Chciałabym się włączyć do tej rozmowy, bo mam kilka przemyśleń na temat szeptuch i tego, czy rzeczywiście pomagają. Mam jedno pytanie, zarówno do tych, którzy dopiero rozważają wizytę u takiej osoby, jak i do tych, którzy już tam byli... Czy zanim po raz pierwszy zetknęliście się z szeptuchą, wierzyliście w siły nadprzyrodzone? Bo jeśli nie, a teraz jesteście przekonani, że zostaliście „uzdrowieni”, to warto zadać sobie jeszcze jedno pytanie: czy to uzdrowienie pochodzi z dobrego źródła, czy może od jakiejś zupełnie innej, niezidentyfikowanej siły?
Sam fakt, że taka pani odmawia modlitwy, nie oznacza wcale, że działa w imię dobra. Jak wiadomo, te modlitwy nie są powszechnie znane, przekazywane są z pokolenia na pokolenie i nikt tak naprawdę nie wie, co się za nimi kryje. A uzdrowienie samo w sobie nie powinno być miernikiem czyjejś dobroci ani dowodem, że ktoś jest „aniołem”.
Większość ludzi jadących do Orli to chrześcijanie, mniej lub bardziej wierzący. Ale korzystając z takich metod, zostawiają jakby swoją wiarę za drzwiami i chcą tylko zdrowia, szczęścia, pozbycia się problemu. A w niedzielę idą do kościoła i uważają że wszystko jest w porządku. Przez takich uzdrowicieli ludzie zapominają o Bogu, nie szukają z Nim spotkania, a przecież On jest samym Dobrem. I jeszcze raz powtórzę: uzdrowienie naprawdę nie jest dowodem na to, że ktoś działa w imię dobra.
W Kościele katolickim i szerzej w całym chrześcijaństwie uzdrowienia zdarzają się bardzo często, ale towarzyszy im coś więcej, przemiana całego człowieka. Dlatego zachęcam do sięgnięcia po bezpieczniejsze sposoby. W każdym wiekszym mieście działają grupy modlitewne organizujące modlitwy wstawiennicze albo msze o uzdrowienie, choćby grupy Odnowy w Duchu Świętym. Modlitwy prowadzone w kościele mają za sobą autorytet całej wspólnoty i wielowiekowej tradycji, a nie jednej tylko osoby o wątpliwej wierze. W Białymstoku w każdy ostatni poniedziałek miesiąca w kościele św. Rocha o 18:00 odbywa się msza z modlitwą o uzdrowienie, serdecznie zapraszam 🙂
No dobra, muszę tu powiedzieć wprost co myślę.
Te wszystkie szeptuchy, babki od mamrotania i tak dalej... to zwykłe paplanie. Raz może coś wyjdzie, raz nie, czysty przypadek. I nie mieszajmy tu Boga, bo to zupełnie inna sprawa.
Jeśli chodzi o „przywracanie” uczuć, to działa to tak: facet kocha to wróci sam, bez żadnych rytuałów. Jak nie kocha, to choćby tysiąc szeptuch szeptało coś pod nosem, nic z tego nie bedzie. Żadnych cudów, żadnych szans.
Z uzdrowieniami podobnie. Mocny organizm poradzi sobie z chorobą. Rozumny człowiek idzie do lekarza, bierze leki i wraca do zdrowia. Naprawdę ktoś tu wierzy, ze jakaś babka mamroczac coś do siebie potrafi kogoś uzdrowić?
Mamy XXI wiek, ludzie...;-P
Gdyby to naprawdę działało, to nie byłoby AIDS, stwardnienia rozsianego, alzheimera, parkinsona, eboli ani mnóstwa innych chorób. O nowotworach nawet nie mówię.
Co do wypowiedzi którą tu ktoś zamieścił, dotyczącej modlitw uzdrowieńczych w kościele i grup modlitewnych, to rozumiem intencję. Rzeczywiście jest spora róznica między szeptuchą a zorganizowaną wspólnotą wierzących. Ale ostatecznie to też wiara, a nie medycyna i nie traktowałabym tego jako alternatywy dla lekarza.
Niekiedy może to być naprawdę ciekawe doswiadczenie 🙂
Hmm, to chyba nie wyszło... Treść wypowiedzi jest pusta lub niekompletna. Nie mam czego przepisać.
