Siedziałam ostatnio nad tym dłużej i mam pytanie do tych, co regularnie pracują z kartami - czy zdarzyło wam się, że konkretna karta dosłownie odblokowała jakiś twórczy blok? Pytam poważnie bo mam znajomą malarkę, która mówi, że zanim zacznie nowy obraz, losuje kartę i to jej daje "kierunek". Zastanawiam się czy to bardziej działa na poziomie symbolicznym, czy po prostu skupia uwagę. I przy okazji - w tytule napisałam "może to zabrzmi śmiesznie", bo trochę mi głupio z tym pytaniem ale czy rytuał wokół kart moze zastąpić albo wspomóc leczenie bloku twórczego zamiast od razu sięgać po tabletki na koncentrację? Nie wiem jak to ugryźć i chętnie przeczytam.
To wcale nie brzmi śmiesznie, sama tak mam od lat. Dla mnie największym "odblokowaczem" jest Głupiec - ta energia wyjścia bez planu, bez lęku przed oceną. Kiedy go ciągam, coś we mnie przestaje kontrolować i po prostu zaczynam. Ale żeby odpowiedzieć na twoje drugie pytanie - nie powiedziałabym, że rytuał "zastępuje" cokolwiek, raczej inaczej ustawia głowę przed pracą. Czy twoja znajoma malarka mówi co robi z tą kartą po wylosowaniu? Bo to ważne - czy ona ją analizuje czy po prostu patrzy i idzie malować?
Głupiec to klasyk w tym kontekście, ale ja bym powiedziała że mocniej działa na mnie Gwiazda. Jest w niej coś, co przywraca wiarę że to co robię ma sens. Przy bloku twórczym problem często nie jest techniczny, tylko taki wewnętrzny - "po co w ogóle". I Gwiazda to rozbija. serio co do tabletek - rozumiem to pytanie, sama przez jakiś czas miałam epizod gdzie dosłownie nic nie szło i nie sięgnęłam po żadną farmakologię ale to była moja decyzja i moja sytuacja. każdy ma inaczej. Nie mieszałabym tych dwóch rzeczy jako "zamiast albo zamiast".
Czytam tę rozmowę i chcę dopytać o coś konkretnego. Kiedy mówicie że karta "odblokowuje" - czy macie na myśli efekt samego patrzenia na symbol, czy jednak odprawiacie wokół tego jakiś rytuał? Bo to są dwa zupełnie różne mechanizmy. Sama pracuję z tarotem od dawna i widzę wyraźną różnicę między porannym wylosowaniem karty "na raz", a świadomym rytuałem intencji przed pracą twórczą. Ten drugi działa na mnie inaczej i głębiej, ale wymaga czasu i skupienia. Czy ktoś próbował porównać te dwie ścieżki?
Rytuał intencji to nie jest tajemnica - ale też nie ma jednej wersji. Zazwyczaj chodzi o to, żeby przed sięgnięciem po karty zatrzymać się i jasno sformułować pytanie albo intencję. Nie "jaką kartę dziś dostanę", tylko "co chcę wnieść do tej pracy twórczej". Szczegóły - czy są świece, czy nie - to kwestia osobista. Ważniejsza jest ta chwila zatrzymania. Natomiast wracając do wątku z tabletkami - widzę, że to pytanie trochę zawisło w powietrzu. Czy chodzi o tabletki na ADD, na koncentrację, coś innego? Bo to mocno zmienia perspektywę.
Też mnie to pytanie nurtowało od razu jak czytałam pierwszy post. Sama mam czasem takie stany że kompletnie nie mogę się skupić i nic mi z głowy nie wychodzi. Afirmacje trochę pomagają ale nie zawsze. Ciekawi mnie czy te karty dają coś więcej niż afirmacje - bo z afirmacją też chyba chodzi o skupienie uwagi na czymś pozytywnym, nie? Czym to się różni od patrzenia na kartę?
Czytam tę dyskusję z dużą ciekawością, bo z zewnątrz to wygląda tak - ktoś patrzy na obrazek i nagle mu się chce pisać albo malować. Serio pytam bez złośliwości: czy nie jest tak, że to działa po prostu jak każda inna przerwa i chwila skupienia? Że mógłby to być obrazek z kalendarza i efekt byłby podobny? Skąd wiadomo, że to jest właśnie specyfika kart tarota, a nie po prostu mechanizm skupienia uwagi?
Właśnie - i to prowadzi z powrotem do pytania o rytuał. Może mechanizm jest taki: rytuał buduje relację z kartami, a ta relacja sprawia że karty "działają"? To by tłumaczyło dlaczego dla kogoś z zewnątrz to wygląda jak patrzenie na obrazek, a dla kogoś kto praktykuje od lat to jest zupełnie co innego. Czy ktoś zaczynał od zera i pamięta kiedy karty zaczęły naprawde coś uruchamiać? Kiedy nastąpił ten przełom?
Ja jestem stosunkowo świeżo z kartami i mogę powiedzieć, że na początku to był faktycznie głównie ładny obrazek. Przełom poczułam kiedy zaczęłam prowadzić dziennik do kart - zapisywać co mi karty "mówią" i co potem z tego wyszło. no dobra po jakimś czasie te karty zaczęły mieć dla mnie własne "osobowości", jeśli mogę tak to nazwać. I wtedy właśnie zaczęły działać na kreatywność - bo wylosowanie Księżyca to nie jest teraz dla mnie abstrakcja, tylko konkretne skojarzenia z mojego życia.
ja miałam taki okres, że przez kilka miesięcy nic twórczego nie robiłam, choć wcześniej pisałam. Zaczęłam losować kartę każdego ranka, nie żeby wróżyć, tylko żeby mieć jakiś punkt zaczepienia na dzień. Nie wiem czy to były karty czy po prostu regularność i rytuał poranny ale po kilku tygodniach zaczęłam znów pisać. Czy to jest odpowiedź na pytanie o tabletki - nie wiem, u mnie nie było takiej diagnozy, po prostu byłam wypalona
Właśnie to mnie uderza w tej dyskusji - zakładamy, że do pracy z kartami trzeba być w dobrym stanie wyjściowym. A co jeśli jest odwrotnie? że karta może być właśnie tym pierwszym krokiem do zatrzymania, a nie nagrodą za to, że już się zatrzymałaś?
i tu jest sedno. Karta jako wejście, nie jako podsumowanie stanu. Widziałam to u wielu osób - losowanie działa jak reset, właśnie dlatego że zmusza oczy i uwagę żeby skupiły się na czymś konkretnym przez chwilę. Nie trzeba być spokojną żeby zacząć.
Czytam i rozumiem ale mam pytanie które może być głupie - jeśli karta działa jak reset i skupienie uwagi, to czemu nie wystarczy na przykład patrzenie przez chwilę na cokolwiek? Kamień, kubek, cokolwiek. Co ma karta, czego nie ma zwykły przedmiot?
mogę potwierdzić to co Kamilka mówi o narracji. jeden z pierwszych momentów kiedy poczułam że coś się zmienia, to było kiedy dostałam kartę i zamiast szukać co "znaczy", zaczęłam opowiadać sobie co widzę. I ta historia którą sobie opowiedziałam - okazała się być o mnie, nie o karcie.
Ale Pyromantka - to co mówisz ma sens dla kogoś, kto ten system zna. Dla osoby, która pierwszy raz bierze talię do ręki, ta struktura jest niewidoczna :). Czy myślisz że mimo to działa? Czy efekt pojawia się dopiero kiedy ktoś ma kontekst?!
mogę się odezwać jako ktoś, kto zaczął bez prawie żadnej wiedzy?? kurcze kiedy losowałam te pierwsze karty, naprawdę nie wiedziałam co znaczy As Różdżek. Ale patrzyłam na tę rękę wyłaniającą się z chmury i trzymającą gałąź i czułam coś w rodzaju "to jest zaczynek, nie gotowa rzecz". To mi wystarczyło żeby coś napisać.
To co Rusalka napisała na końcu - że może chodzi o to żeby mieć punkt wejścia, nie żeby być już gotową - to jest coś czego mi brakowało jako sformułowania przez długi czas. Karta jako punkt wejścia do czegokolwiek. Do pisania, do myślenia, do zatrzymania. nie pytam co mi powiedzą karty, tylko czego się trzymam kiedy wszystko się sypie.
Przepraszam że wchodzę z boku, ale chcę się upewnić ze dobrze rozumiem - kiedy mówicie o karcie jako punkcie wejścia, macie na myśli dosłownie że siadacie do pisania, losujecie kartę i piszecie o tym co widzicie? Czy to jest bardziej metaforyczne :)??
Ale zaraz - czy naprawdę zależy nam na tym, żeby karta zniknęła? serio bo mi się wydaje że im bardziej z nią pracuję, tym bardziej zostaje. Nie blokuje, ale jest obecna. Dla mnie to nie jest wejście i wyjście, to jest raczej towarzyszenie przez cały czas pisania.
Czytam was i widzę coraz wyraźniej, że ta rozmowa wyszła daleko poza moje pierwotne pytanie o to czym karta różni się od kubka. Ale mam nowe pytanie, właśnie dlatego: czy wy w ogóle doświadczyłyście bloku twórczego w kontekście kart? Nie bloku pisarskiego, ale bloku w samej pracy z kartami - że karta jest i nie ma żadnej reakcji?
To mi przypomina coś z całkiem innej dziedziny - uczyłam się kiedyś rysowania i było ćwiczenie, żeby narysować obiekt nie patrząc na papier, tylko na sam obiekt. Chodzi o to żeby wyłączyć interpretację i zobaczyć co naprawdę jest. Opis katalogowy o którym Kamilka mówi wydaje mi się podobny w działaniu.
Fizycznie. ej obok klawiatury. I zdarza mi się na nią spojrzeć w połowie kiedy utknę. Nie szukam odpowiedzi, raczej reset - patrzę na obraz i wracam. Ale to nie dla każdego. Znam kogoś, dla kogo karta w zasięgu wzroku to rozpraszacz, a nie kotwica.
Przepraszam że wchodzę bo czytam tę dyskusję od początku i jestem trochę zagubiona - czy to jest coś co trzeba specjalnie zaplanować, te sesje z kartami i pisaniem? Czy to może być spontaniczne? Bo mam wrażenie że dużo tu mówicie o intencji i przygotowaniu i nie wiem czy bez tego w ogóle ma sens próbować.
Masz rację, mam to wyjaśnić. Chodzi mi konkretnie o blok twórczy, nie o żadne poważniejsze sprawy. mam okresy kiedy nie jestem w stanie pisać i lekarz zaproponował kiedyś małą dawkę czegoś na dopaminę bo podobno to kwestia chemii motywacji. Nie wzięłam. Ale pomyślałam czy regularny rytuał z kartami mógłby zastąpić taki zewnętrzny impuls. To było może naiwne pytanie.
To nie jest naiwne pytanie, ale wymaga uściślenia. ej jedno to impuls twórczy - tu karty jak najbardziej mogą dać jakiś ruch. Drugie to kwestia neurologiczna jeśli lekarz ocenił że coś tu jest do zrobienia. Tych dwóch rzeczy bym nie mieszała. Czy ten blok o którym mówisz ma jakiś rytm, pojawia się w konkretnych okolicznościach?
ten sezonowy rytm jest bardzo charakterystyczny. Mam podobnie z jesienią. Czy pracując z kartami zauważyłaś, że inne karty cię pociągają w różnych porach roku? Bo u mnie na przykład jesienią niemal zawsze wybieram Pustelnika, a latem Słońce samo przychodzi do ręki :)... Zastanawiam się czy to jest przypadek czy ciało wie co potrzebuje.
A czy to w ogóle wymaga rozróżnienia? Bo ja się z tym pytaniem borykałam długo i w pewnym momencie przestało mieć dla mnie znaczenie. Jeśli projektuję swój stan na kartę i to mi daje coś do pisania - to działa. Mechanizm jest mniej ważny niż efekt, przynajmniej w kontekście kreatywności.
