nie wiem czy sa jakies twarde dowody naukowe na potwierdzenie tych wszystkich rzeczy o zyciu po zyciu... to raczej kwestia wiary i osobistych doswiadczen niz nauki. Nauka generalnie nie zajmuje sie takimi tematami bo trudno to zbadac i zmierzyc. Mozna oczywiscie poczytac rozne ksiazki czy opracowania badaczy, ktorzy probowali to analizowac, ale czy to juz dowod naukowy? raczej nie w tradycyjnym sensie tego slowa
Więcej na ten temat tutaj: smierc-zycie . com
Pytanie o dowody naukowe jest jak najbardziej zasadne, choć w temacie życia po śmierci nauka nadal nie ma jednoznacznych odpowiedzi.
Chcę podzielić się czymś osobistym, bo właśnie to pytanie zadaję sobie od lat. Kiedy chowaliśmy moją mamę, był taki zimny, śnieżny listopad. Całą noc padało intensywnie, a my płakaliśmy do świtu. Bardzo wcześnie rano, około piątej trzydzieści, poszliśmy na cmentarz. I wtedy zobaczyliśmy coś, co do dzisiaj nie daje mi spokoju: wokół świeżego, ośnieżonego kopca były wyraźne ślady małych damskich szpilek. Mama właśnie w szpilkach miała na nogach, kiedy ją chowaliśmy. Ale to nie wszystko... nie było żadnych śladów prowadzacych do grobu. Żadnych. Jakby te ślady po prostu się tam wzięły.
Kto o tej godzinie, w takich warunkach, przyszedł do niej w szpilkach?
Od tamtej pory nie potrafię przestać myśleć o tym, co tak naprawdę czeka nas po śmierci. Czy to jest po prostu koniec, zupełna cisza? Zastanawiam się też czasem, czy nasi bliscy odchodzą od razu, czy może potrzebują czegoś od nas, jakiegoś pożegnania, modlitwy, żeby spokojnie przejść dalej. Może za mało się modlilismy, żeby mogła odejść bez lęku?
Ciekawa jestem, czy ktoś z was miał podobne doświadczenia.
Nie znam się specjalnie na naukowych dowodach, więc nie będę się tu wypowiadać w tamtym kierunku. Ale chcę się podzielić czymś, co przydarzyło się mnie i co do dziś nie daje mi spokoju.
Gdy mój synek był jeszcze niemowlęciem, spał w swoim łóżeczku. Pewnej nocy wyrwałam się ze snu... właściwie nie wiem, czy naprawdę spałam. Usłyszałam głos. Taki, którego nie zapomnę do końca życia. Wołał moje imię i byłam absolutnie pewna, że nie pochodzi z żadnego snu, że to coś zupełnie innego, jakby z bardzo daleka. Coś poza.
Pobiegłam do dziecka natychmiast, instynktownie. Mały był siny. Potrząsnęłam nim i zaczął oddychać.
Ten głos uratował mu życie. Jestem o tym przekonana.
Dziś myślę, że to była moja mama, która odeszła jakiś czas wcześniej. nie mam na to żadnego dowodu, żadnej naukowej podstawy. Ale to poczucie jest silniejsze niż jakikolwiek argument. Dziękuję ci, Mamo, jeśli to byłaś Ty...
kiedyś sama miałam podobne doświadczenie, które do dziś daje mi do myślenia. Postanowiliśmy kiedyś wywołać ducha, dla zabawy, no bo kto by się spodziewał że to naprawdę zadziała. Padło na moją babcię Anielę. Wszystko po kolei: stolik, talerzyk, litery, goście. Ja miałam być tą osobą, przez którą babcia będzie się kontaktować.
Długo szło dobrze, dopóki nie zapytałam o imię jakie dla mnie wybrała. Nikt z obecnych tego nie wiedział, bo skąd. Mam na imię Elżbieta, ale babcia podobno chciała Ludmiły. Talerzyk zaczął się kręcić i wybierać kolejne litery... L, U, D... i wtedy wszyscy kompletnie się przestraszyliśmy. Już nigdy więcej do tego nie wróciliśmy.
nie wiem czy to dowód w sensie naukowym, ale trudno mi to racjonalnie wytłumaczyć do dziś. Wiec czy po śmierci naprawde jest tylko nic? Jakoś w to nie wierze
Wpadłam tu trochę przez przypadek, szukając czegoś innego, i zatrzymałam się na tym dziale.
Chcę napisać o czymś, co przeżywam od kilku dni i co jest dla mnie naprawdę niezwykłe. W okolicach serca, a właściwie w samym sercu, odczuwam dziwną, bardzo przyjemną wibrację. Fizycznie, dosłownie. To jest zupełne przeciwieństwo bólu, bo ból może być tępy, ciężki, kłujący, skurczowy... a to jest coś zgoła innego. Bardzo subtelne, lekkie, trochę jak pustka, która wibruje niczym przestrzenna membrana.
Pojawia się spontanicznie, w róznych momentach, samo z siebie albo kiedy zetkne się z czymś pięknym w tym świecie, z jakimś przejawem czegoś... wyższego, nie wiem jak to nazwać.
Właściwie pisanie o tym jest dla mnie troche problematyczne, bo w niektórych naukach mówi się, że dzielenie się takimi przeżyciami może je osłabić albo zupełnie je utracić. Trochę żartobliwie myślę sobie wtedy, że szkoda że ludzkie choroby nie działają tak samo, bo można by je po prostu komuś opowiedzieć i znikałyby 🙂
Piszę to głównie dlatego, że może ktoś doświadcza czegoś podobnego i trafi na ten wpis i poczuje że nie jest sam.
Co do pytania co jest po śmierci... może jest coś, może nic. Nie wiem. Wiem tylko, że dziwne rzeczy przytrafiają się każdemu, jedni o tym mówią, inni milczą.
