Nie wiem jak to ująć bo to trochę wstydliwy temat ale spróbuję. Mam za sobą kilka miesięcy w naprawdę toksycznym środowisku pracy i czuję że ta energia weszła we mnie i tam siedzi. Nie chodzi mi o zwykłe zmęczenie, to jest coś głębszego. Zaczęłam pracować z tarotem dosłownie miesiąc temu, mam talię Rider-Waite i nie wiem nawet od czego zacząć, żeby przepracować to tarotem. Czy jest jakiś układ, jakaś karta, od której się zaczyna taką pracę? Albo może ktoś z was miał podobną sytuację i wie jak się do tego zabrać?
zanim zaczniesz układy, mam jedno pytanie - co rozumiesz przez "ta energia weszła we mnie i tam siedzi"? Pytam serio bo to ważne dla doboru kart. Czy to bardziej poczucie że ciągniesz czyjś ciężar czy że straciłaś cos swojego po drodze?
Zgadzam się z Ewunią co do tej różnicy ale zapytam inaczej - czy robiłaś już jakiekolwiek oczyszczenie przestrzeni wokół siebie, nie kart? Bo jeśli środowisko pracy jest toksyczne i nadal w nim tkwisz, to praca z kartami może pokazywać coraz to nowe warstwy ale bez zmiany źródła to jak... leczenie symptomu. Nie mówię, że tarot tu nie pomoże, mówię że chcę wiedzieć więcej o tej sytuacji.
Dobra, postaram się sprecyzować. Bardziej czuję, ze straciłam cos swojego :P. Jakby ta praca odebrała mi poczucie wartości, zdolność do spokoju, taką swoją wewnętrzną ciszę. Nadal tam pracuję, tak, to jest kwestia finansów. Vladi masz rację że źródło nadal istnieje, ale nie mogę tego zmienić od ręki. Właśnie dlatego szukam jakiegoś rytuału oczyszczenia i sposobu żeby wrócić do siebie, a potem może zobaczyć co dalej.
To co opisujesz z tą ciszą wewnętrzną to brzmi jak klasyczna sytuacja kiedy długo funkcjonujesz w stresie i twoje centrum gdzieś się rozjeżdża. Nie jestem ekspertem od tarota, bardziej od run ale i tak - w kartach jest kilka arkanów które do mnie mówią właśnie o odbudowie siebie. Gwiazda przychodzi mi do głowy jako pierwsza. Ktoś bardziej obeznany z tarotem niech powie czy dobrze myślę.
Julisia, Gwiazda to tak ale ja bym zaczął od zidentyfikowania co blokuje. W takiej pracy z traumą ja zawsze robię najpierw rozkład na "co mnie więzi" i dopiero potem "co mnie uzdrawia". kolejność ma znaczenie. bez diagnozy kart to jakbyś na oślep szukała wyjścia
Trzyglow dobrze mówi i to jest jedna z częstszych pułapek w pracy z kartami przy bólu. Widziałam to wielokrotnie - ktoś siada do rozkładu, wyciąga same ciężkie karty, Wieżę, Diabła, dziesiątkę Mieczy, i zamiast uzdrowienia dostaje potwierdzenie własnego rozpaczy. Tarot jest zwierciadłem i pokazuje to co jest, niekoniecznie to co ci pomaga w danej chwili.
Przepraszam że wchodzę, ale jestem sceptyczna co do całego podejścia. Nie mówię że karty są bez sensu ale jeśli praca jest traumatyczna, to czy to nie jest przypadek dla terapeuty? Szczerze pytam, bo nie rozumiem jak karty mają pomóc w czymś tak konkretnym jak toksyczne środowisko pracy. Co karty tu dają czego nie daje normalna rozmowa z kimś bliskim?
Ja bym jej poleciła układ trzech kart: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość i koniec. Prosty, skuteczny, każdy sobie z tym poradzi na początku. Do oczyszczenia dodałabym jeszcze spalenie szałwii nad talią przed rozkładem.
Wróćmy do meritum bo wątek zaczyna się rozchodzić. Mam pytanie do osoby która zaczęła ten temat - jak długo trwa ta sytuacja w pracy? Pytam bo jeśli to kilka miesięcy, to jedna rzecz, a jeśli latami - to inna skala. To może zmienić podejście do kart.
Około roku. Może trochę więcej. Zaczęło się stopniowo i nie zauważyłam kiedy zrobiło się tak źle :)... To jest chyba najgorsze w takich sytuacjach że wchodzisz w to powoli.
Rok to sporo czasu na taką presję. mam wrażenie, że najpierw może potrzebować jakiejś karty kotwicy - czegoś co trzyma cię przy ziemi zanim w ogóle zaczniesz rozkładać cokolwiek. Czy ktoś tu pracował z tarotem w taki sposób, wybieram jedną kartę intencjonalnie i trzymam ją przy sobie jako wsparcie, nie wróżę, tylko towarzyszę?
A ile czasu to trwa zanim coś poczujesz? Bo ja bym po prostu chciała wiedzieć, mam podobną sytuację i zastanawiam się czy to ma sens robić jeśli efekt jest dopiero za miesiąc.
Właśnie to mnie zatrzymało przy tej karcie kotwicy, o której mówiła Julisia. bo jak mam robić jakiś złożony rozkład kiedy nawet nie wiem co chcę zobaczyć. Rok w takim miejscu robi z głową rozne rzeczy. Ta cisza o której mówiłam - ona po prostu nie wraca sama
To co piszesz o ciszy - czujesz że ona gdzieś jest że nie zniknęła całkiem? oj bo jeśli tak, to karta kotwicy może naprawdę coś otworzyć. Jak trzymałam Kapłankę, to nie było żadnych nagłych olśnień ale po kilku dniach zaczęłam inaczej wracać do domu po pracy. no trudno to opisać.
Nie brzmi głupio ale moim zdaniem to właśnie jest sygnał że czas zacząć. Ten lęk przed kartami to już jest informacja - coś w tobie wie, ze jest o czym rozmawiać... Ja bym tu nie czekał dłużej.
Tu jest istotne rozróżnienie. Jedna karta losowana bez intencji to co innego niż siadanie z pytaniem o własną ranę. To pierwsze może byc po prostu oswajaniem się z talią. Lilijka, jak dawno ostatnio brałaś karty w ręce?
Może z dwa tygodnie temu ale tylko dotknęłam talii i odłożyłam. no nie zadałam żadnego pytania. Czułam że nie potrafię sformułować o co się pytam.
Przepraszam że się wtrącam, ale to co mówisz o niemożności sformułowania pytania - ja to znałam dobrze. u mnie to był sygnał że czakra gardła była bardzo zablokowana. Czy w ogóle w pracy możesz mówić o tym co czujesz czy wszystko tłumisz?
Dokładnie to samo robiłam kiedy byłam w podobnym miejscu. Siadałam bez konkretnego pytania i ciągnęłam jedną kartę z intencją "co mam teraz widzieć". I przez pierwsze kilka razy to były karty, które po prostu potwierdzały że jest ciężko - ale to samo w sobie było ulgą. Ktoś, cos, po prostu powiedziało - tak, widzę.
Ale mimo wszystko jakaś intencja i skupienie się przydają, choćby te oddechy. Bo inaczej to jest po prostu losowanie kartki z pudełka bez żadnego kontekstu. Moc rozkładu pochodzi też z tego jak się do niego podchodzi.
Zgadzam się z Vladim w tej kwestii. Choć z roli ceremoniału nie rezygnuję całkowicie bo dla mnie sam akt przygotowania jest sposobem na wejście w inny tryb myślenia. Tylko to różnica między przygotowaniem dla siebie a przygotowaniem żeby karta zadziałała
To co Diablica napisała na końcu - to mi coś kliknęło. Że przygotowanie jest dla siebie, nie dla karty. Bo ja chyba przez cały czas myślałam odwrotnie - że muszę zrobić coś właściwego żeby karta zechciała pokazać coś prawdziwego. A może to jest właśnie mój problem z powrotem do talii...
To jest naprawdę ważne co teraz piszesz. To rozróżnienie między "robię coś żeby karta zadziałała" a "robię coś żeby ja byłam gotowa" - skąd wzięło ci się to pierwsze przekonanie?? Bo to nie jest oczywiste skojarzenie, zastanawiam się czy ktoś ci to powiedział albo gdzieś to przeczytałaś.
Ale poczekaj - to znaczy że przez cały ten czas nie siadałaś z kartami bo nie miałaś warunków? To brzmi jakbyś stworzyła sobie barierę której nie ma w ogóle ;).
Mam pytanie do Lilijki - czy to miejsce w pracy, ta cisza którą straciłaś, ona była przed pracą w tym miejscu czy pamiętasz ją jeszcze z pierwszych miesięcy tam? bo to by dużo mówiło o tym co karta mogłaby w ogóle adresować.
Moim zdaniem to jest właśnie temat na Kapłankę albo Gwiazdę. Gwiazda szczególnie - to jest karta odbudowy po czymś trudnym. Jak Lilijka wyciągnie ją teraz, to będzie sygnał że coś sie już zaczyna 😀
