niż jakikolwiek zły termin księżycowy.
To jest dokładnie to. Jeśli harmonogram to punkt odniesienia który pomaga nam trafić w to samo miejsce jednocześnie - to pracując poza nim nie tracisz "odpowiedniego momentu kosmicznego", tylko tracisz wspólny sygnał startowy. A to jest zupełnie inne zagadnienie i ma zupełnie inne rozwiązania.
No to teraz pytanie które mnie nęka - czy da się zbudować taki sygnał startowy bez kalendarza? Tzn. przez samą umowę między uczestnikami, bez odwoływania się do żadnego systemu zewnętrznego? Bo jeśli tak, to harmonogram jest opcjonalny w sensie dosłownym.
To co Froen napisał o zaufaniu na innym poziomie - to mnie zatrzymało. Tzn. rozumiem logikę, ale jak właściwie wygląda taka sytuacja w praktyce? Czy to jest w ogóle wykonalne jeśli nie jesteście ze sobą od lat?
Wracając do mojego pytania z poprzedniego posta, bo nie dostałam jeszcze odpowiedzi - czy da się zbudować ten sygnał startowy wyłącznie przez umowę, bez żadnego zewnętrznego systemu? Froen napisał że można, ale że to wymaga zaufania. A co jeśli to zaufanie jest, ale rytmy są po prostu inne? Tzn. nie chodzi o gotowość emocjonalną tylko o to że jedna osoba naturalnie wchodzi w stan skupienia wieczorem, a druga rano?
Zaraz, ale to co Melania mówi o "progu" to mi się kojarzy z czymś innym niż synchronizacja rytmów dobowych. Bo synchronizacja zakłada że szukasz momentu kiedy oboje jesteście w górze. A próg to jest coś niższego - wystarczająco dobry zamiast optymalny. I te dwie strategie chyba prowadzą do innych rezultatów, nie?
Oskar trafił w coś co mnie też zastanawia od jakiegoś czasu. Pracujesz z kimś w optymalnym momencie dla was obojga - masz jedno doświadczenie. Pracujesz na progu wystarczalności - masz inne. I nie wiem czy jedno jest lepsze od drugiego, bo zależy co chcesz osiągnąć. Czasem ta praca z mniejszym impetem jest bardziej precyzyjna, bo nie ma tej całej otoczki uniesienia która może rozmazywać intencję.
To ciekawe co Feliks mówi o rozmazywaniu intencji, bo to idzie pod prąd temu co się zazwyczaj słyszy - że im więcej energii tym lepiej. Ale ja miałam sytuacje kiedy oboje byliśmy w jakimś szczególnym stanie i efekt był bardzo intensywny, ale jednocześnie trudny do ukierunkowania. Jakby za dużo pary w kotle naraz.
Znam to uczucie, "rozlana intencja" to dobry opis. I teraz pytanie do wątku z harmonogramem - czy to znaczy że pracując poza optymalnym czasem, czyli na tym progu o którym mówi Melania, paradoksalnie masz czasem lepszą kontrolę nad tym co robisz? Bo stan jest spokojniejszy, mniej porywający?
To co Oskar opisuje ma zresztą odzwierciedlenie w tym jak tradycje ceremonialnej magii rozróżniają rodzaje operacji. Jedne wymagają stanu podwyższonego - ekstatycznego właściwie. Inne wymagają bardzo spokojnego, analitycznego skupienia. I to nie jest kwestia preferencji, ale charakteru samej operacji. Problem pojawia się kiedy ktoś stosuje jeden tryb do wszystkiego.
O, tego nie wiedziałam. Tzn. że ta asymetria może być zaplanowana. U mnie to zawsze wyglądało jak problem a nie jak metoda. To zmienia trochę sposób patrzenia na całą tę rozmowę o harmonogramie - bo jeśli dopuszczamy że uczestnicy mogą być w różnych stanach z założenia, to pytanie "kiedy zaczynamy" nabiera innych wymiarów.
Czyli wychodzi że harmonogram zewnętrzny, no ten księżycowy, planetarny i tak dalej, to jest jeden z możliwych punktów orientacyjnych, ale przy pracy z kimś ważniejsza jest ta wewnętrzna gotowość i ewentualnie świadome rozdzielenie ról? Tak to rozumiem po tej rozmowie.
Mniej więcej tak, choć nie wyrzucałbym zupełnie harmonogramu zewnętrznego za burtę. Mnie on służy nadal, ale bardziej jako rama dla komunikacji niż jako warunek konieczny. Tzn. jak mówię "spotkajmy się w pełnię" to skracam rozmowę o gotowości bo ta data coś dla nas obu znaczy i oboje wiemy co to oznacza w kontekście przygotowania.
I to jest chyba najuczciwsze podsumowanie jakie można tu zrobić, choć podejrzewam że za kilka postów ktoś to znowu zakwestionuje. 🙂 Bo te pytania nie mają jednej odpowiedzi i to jest akurat w porządku.
To jest bardzo dobre pytanie i nie ma na nie dobrej odpowiedzi, bo problem z oceną skuteczności jest stary jak sama praktyka. Ale przy wspólnej pracy jest jeden wskaźnik który uważam za bardziej wiarygodny niż przy pracy solo - zbieżność wrażeń. Jeśli dwoje ludzi niezależnie od siebie opisuje podobne odczucia w trakcie albo podobne efekty po, to jest coś więcej niż samo przekonanie jednej osoby.
