To mnie trochę niepokoi - jeśli rytuał może dotknąć rzeczy, o które nie prosiłaś, to czy w ogóle jest jakiś sposób żeby to ograniczyć? Nie chcę brzmieć naiwnie, ale chyba nie każda niespodziewana zmiana jest dobra, prawda?
Słucham i myślę, że w moim przypadku właśnie tego nie miałam - żadnej intencji ramowej. Miałam konkretny cel i ból, i efekt który mnie zaskoczył. Teraz zastanawiam się, czy następnym razem kiedy będę w podobnym stanie fizycznym, zrobię to inaczej - czy w ogóle robić, i jeśli tak, to z jakim wstępnym ustawieniem.
I właśnie to jest chyba najważniejszy punkt tej rozmowy - nie 'czy można pracować przez ból' jako pytanie z odpowiedzią tak/nie, ale 'jak to zmienia warunki pracy' i czy wiesz na co się godzisz wchodząc w rytuał w takim stanie. Brygidka_R ma teraz konkretne doświadczenie, na którym może budować. To jest coś.
Ale to wymaga uczciwości wobec siebie, a to jest chyba najtrudniejsza część. Ja nieraz 'wiedziałam', że nie powinnam czegoś robić, i robiłam, bo miałam wrażenie że to dobry moment. I nie zawsze to był błąd. Więc ta samoocena nie jest nieomylna.
Właśnie - ja tamtego dnia naprawdę myślałam, że dam radę. Ból był, ale wydawał mi się czymś do obejścia, nie do zatrzymania. Teraz zastanawiam się, czy to był instynkt czy racjonalizacja. Trudno to rozróżnić po fakcie.
A co cię skłoniło żeby właśnie tego dnia? Był jakiś zewnętrzny impuls - faza księżyca, data, coś planowanego od dawna? Bo to może mieć znaczenie dla oceny, czy to był wybór czy przymus sytuacyjny.
Była to praca, którą planowałam od jakiegoś czasu - miałam wybraną datę ze względu na układ, który sprawdzałam wcześniej. I ból pojawił się w tym samym dniu. Mogłam przełożyć, ale uznałam, że moment mija i będę czekać tygodniami. Teraz nie wiem czy nie powinnam była jednak czekać.
To jest coś, co mnie zastanawia od początku tej rozmowy - czy data i układ są ważniejsze niż stan ciała? Bo jeśli mamy wybrany moment, a ciało protestuje, to co ma pierwszeństwo? Czy są tradycje, które mają na to jakąś odpowiedź?
A co jeśli ktoś nie pracuje z żadnym konkretnym systemem? Pytam poważnie, bo wielu ludzi łączy różne podejścia i nie ma jednej tradycji, która by nimi rządziła. Jak wtedy podejmować takie decyzje?
Ale jak się ćwiczy coś takiego? Serio pytam, bo to brzmi jak 'naucz się słuchać siebie' i to jest rada, którą słyszę wszędzie, ale nikt nie mówi jak konkretnie. Co robicie, żeby odróżnić instynkt od tego, że po prostu chcecie zrobić to co planowałyście?
Ja też to chcę wiedzieć, bo u mnie to jest naprawdę problem. Jak mam zaplanowane coś pod konkretny tranzyt, to strasznie trudno mi odpuścić, nawet jeśli coś nie gra. Zawsze myślę 'może następny będzie za miesiąc'.
Z moich obserwacji - i to nie jest teoria - wiele osób, które pracują regularnie, zaczyna prowadzić coś w stylu dziennika stanu przed i po. Nie zapisów metafizycznych, tylko prostych notetek: jak się czułam, co było w ciele, co planowałam, co wyszło. Po jakimś czasie zaczyna się widzieć wzorce. Nie w każdym przypadku, ale wystarczająco często, żeby to miało sens.
Mam coś takiego i faktycznie - kiedy patrzę wstecz na kilka miesięcy, widzę że pracowałam w kiepskim stanie fizycznym kilka razy i wyniki były nie tyle złe, co nieprecyzyjne. Trudno powiedzieć czy to ból, czy coś innego, ale wzorzec jest.
To mnie skłania do myślenia, że może właśnie powinnam wrócić do tego swojego doświadczenia z perspektywy kilku miesięcy, a nie tylko kilku tygodni. Może teraz za blisko żeby ocenić co właściwie się zmieniło, a co zmienić miało.
To brzmi zdroworozsądkowo. Praca z przeszłością - nawet ta rytualna - ma swój czas przetwarzania. Nie ocenia się efektu operacji zanim zagoi się rana. Nie mówię, że tu musi być coś do przepracowania, ale perspektywa czasowa ma wartość samą w sobie.
To znaczy, że efekty rytuału mogą być widoczne dopiero po dlugim czasie? Nie pytam przekornie, naprawdę nie wiem jak to działa - czy jest jakaś ogólna zasada kiedy można spodziewać się że coś 'zadziałało', czy to jest zawsze inne?
