Siedzę nad tym od jakiegoś czasu i nie mogę tego rozgryźć do końca. Czytam kartę, widzę np. Księżyc i czuję coś w środku - ale jak mam wiedzieć, czy to karta 'przemawia', czy po prostu mój własny lęk rzutuje na interpretację? Szczególnie przy wrażliwych pytaniach mam wrażenie, że chcę zobaczyć konkretną odpowiedź i... ją widzę. Czy wy w ogóle rozróżniacie te dwie rzeczy? I czy macie jakiś rytuał przed rozkładem, który pomaga wam się od tego 'oczyścić'?
To jest jedno z ważniejszych pytań w pracy z tarotem i dobrze, że je stawiasz. Sama przez lata myślałam, że to dwa osobne kanały - karta i ja. Ale z czasem doszłam do wniosku, że to nie jest tak prosto rozdzielalne. Pytanie brzmi raczej: czy twoja intuicja w tej chwili jest czysta, czy zabarwiona lękiem albo życzeniem? To jest właśnie to, co rytuał ma regulować - nie 'wyciszyć ciebie', tylko ustawić cię w odpowiednim trybie odbioru.
Ja od wielu lat zaczynam od zapalenia kadzidła - nie dlatego, że to jakiś obowiązek, ale że zapach naprawdę mi przestawia głowę. Sandałowiec albo szałwia. Ale ważniejsze jest to, co robi Felicjan - ta chwila szczerości z samą sobą przed rozkładem. Bez niej czytasz przez filtr własnych nadziei i to widać w interpretacjach. Szczególnie przy pytaniach o relacje - tam jest największe ryzyko, że 'widzisz' to, co chcesz zobaczyć.
U mnie to się objawiało w konkretny sposób - jak bardzo chciałam jakiejś odpowiedzi, to interpretowałam kartę w tę stronę niezależnie od tego, co tam faktycznie było. Wyszła mi Wieża przy pytaniu o związek i znalazłam w tym 'przełom i oczyszczenie', bo nie chciałam widzieć, że to koniec. Potem koleżanka spojrzała na ten rozkład i od razu mówi: 'to jest rozstanie'. Miała rację. Więc teraz jak czytam dla siebie, staram się zawsze zapytać - jak bym to zinterpretowała, gdyby to było pytanie obcej osoby?
Moim zdaniem za bardzo się tu komplikuje prostą sprawę. Intuicja i karta to jedno - karta jest tylko lustrem twojej intuicji. Jeśli widzisz w niej lęk, to właśnie tego lęku dotyczy odpowiedź. Nie ma sensu szukać 'czystego' kanału, bo taki nie istnieje. Tarot działa właśnie przez twój filtr emocjonalny, nie pomimo niego.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale jestem ciekaw jednej rzeczy - czy przy czytaniu dla innych ten problem też występuje? Bo rozumiem, że gdy czytam dla siebie to moje emocje mieszają, ale jak czytam dla kogoś obcego, to chyba powinienem być czystszy? Czy też niekoniecznie?
Wracając do tematu rytuałów - czy ktoś próbował czegoś konkretnego na 'wyciszenie' przed rozkładem i to faktycznie działa systematycznie? Bo czytałam o kilku metodach i każda brzmi przekonująco w teorii, ale w praktyce nie wiem czy to coś zmienia, czy tylko mi się wydaje że zmienia.
Interesuje mnie aspekt energetyczny tej kwestii, bo przy numerologii też mam podobny problem - gdy liczę cykl i z góry wiem, jaki wynik 'powinien' wyjść, to czasem zaczynam go nieświadomie budować. Ale w tarota nie znam się tak dobrze - czy istnieje coś, co można nazwać 'sygnaturą' prawdziwej intuicji przy kartach? Jakiś konkretny odczuwalny sygnał?
Czytam tę rozmowę z ciekawością, bo jestem sceptyczny co do tarot generalnie, ale to co opisujecie z tym rozróżnieniem intuicji od życzenia brzmi jak zwykła psychologia - efekt potwierdzenia i samowiedza emocjonalna. Nie kwestionuję, że to działa dla was, ale czy uważacie, że jest tu coś więcej niż dobra samoobserwacja? Czy karta faktycznie coś 'dodaje' do tego procesu?
Wracam do tego, co mówiła Kornelia o Wieży i o tym interpretowaniu na siłę w stronę, której się chce. Miałam dokładnie to samo z Księżycem przy pytaniu o relację - widziałam 'tajemnicę i głębię', a nie 'iluzję i zamęt'. Czy jest jakaś karta, przy której wam się to szczególnie zdarza? Chętnie bym wiedziała, czy to jest indywidualne czy są jakieś 'pułapki' wspólne dla wielu osób.
Pytia - o, to świetne pytanie. U mnie pułapką jest Słońce. Brzmi tak pozytywnie, że przestaję patrzeć co jest pod spodem i przy jakich kartach leży. Widzę promienie, widzę radość i już. A Słońce w złym towarzystwie może oznaczać zupełnie coś innego.
Dla mnie najtrudniejszy jest Sąd Ostateczny - i to z odwrotnego powodu. Tak bardzo wdrożyłam się w myślenie, że to karta 'przebudzenia i transformacji', że zaczynam ją czytać zawsze pozytywnie, nawet kiedy kontekst krzyczy, że chodzi o coś, czego ktoś unika i przed czym ucieka. Czy ktoś ma sposób na 'resetowanie' swoich utartych skojarzeń z konkretnymi kartami?
Słuchajcie, mam pytanie może trochę z boku - mówicie o 'drganiu' i 'ciężarze' karty. Czy to są metafory, czy naprawdę coś fizycznie czujecie? Pytam bez złośliwości, po prostu staram się zrozumieć jak to działa od strony doświadczenia.
Wciąż uważam, że to co opisujecie jako 'drganie' i 'zatrzymanie myśli' to po prostu moment, kiedy karta uruchamia jakieś skojarzenie. Żadna metafizyka, zwykłe skojarzenie. I to jest w porządku - tarot działa właśnie przez skojarzenia. Tylko po co to owijać w bawełnę i szukać w tym czegoś więcej?
Próbowałem przez pewien czas robić pełne oczyszczenie kart przed każdym rozkładem - kadzidło, przełożenie przez dym, słowa. I odkryłem, że to mi bardziej przeszkadzało niż pomagało. Byłem tak skupiony na poprawnym wykonaniu rytuału, że w ogóle nie wchodziłem w kontakt z pytaniem. Skończyłem na tym, że teraz rytuał jest minimalny albo żaden - i jestem w lepszym miejscu.
To co mówi Felicjan o proporcjach przypomina mi coś z praktyki snów - tam też można wpaść w pułapkę rytuałów. Zaczynasz od małej intencji przed snem, a kończysz na tym, że bez dwudziestu minut przygotowań nie jesteś w stanie w ogóle się skupić. Rytuał powinien otwierać drzwi, a nie być zamkiem do nich.
To co mówi Damianek o przygotowaniach, które zaczynają zastępować właściwą pracę - to jest dokładnie ten moment, w którym rytuał przestaje być wstępem, a staje się celem samym w sobie. Widziałam to u siebie lata temu. Zajmowałam się tym, żeby się 'przygotować', i nigdy nie byłam 'gotowa' tak naprawdę.
Jeden głęboki oddech - to jest coś, do czego doszłam niezależnie i teraz się zastanawiam, czy to jest faktycznie wystarczające, czy tylko mnie się tak wydaje. Bo niby kładę tę granicę między 'przed' a 'w trakcie', ale czy to naprawdę przestawia coś w sposobie, w jaki czytam? Czy może po prostu mam takie przekonanie?
To co opisuje Kornelia jest moim zdaniem ważną obserwacją dla całej dyskusji o rytuałach - jeśli efekty są niejednoznaczne, to może rytuał działa nie na jakość odczytu, ale na nasze poczucie bezpieczeństwa przed odczytem? I to też jest coś wartego. Niekoniecznie musi zmieniać wynik, żeby być sensowne.
Mam wrażenie, że trochę zeszliśmy na teren 'czy rytuał w ogóle ma sens', a pierwotne pytanie było precyzyjniejsze - jak odróżnić głos karty od własnych przeczuć. I zastanawiam się, czy rytuał w tym w ogóle pomaga, czy tylko nas uspokaja przed czymś, co i tak zostanie nasze. Bo jeśli naparstnica ma rację i to jest tylko poczucie bezpieczeństwa - to czy po rytualne spokojniejsze ego nie jest przypadkiem głośniejsze, nie cichsze?
W numerologii robię podobnie i wzorce zaczęłam widzieć po mniej więcej dwudziestu zapisach. Ale ważniejsze było to, że zaczęłam widzieć, kiedy piszę 'to może oznaczać' a kiedy 'to oznacza'. Ten jeden wyraz różnicy mówił mi więcej niż cała reszta tekstu.
Dobra, to mam pytanie do całej tej dyskusji o zapisach i tempie: czy ktoś z was próbował to robić przy odczycie na żywo, w rozmowie z kimś? Bo jedno to pisać spokojnie, a drugie to mówić do kogoś, kto patrzy i czeka na odpowiedź.
Damianek trafił w coś ważnego - odczyt dla kogoś na żywo to kompletnie inna dynamika. Ale wracając do tego, co jest tytułem tego wątku: to co opisujecie to wszystko narzędzia do rozróżnienia głosu intuicji od głosu ego, tylko opisane z różnych stron. Zapis, tempo, zaskoczenie - to wszystko są próby złapania siebie na 'wchodzeniu w schemat'. Czy ktoś z was miał moment, kiedy nie wiedział do końca sesji, które to było?
Ja mam takie momenty prawie zawsze. Dopiero jak ktoś pyta 'skąd to wiedziałaś' zaczynam się zastanawiać, czy to wiedziałam, czy po prostu tak powiedziałam. Nie wiem, czy to jest problem.
Ale z drugiej strony - czy nie ma niebezpieczeństwa w tym ciągłym rozkładaniu na czynniki pierwsze? Pytam poważnie, bo mam wrażenie, że jak za bardzo zaczynam analizować swój odczyt już w trakcie, to wylatuję z niego. Jakby obserwacja zabijała cokolwiek, co próbuję obserwować.
