Ostatnio dużo myślę o tym, jak tarot pomaga zobaczyć własne przemiany. Nie chodzi mi o wróżenie w stylu 'co będzie', ale o to, że pewne karty wręcz pokazują mi, w którym miejscu transformacji jestem. Wyszła mi ostatnio Śmierć w środkowej pozycji układu i zamiast się przestraszyć, poczułam coś w rodzaju ulgi - jakby ktoś nazwał to, co czułam od miesięcy. Czy ktoś z was też doświadczył, że karta nie tyle przepowiedziała zmianę, co ją opisała w momencie, kiedy już trwała?
To bardzo ciekawe, co opisujesz z tą Śmiercią. Powiedz mi - w jakim układzie to było i co było po jej bokach? Bo ta karta rzadko działa w izolacji, a kontekst sąsiednich kart potrafi całkowicie zmienić jej wydźwięk. Sama wielokrotnie widziałam, jak ludzie interpretują ją za wąsko.
Ten układ, który opisujesz, to klasyczny schemat transformacyjny w tarocie. As Kielichów po Śmierci to niemal podręcznikowe potwierdzenie, że zamknięcie jest warunkiem nowego początku. Ale mnie bardziej interesuje twoja pierwsza reakcja - ta ulga. Według mnie właśnie to jest najcenniejsze w czytaniu dla siebie. Kiedy karta wywołuje emocję zanim zdążysz ją 'przeanalizować', to jest sygnał, że coś trafiło głębiej. Macie podobne doświadczenia z tą pierwszą, instynktowną reakcją na kartę?
Wchodzę tu bo właśnie jestem w środku dużej zmiany - rozstaję się z wieloletnią pracą i przeprowadzam się do innego miasta. Zrobiłem sobie czytanie i wyszła mi Wieża. No i teraz siedzę z tym i nie wiem co z tym zrobić. Czy to znaczy, że ta zmiana jest zła? Bo czytałem różne interpretacje i większość brzmi dosyć pesymistycznie.
Przepraszam że wchodzę ale chciałam zapytać - czy są jakieś karty, które szczególnie mocno pokazują metamorfozę? Bo słyszałam o Śmierci i Wieży, ale czy inne też mogą oznaczać dużą zmianę? Pytam bo sama jestem w pewnym punkcie i chciałabym to sprawdzić.
A ja chcę wiedzieć jedno - jak długo zwykle trwa, zanim 'przepowiednia' z tarota się urzeczywistni? Bo wychodziły mi karty zmiany już kilka razy i za każdym razem nic konkretnego się nie działo. To mnie zaczyna frustrować szczerze mówiąc.
Wracam bo trochę to przetrawiam. Tamten post o Wieży mnie zatrzymał. Bo rzeczywiście - ta praca była zbudowana na czymś, co mi nie pasowało od dawna. Tylko nie rozumiałem czemu się boję tej karty skoro zmianę sam inicjuję. Ale teraz myślę, że Wieża pokazała mi tę część, której nie chcę widzieć - że nie wszystko idzie po mojemu, nawet jeśli to moja decyzja.
No dobra, ale wy teraz rozbijacie jeden spread na czynniki pierwsze i godzinę później wciąż gadacie o jednej karcie. Serio pytam - ile czasu normalnie poświęcacie na jedno czytanie? Bo mam wrażenie że to może trwać w nieskończoność.
Kilka dni?? To chyba nie o karty już chodzi tylko o przeżuwanie własnych myśli. Nie mówię że źle, ale po co wracać do tych samych kart - one się nie zmieniają.
Muszę powiedzieć że ten przykład z powieścią do mnie trafia bardziej niż wszystkie poprzednie tłumaczenia. Ale mam pytanie - czy jeśli za każdym razem widzę coś innego, to skąd wiem które odczytanie jest właściwe? Czy w ogóle takie pytanie ma sens przy tarocie?
A ja dalej stoję przy swoim - jak nic się nie zmienia na zewnątrz to te wewnętrzne metamorfozy to trochę takie wygodne wytłumaczenie. Dobema napisała mi że może to trwa w środku, ale jak to sprawdzić? Jak odróżnić że 'trwa w środku' od tego że po prostu nic się nie dzieje?
Słucham tej dyskusji i mam inne spojrzenie. Przez długi czas miałem przy sobie pewien przedmiot który traktowałem podobnie - nie jako wyrocznię, ale jako punkt odniesienia. I zrozumiałem że nie chodziło o to czy ten przedmiot 'działał', tylko o to że zmuszał mnie do zatrzymania się. Karty mogą działać tak samo. Mandragora - ta zmiana w myśleniu o facecie, bez względu na przyczynę, jest realna. To już coś.
No ale to jest właśnie ten problem o którym mówię. Jak pasuje - karta działała. Jak nie pasuje - 'zobaczysz później'. To jest zamknięty krąg w którym tarot zawsze wygrywa. Nie możesz go sfalsyfikować.
Nie oczekuję że to nauka. Ale jak coś ma mi pomagać w metamorfozie, o której piszesz w tytule, to chciałbym wiedzieć kiedy mi pomogło a kiedy nie. Inaczej po czym to oceniasz?
Słucham tej rozmowy o mierzeniu i zastanawiam się - wracając do tego co Dobema mówiła wcześniej, do tej metamorfozy - czy możecie mi powiedzieć konkretnie jak wy sami poznaliście że byliście 'w środku' jakiejś dużej zmiany? Bo ja za każdym razem widzę to dopiero po fakcie.
Czytam ten wątek i mam wrażenie że wszyscy zakładacie że metamorfoza to zawsze coś dużego i oczywistego. A czy ktoś miał sytuację gdzie tarot pokazał małą zmianę, która okazała się ważniejsza niż ta duża, na którą czekałaś?
Dobema, ale powiedz mi więcej o tej Czwórce Kielichów i Dziewiątce Buław - bo ja często te dwie karty widzę razem i zawsze mi się wydaje że to kombinacja zmęczenia i oporu. Jak ty to wtedy odczytałaś? I skąd wiedziałaś że ta mała zmiana którą pokazały jest ważniejsza od tej dużej sprawy z którą przyszłaś?
Szczerze? Nie wiedziałam od razu. Dopiero po jakimś czasie zobaczyłam że coś małego zaczęło działać - właśnie tam gdzie Czwórka Kielichów wskazywała na pewien rodzaj zablokowania, takie wewnętrzne 'nie chce mi się nawet patrzeć'. I ta zmiana polegała na tym że przestałam to ignorować. Dziewiątka Buław dała mi wtedy obraz kogoś kto stoi i pilnuje ale jest wykończony. Nie popchnęła mnie do działania. Powiedziała mi żebym w końcu odpuściła tę straż.
To co Dobema opisuje z tą Dziewiątką Buław i odpuszczaniem warty - to jest bardzo ciekawe jako wzorzec w metamorfozie. Bo metamorfoza często zaczyna się właśnie od momentu kiedy przestajesz się bronić przed zmianą, a nie kiedy aktywnie ją wybierasz. Czy ktoś z was miał w układach taki moment kiedy karta dosłownie pokazała 'czas złożyć tarczę'?
Słucham tej rozmowy o Dziewiątce i Rycerzu i zastanawiam się - czy wy zawsze rozumiecie karty przez pryzmat własnych cech? Bo ja często mam odruch żeby szukać w kartach opisu sytuacji zewnętrznej, nie siebie. I może właśnie dlatego te moje 'metamorfozy' przez tarot idą tak opornie.
To mi przypomina to co mówiłem kilka postów temu - skoro sam kontekst i nastawienie decydują o tym jak karta zadziała, to naprawdę nie wiem co konkretnie robi karta. Czy ona cokolwiek 'robi', czy to jest praca którą i tak byśmy wykonali tylko że z innym impulsem?
O to pytanie mnie uderzyło! Bo ja też nigdy nie umiałam tego rozdzielić i zawsze myślałam że to wada, że nie jestem wystarczająco 'obiektywna' wobec kart. Ale może to w ogóle nie daje się rozdzielić i nie trzeba?
Ja prowadzę, ale nie bardzo konsekwentnie. I mam pytanie do Dobemy - czy zapisujesz tylko karty i interpretację, czy też piszesz co wtedy czułaś i co się działo w życiu? Bo zastanawiam się czy sam zapis kart wystarczy żeby potem zobaczyć ten wzorzec, czy potrzebny jest ten kontekst zewnętrzny.
Słuchajcie, to jest może głupie pytanie, ale - co jeśli ktoś zaczyna od zera i nie ma żadnego dziennika, żadnych poprzednich odczytów? Czy można w ogóle pracować z tarotem jako procesem metamorfozy jeśli nie ma się tej historii za sobą? Czy trzeba najpierw zbierać te dane przez jakiś czas zanim to w ogóle ma sens?
Czytam tę dyskusję od początku i mam takie wrażenie - czy tarot w kontekście metamorfozy nie wymaga jednak jakiegoś minimum znajomości kart? Bo zastanawiam się czy ktoś kto dopiero zaczyna i nie wie co znaczy dana karta, może w ogóle zobaczyć ten wzorzec o którym mówicie. Czy intuicja wystarczy zamiast wiedzy o symbolice?
