Witam wszystkich.
Chcę od razu powiedzieć że jestem zdrowa na głowę i to co opisuję jest moją prawdziwą historią, w stu procentach. Proszę tylko o poważne podejście, bez rad w stylu „idź do specjalisty„ bo to naprawdę nie o to tu chodzi.
Piszę to do wszystkich, a szczegolnie do osób które może same przeżyły coś podobnego albo mogłyby mi jakoś to wytłumaczyć. Chętnie przeczytam wasze doświadczenia.
Jakiś czas temu odszedł mój znajomy. Okoliczności wskazują na samobójstwo, choć nie ma pewności. W każdym razie wszystko na to wskazuje.
Zaraz po pogrzebie zaczęłam czuć jego perfumy, tak po prostu, w różnych momentach dnia, pojawiały sie i znikały. Przez jakies 2-3 miesiące towarzyszyło mi wyczuwalne poczucie czyjejś obecności. Dwa razy było to naprawdę silne, wręcz jak coś namacalnego. Pierwszy raz tydzień po pogrzebie, leżałam w łóżku i czułam że ktoś jest w pokoju, bałam się zasnąć. Wiercąc się w pościeli poczułam wyraźnie jakby czyjeś dłonie leżały przez kilka minut razem, kilka miesięcy po jego śmierci, obudziły mnie stukania i odgłosy jakby ktoś otwierał meble. Wstałam, była 3 w nocy, wszyscy spali. Wróciłam do siebie i to się powtórzyło. Bałam się i poszłam po prostu spać...
Śnił mi się prawie codziennie, z czasem rzadziej ale za to sny były coraz cięższe. Cały czas byl przygnębiony. Raz powiedział mi we śnie że nas nienawidzi i to był jeszcze jeden z tych łagodniejszych snów. Przełomem był sen mniej więcej 4 miesiace po śmierci, w noc przedślubną mojej siostry. Widziałam go jako żywego trupa na jakimś strychu, wokół kręciły się stwory podobne do zombie, cieszyły się z jego cierpienia. Gdzieś dalej było okno, przez które widać było tunel i ogień na końcu, przy oknie wiał silny wiatr. On cierpiał i nie bylo żadnej nadziei, a ja nic nie mogłam zrobić. Przeżywałam ten sen bardzo mocno.
Potem śnił mi sie jeszcze, coraz rzadziej, ale sny były coraz gorsze. Prawie bez przerwy widziałam cierpienie i zwłoki. Miałam już dość, modliłam się za niego i prosiłam żeby nie przychodził bo się boję.
I powoli przestał się śnić. Ostatni sen byl spokojniejszy, siedział cicho, wciąż trochę przygnębiony, ale spojrzał na mnie, lekko sie usmiechal, przytulił i pocałował w policzek. Czułam że to pożegnanie. I miałam rację bo już się nie pojawił, minęło już dużo czasu.
Momentami myślałam że postradałam zmysły, ale teraz wszystko wróciło do normy. Co wy o tym myślicie?
Brakuje mi go i martwię się czy jest tam dobrze. Jestem wierząca ale wszędzie czytam coś innego i nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Mam też takie poczucie winy... byłam wobec niego zdystansowana, z własnych powodów, i może nie chciałam zauważyć że mu jest źle, choć było po nim widać przygnębienie. Czułam też że coś do mnie czuł.
Jeśli ktoś ma jakiś dar, może wyczuć coś z kart albo inaczej i mógłby mi powiedzieć dlaczego to zrobił i czy dobrze tam gdzie jest teraz, byłabym bardzo wdzięczna. Opisz to tutaj w wątku, chętnie odpiszę. Dziękuję i pozdrawiam.
Hmm, wydaje mi się że można by napisać do tej kobiety, o której gdzieś wyżej wspominałam, jakiegoś krótkiego smsa z pytaniem w stylu „czy mój zmarły kolega jest przy mnie„ albo „czy czuję jego obecność”... ona naprawdę duużo wie i dobrze wróży, serio. Wierzę Ci zresztą, bo sama od jakiegoś czasu przeżywam dziwne rzeczy i czasem myślę że chyba trochę zbzikowałam 🙂 jestem też osobą wierzącą więc rozumiem to co opisujesz.
Jeśli chcesz się dowiedzieć jak ją znaleźć, napisz tutaj w wątku, chętnie powiem więcej, tylko nie chcę tu wprost podawać namiarów bo zaraz ktoś napisze że robię reklamę hehehe, a ja naprawdę nic z tego nie mam 😉
to jest poważna sprawa i rozumiem że nie wiesz co z tym zrobić...
sama nie jestem żadną wróżką, więc nie oczekuj że wszystko wyjaśnię, no i chętnych do takich rzeczy za darmo raczej brak 🙂 tyle mogę powiedzieć że słyszałam, iż na umarłych kart się nie stawia, choć może się mylę w tej kwestii.
jeśli twój kolega był osobą wierzącą a jednak zdecydował się na taki krok, to raczej nie był przygotowany na to przejście. mogłaś mu pomóc zapalając świece albo zamawiając mszę za jego duszę. teraz jego powody nie mają już takiego znaczenia, liczy się żebyś dużo się modliła w jego intencji i zamawiała msze jeśli masz taką możliwość. i żebyś przebaczyła i jemu i sobie za to co między wami było nie do końca w porządku.
nie każda dusza od razu odnajduje światło po śmierci, i dlatego wierzę ci że mogłaś poczuć ten zapach perfum. ze snami jest różnie, nie do końca im ufam bo mogą być po prostu odbiciem naszych własnych lęków i tęsknot. ale może jednak chciał ci coś powiedzieć, dać znać jak tam jest po tamtej stronie, trudno to jednoznacznie ocenić.
najważniejsze teraz to naprawdę przebaczenie, sobie i jemu. nie możesz brać na siebie winy za to co zrobił, bo to był jego wybór i tylko jego. pozdrawiam serdecznie
szczerze, nie jestem jakąś wielką wierzącą w te wszystkie duchy i astralne sfery, ale historia z tym mieszkaniem naprawdę mnie zastanawia. bo to jest akurat ten rodzaj rzeczy, który trudno wytłumaczyć czystym przypadkiem.
jeśli chodzi o Twojego znajomego i te sny, to myślę że warto potraktować to poważnie, nawet jeśli się nie wierzy dosłownie w każdy element tej teorii. może to Twoja własna psychika próbuje coś przepracować, może coś więcej, nie wiem.
co do samej energii miejsc... mam wrażenie że niektóre osoby są na to naprawde bardziej wyczulone. mieszkam w bloku z lat 70 i nigdy czegoś takiego nie czułam, ale moja ciocia twierdziła zawsze że „wie„ kiedy w jakimś miejscu coś złego się stalo. śmiałam się z niej, a teraz trochę tego żałuję.
no i właśnie ta historia ze starszym sąsiadem to jest coś, co mnie po prostu uderza. sama wpadłaś na ten wniosek, a potem zupełnie przypadkowo, na klatce schodowej, dostałaś potwierdzenie sprzed 50 lat. to nie jest coś co można tak po prostu zbagatelizować. nawet dla kogoś takiego jak ja, który woli szukać racjonalnych wyjasnień.
co do snów o bliskich, też mi się zdarzało że coś przyśniło, a potem okazywało się że w tym czasie coś się działo z tą osobą. nie nazwałabym tego jasnowidztwem, ale... coś w tym chyba jest 🙂
Tyle dostaniesz, ile włożysz wysiłku. Tak to po prostu działa, nie ma co liczyć na cuda bez pracy z własnej strony.
