I to jest chyba jeden z lepszych momentów w tej rozmowie, bo Rozalinda54 dotknęła czegoś, o czym rzadko się mówi otwarcie - że wiele z naszych praktyk opiera się na założeniach, których nigdy nie sprawdziliśmy. Nie mówię, że są złe. Mówię, że warto czasem zapytać: dlaczego tak, a nie inaczej? To nie osłabia praktyki, to ją oczyszcza z nawarstwionych schematów, które mogą być właśnie źródłem automatyzmu.
Dobra, ale to teraz wychodzi nam, że żeby uniknąć automatyzmu, trzeba zakwestionować podstawy swojej praktyki. To jest trochę jak powiedzenie komuś, kto ma problem z jazdą na rowerze: zacznij od nowa i zastanów się, po co w ogóle jeździsz. Mnie to nie pomaga.
Ale Wahadlarz73, myślę, że to nie wszystko albo nic. Nie chodzi o kwestionowanie od zera. Chodzi o to, że jeśli nie wiem, dlaczego akurat ten kamień, akurat ta intencja, akurat ta częstotliwość - to nie mam też żadnego kryterium oceny, czy to co robię działa, czy nie. I wtedy faktycznie wpadam w automatyzm, bo nie ma nic, co mogłoby mnie zatrzymać.
Mam pytanie, które może jest trochę z boku - czy w ogóle jest jakiś konsensus co do tego, jak długa powinna być przerwa przed powtórzeniem pracy na tej samej osobie? Bo czytałam różne rzeczy i jedni mówią trzy tygodnie, inni trzy miesiące, a jedni, że przerwa w ogóle nie ma znaczenia, ważna jest intencja.
No właśnie i to jest pytanie, na które sama nie umiem sobie odpowiedzieć. Bo co to znaczy, że praca 'zakończyła cykl'? Że dostałam jakiś wyraźny sygnał? Że minął czas? Że po prostu czuję, że jest zamknięte? Te kryteria są tak różne, że każde prowadzi gdzie indziej.
To zamknięcie intencyjne, o którym mówi Gituska, to coś, z czym eksperymentowałam i dla mnie rzeczywiście coś zmienia - ale nie wiem, czy to kwestia samego rytuału, czy po prostu tego, że decyduję się nie wracać myślami do pracy przez jakiś czas po zakończeniu. Bo te dwie rzeczy idą u mnie razem. Czy ktoś próbował robić to zamknięcie, ale potem i tak wracał do tematu głową, i czy to cokolwiek zmienia?
Ja tak mam, że deklaruję zamknięcie, a potem i tak przez kilka dni analizuję, co zrobiłam i czy dobrze. To trochę jak powiedzenie sobie 'nie myślę o tym' i od razu myślenie o tym. Więc albo moje zamknięcia są nieskuteczne, albo ta warstwa mentalna jest zupełnie odrębna od tej, na którą zamknięcie działa, i niekoniecznie przeszkadza?
To, co opisuje Pola94 z tym analizowaniem po fakcie, to jest chyba osobny problem niż sam automatyzm w trakcie. Bo można być bardzo obecną w rytuale, zrobić zamknięcie, a potem i tak wracać do tego głową przez kilka dni. I tutaj mam pytanie do Bernadetka93 - czy twoje zamknięcia faktycznie zatrzymują tę myślową pętlę, czy po prostu definiujesz moment, od którego 'liczy się' przerwa?
Szczerze - bardziej to drugie. Czyli zamknięcie nie sprawia, że przestaję myśleć, ale daje mi jakiś punkt odniesienia. Mogę sobie powiedzieć: to co teraz robię, to już nie jest praca, to jest moje gadanie głowy. I to jakoś pomaga oddzielić jedno od drugiego, nawet jeśli głowa dalej pracuje.
To ciekawe, że funkcjonuje to jak etykieta, a nie faktyczne wyciszenie. Zastanawiam się, czy u mnie problem polega na tym, że moje zamknięcia są zbyt mechaniczne - gasnąca świeca, słowo, koniec - i nie ma w tym żadnego napięcia, które by faktycznie coś zamykało. Może właśnie przez to mózg nie dostaje sygnału, że temat jest skończony.
Dobra, to wracając do pytania Albitki o odstęp między próbami - bo trochę ta rozmowa odpłynęła. Vladi powiedział, że część podejść liczy na 'przesunięcie' po pierwszej pracy. Jak rozpoznać, że to przesunięcie nastąpiło? Bo brzmi to jak kolejne niemierzalne kryterium.
To jest dokładnie ta pułapka, którą widziałam u kilku osób. Pracują, nie widzą efektów, szukają 'przesunięcia', interpretują cokolwiek jako sygnał, powtarzają. I po roku mają za sobą kilkanaście prac na tej samej osobie i nadal nie wiedzą, czy cokolwiek zadziałało. W tym momencie pytanie o odstęp staje się drugorzędne wobec pytania: po co w ogóle powtarzać?
Ale czasem jest po co powtarzać, nie? Jeśli sytuacja się nie ruszyła, a ty wiesz - albo czujesz - że coś poszło nie tak technicznie w poprzedniej pracy, to powtórzenie z poprawką ma sens. Nie każde powtórzenie wynika z obsesji albo z niecierpliwości.
Mam wrażenie, że ta rozmowa cały czas krąży wokół jakiegoś braku zaufania do własnej oceny. I to mnie trochę zastanawia, bo weszłam do tego wątku z pytaniem o kamienie, a teraz siedzę i myślę: ile z moich decyzji o tym, kiedy coś powtórzyć, pochodzi ode mnie, a ile to po prostu mechaniczne powtarzanie bez zastanowienia.
Rozalinda54, to jest dobre pytanie i myślę, że właśnie tu leży sedno tematu o automatyzacji. Bo automatyzm nie dotyczy tylko samego rytuału, ale też decyzji o tym, kiedy go robić i dlaczego. Można być w pełni obecną przy samym wykonywaniu i jednocześnie działać kompletnie mechanicznie na poziomie planowania.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i chciałam zapytać - bo może to głupie pytanie - ale czy jest jakaś zasada dotycząca tego, czy można pracować na kimś więcej niż raz w ogóle? Nie chodzi mi o odstęp, tylko o samą zasadę.
Okej, ale jeśli nie wiem, jaką tradycję stosować, to jak mam wiedzieć, którą zasadą się kierować? To jest trochę jak mówienie komuś: używaj przepisu, ale możesz wybrać dowolną kuchnię. Nie pomaga to, kiedy siedzę przed stołem i nie wiem, co robić.
Zastanawiam się, czy to nie jest trochę błędne koło. Żeby uniknąć automatyzmu, trzeba zrozumieć swoje kryteria. Ale żeby zrozumieć kryteria, trzeba mieć już jakiś fundament, z którego je wywodzisz. A jeśli go nie masz, to skąd zacząć? Mam wrażenie, że ta rozmowa jest uczciwa, ale trochę zakłada, że wszyscy już mają jakiś system.
Pola94, to błędne koło, o którym piszesz, jest prawdziwe, ale myślę, że wyjście z niego nie musi być od razu wielkim systemem. Można zacząć od jednej konkretnej rzeczy: zapytaj siebie, dlaczego robisz ten rytuał teraz, a nie za tydzień. Jeśli odpowiedź brzmi 'bo już poczekałam wystarczająco długo' - to jest automatyzm. Jeśli masz coś bardziej konkretnego, jakiś powód, który da się opisać bez odwołania do czasu - to już jest jakiś fundament, nawet jeśli nieuświadomiony.
Ale to co Bernadetka93 pisze zakłada, że w ogóle jesteśmy w stanie rzetelnie odpowiedzieć na to pytanie. A co jeśli racjonalizacja działa tak płynnie, że każda odpowiedź brzmi jak konkretny powód? Przecież nikt nie powie sobie wprost 'robię to z niecierpliwości'. Zawsze się coś znajdzie.
To, co Wahadlarz73 opisuje, jest normalnym efektem - nastrój zmienia interpretację. Ale to nie oznacza, że notatki są bezużyteczne. Wręcz odwrotnie, właśnie ta różnica między tym, co czułeś zaraz po, a tym, co czujesz kilka tygodni później, jest informacją. Jeśli zawsze po czasie wydaje ci się, że praca była zbędna - to może coś znaczy.
Słuchajcie, ale czy naprawdę każde szybkie działanie to automatyzm? Czasem po prostu wiesz. Nie wszystko musi przechodzić przez tygodniową analizę, bo można dojść do momentu, w którym samo czekanie staje się formą ucieczki od działania.
Właśnie to zabarwienie, o którym Jadzia88 pisze, wydaje mi się kluczowe. U mnie automatyzm jest zawsze cieplejszy emocjonalnie - jest takie złudne poczucie ulgi, że 'w końcu coś robię'. Intuicja jest chłodniejsza, spokojniejsza, ale przez to trudniej jej zaufać, bo nie dostarcza tego samego szybkiego uspokojenia.
Daneczka, to wygląda dokładnie jak kompulsja, nie jak magia. I chyba właśnie tu leży ta automatyzacja, o której pisałam na początku. Nie w świecy, nie w słowach, nie w intencji - tylko w tym, że rytuał staje się sposobem na regulację napięcia, a nie na cokolwiek innego. I dlatego można być w pełni 'obecną' przy wykonywaniu i jednocześnie działać zupełnie mechanicznie, bo całe to napięcie przed jest już gotowym skryptem.
