Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam pytanie z trochę innej strony. Simma, czy problem z okadzaniem to tylko kwestia dymu i sąsiadów, czy jest też coś innego? Pytam bo widzę że szukasz metody która działa bez konkretnego stanu wewnętrznego - i zastanawiam się czy może samo okadzanie przestało dla ciebie działać z jakiegoś innego powodu.
To zmienia temat całkowicie. Mamy wypalenie rytualne, nie brak metody. To jest zupełnie inny problem i inne rozwiązania. Simma, od jak dawna pracujesz z tym samym zestawem metod?
Ale jeśli to miejsce, to jak to sprawdzić? Czy jest jakiś sposób żeby ocenić czy przestrzeń jest odporna na konkretną metodę, czy to bardziej kwestia nawyku i automatyzmu który sprawia że przestajemy być obecni w tym co robimy?
Ale to robi różnicę praktyczną. Jeśli problem leży w Simmie, to rozwiązanie jest gdzie indziej niż jeśli problem leży w miejscu. Simma, próbowałaś robić jakiś rytuał poza tym mieszkaniem - niekoniecznie okadzanie, cokolwiek - żeby sprawdzić czy ten problem z "czuciem" jest przenośny?
To jest konkretna informacja. Czyli metody działają, tylko nie w tym miejscu. Simma, co wiesz o historii tego mieszkania? Ile tu mieszkasz i co było przed tobą?
Słucham tej rozmowy i mam skojarzenie z czymś co czytałam o koncepcji miejsca w praktykach tybetańskich - tam jest pojęcie sa che, miejsca o szczególnym charakterze, i rozróżnia się miejsca które wspierają praktykę i takie które ją utrudniają. Ale to dotyczy zewnętrznych lokalizacji, gór, dolin. Ciekawe czy da się aplikować do wnętrz.
Dźwięk. Konkretnie - dzwon lub misa tybetańska, ciągły ton który wypełnia przestrzeń i nie wymaga od ciebie żadnego stanu poza naciśnięciem lub uderzeniem. To nie jest wizualizacja ani intencja, to jest fizyczna zmiana akustyczna pomieszczenia. Jeśli okadzanie działało przez rytm i fizyczną zmianę - zapach, dym - to dźwięk robi to samo w innym kanale.
Przepraszam że się wtrącę, ale cały czas kręcimy się wokół metod a nie wróciłyśmy do tego wątku z rysowaniem który Simma opisywała wcześniej. Skoro to przyniosło ulgę, może warto się zastanowić czemu akurat wtedy zadziałało - czy to był spontaniczny gest, jakiś konkretny moment? Bo może tam jest wskazówka.
Ale Simma, to nie wyklucza że było jedno i drugie jednocześnie. Godzina skupienia na czymś neutralnym po silnym napięciu to jest już zmiana stanu - i jeśli ta zmiana stanu zmieniła to jak postrzegasz przestrzeń, to może wystarczy. Nie każda metoda musi działać przez mechanizm który rozumiemy.
Siedem lat to sporo czasu żeby nawarstwiły się twoje własne skojarzenia z miejscem, ale śmierć poprzedniego lokatora w mieszkaniu to jest osobna kwestia - i nie mówię tego żeby eskalować, bo to nie jest automatycznie problem. W wielu tradycjach śmierć w miejscu jest neutralna albo wręcz oznacza że miejsce było wystarczająco bezpieczne żeby ktoś w nim spędził całe życie. Problem pojawia się kiedy śmierć była gwałtowna, traumatyczna albo kiedy ktoś odchodził w bardzo silnych emocjach. Simma, masz jakiekolwiek informacje od tej sąsiadki o okolicznościach?
