Praktycznie wygląda to tak, że zanim zaczniesz sesję z wahadłem, robisz coś w rodzaju oczyszczenia intencji. Niektórzy dosłownie mówią na głos 'nie wiem co tu jest, chcę zobaczyć co jest' - brzmi trochę głupio, ale działa jako reset dla umysłu. Potem wahadło zaczyna się ruszać, i ty obserwujesz zamiast popychać. To jest właśnie 'praca z bezwładem' w sensie: pozwalasz ruchowi się urodzić zamiast go inicjować.
To brzmi jednak bardzo subiektywnie. Jak rozróżnisz 'chaos' od 'pola energetycznego które jest faktycznie niespójne'? Sama mówiłaś wcześniej o rozregulowanych czakrach - może chaotyczny ruch wahadła to informacja, a nie szum?
Macie rację obie i to jest luka w tej metodzie. W praktyce - jeśli wahadło przez dłuższy czas daje chaotyczny ruch nad konkretną czakrą, to niektórzy praktycy traktują to jako sygnał silnego zaburzenia, nie braku sygnału. Ale żeby to odróżnić od drgania rąk ze zmęczenia, potrzebujesz lat praktyki albo porównania z obszarem który wyraźnie daje sygnał stabilny.
Przepraszam że wchodzę z buta, ale mi się to trochę kręci w kółko. Mamy metodę, która wymaga kalibracji, ale kalibracja jest subiektywna, a wyniki mogą być chaosem lub sygnałem i nie wiadomo czym. Czy jest jakikolwiek sposób żeby sprawdzić czy wahadło w ogóle cokolwiek poprawnie wykryło, inaczej niż 'czuję że tak'?
To co Faddi opisuje z notowaniem i powracaniem po czasie - to jest chyba najrozsądniejsza rzecz jaką w tym wątku przeczytałam jeśli chodzi o metodologię. Ja bym się nigdy nie posunęła do takiego podejścia bo myślałam że to wszystko musi być tu i teraz. Czy ty od razu zacząłeś tak robić czy to przyszło z czasem?
A wracając do samej czakry gardła i tarczycy - bo chyba trochę odpłynęliśmy w metodologię wahadła - czy ktoś z was miał doświadczenie gdzie praca energetyczna z Vishuddhą poprzedzała diagnozę medyczną? Tzn. zauważyłaś zaburzenie energetycznie, a potem okazało się że to ma odzwierciedlenie w badaniach?
Ja miałam coś takiego ale odwrotnie - najpierw był wynik badania, niedoczynność tarczycy, a dopiero potem zaczełam sie interesować czakrami i dowiedziałam się ze Vishuddha jest z tym powązana. Nie wiem czy to sie liczy jako odpowiedź na twoje pytanie ale tak to u mnie wyglądało.
Przepraszam ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem - mówimy teraz o tym że praca z czakrą pomogła psychicznie zaakceptować leczenie, tak? To jest zupełnie inne niż to że czakra leczy tarczycę. To mi wydaje się uczciwe i sensowne.
To mi otwiera nowe pytanie - czy w takim razie praca z Vishuddhą ma sens nawet jeśli nie masz żadnych problemów z tarczycą? Tzn. jako profilaktyka komunikacyjna, żeby nie tłumić głosu, mówić co się myśli?
Ja tak robię od kiedy przeczytałam o tej czakrze i rzeczywiście coś się zmieniło w tym jak prowadzę trudne rozmowy. Ale nie potrafię powiedzieć czy to Vishuddha czy po prostu to że zaczęłam w ogóle myśleć o komunikacji jako o czymś ważnym.
I tu wróciłem do punktu wyjścia ale z innej strony - może właśnie o to chodzi w tym pytaniu o pokrywanie się energetycznego z medycznym. Nie szukamy dowodu że jedno powoduje drugie, tylko że oba systemy opisują to samo człowiecze doświadczenie różnymi językami. Tarczyca i Vishuddha, bezwład wahadła i podświadomość. Różne mapy, to samo terytorium.
Pankracy, to co napisałeś o dwóch językach opisujących to samo doświadczenie - to chyba najlepsza synteza tego wątku. I właśnie dlatego pytanie z tytułu nie ma odpowiedzi zero-jedynkowej. Ale mam do ciebie pytanie - bo wspomniałeś na początku o bezwładzie wahadła i chciałeś się dowiedzieć więcej. Czy to dlatego że próbowałeś testować swoją Vishuddhę i nie wiedziałeś jak odczytać wynik?
to co opisujesz to jest właśnie bezwład mechaniczny - wahadło po prostu kontynuuje ruch który nadałeś mu przy podnoszeniu. To fizyka, nie odczyt. Musisz poczekać aż ten ruch wygaśnie albo ustabilizuje się w coś wyraźnego. Zazwyczaj zajmuje to kilkanaście sekund, czasem trochę więcej jeśli masz napięte ręce.
Czyli żeby dobrze użyć wahadła, trzeba wyeliminować ruch bezwładny, potem wyeliminować drżenie rąk, potem ustalić co jest sygnałem a co szumem, i do tego jeszcze wiedzieć jak interpretować wynik. To brzmi jak bardzo długa lista warunków które muszą być spełnione jednocześnie.
Właściwie to już ustaliliśmy wcześniej że wahadło jest bardziej dla siebie niż dla obiektywnej diagnozy, nie? Marlenka i Wiolka88 mówiły o tym jak praca z Vishuddhą zmieniła ich podejście do komunikacji, nie wyniki badań. Może przy wahadle też chodzi o coś podobnego - nie o diagnozę tarczycy, tylko o to co wynik w tobie uruchamia.
To co Hortensja pisze ma sens. Przy rytuałach jest podobnie - sama czynność skupia intencję. Ale wracając do pytania Pankracego o to pokrywanie się energetycznego z medycznym - czy ktoś ma doświadczenie z tym że praca z Vishuddhą cokolwiek zmieniła w kontekście fizycznym, nie tylko psychicznym? Pytam bez tez, po prostu ciekawa.
Śpiewanie pod prysznicem jako praca z Vishuddhą - to jest coś co mogę zrozumieć nawet bez głębokiego wejścia w teorię czakr. Dźwięk dosłownie wibruje w okolicy gardła. To ma jakieś fizyczne uzasadnienie niezależnie od tego jak to nazwiemy.
Przepraszam że wchodzę - czytam ten wątek od dawna i mam pytanie do Kinia05. Kiedy używasz tej mantry, czujesz od razu wibrację w gardle, czy to wymaga jakiegoś przygotowania? Pytam bo próbowałam parę razy i nic specjalnego nie czułam.
Wracam do swojego pytania o bezwład bo chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Czyli bezwład to nie jest przeszkoda którą można wyeliminować - to jest po prostu właściwość fizyczna wahadła i każdy odczyt zaczyna się przez ten 'szum'? Rozumiem to tak że dobra praktyka polega na tym żeby nauczyć się go rozpoznawać i czekać aż minie?
Tak to rozumiem. I dodam że przy długiej praktyce zaczyna się to dziać szybciej - nie dlatego że bezwład znika, tylko że uczysz się rozróżniać jego charakter od tego co przychodzi potem. To trochę jak z czytaniem drżenia na EKG - na początku każde lekkie drgnięcie wygląda tak samo, z czasem widzisz różnicę. Ale nadal to jest umiejętność subiektywna i wiem że Pelcia ma rację że nie ma tu zewnętrznej weryfikacji.
To znaczy że im dłużej ćwiczysz, tym bardziej ufasz własnym odczytom, ale nie ma żadnego zewnętrznego punktu odniesienia który by to potwierdził? Nie mówię złośliwie - naprawdę zastanawiam się czy to nie jest błędne koło.
To jest właśnie sedno całego pytania które Pankracy zadał na początku - czy energetyczne i medyczne mogą się pokrywać. I myślę że odpowiedź brzmi: tak, ale nie zawsze w sposób który da się łatwo zmierzyć. U mnie było tak że zaczęłam pracę z Vishuddhą w momencie kiedy lekarz dopiero szukał przyczyny moich problemów z głosem. Kilka tygodni później diagnoza - guzki na tarczycy. Nie twierdzę że jedno spowodowało drugie, ale ta zbieżność była... znacząca dla mnie.
Wracając do pytania Pankracego o weryfikację - u mnie wygląda to tak że zapisuję co 'zobaczyłem' w sesji i co z tym zrobiłem, a potem po jakimś czasie wracam i sprawdzam czy objawy które mi wskazywały na blokadę zmieniły się. To nie jest naukowe, ale daje mi przynajmniej jakiś materiał do refleksji zamiast samego odczucia. Przy tarczycy konkretnie - miałbyś chyba najłatwiej bo masz twarde markery: poziom TSH, FT4, samopoczucie fizyczne. Czy śledzisz wyniki badań regularnie?
No właśnie, Pankracy dotknął czegoś ważnego. 'Czy to ma znaczenie jeśli czuję się lepiej' - to brzmi sensownie, ale prowadzi do problemu praktycznego. Jeśli czujesz się lepiej, to co powtórzysz kiedy znowu będziesz się źle czuł? Leki? Śpiewanie HAM? Oba? Nie mówię złośliwie, naprawdę pytam bo sama bym nie wiedziała jak to rozdzielić.
Kinia ma rację w tym sensie że ja też nigdy nie traktowałam pracy z czakrami jako alternatywy dla leczenia. To jakby pytać czy wizyta u psychologa koliduje z braniem leków na depresje - dla niektórych jedno i drugie jest potrzebne, tylko na różnych poziomach.
Czytam i mam podstawowe pytanie bo się trochę gubię - czy praca z Vishuddhą ma w ogóle bezpośrednio wpływać na tarczycę, tzn. na poziom hormonów i fizjologię, czy chodzi bardziej o to jak człowiek funkcjonuje psychicznie i emocjonalnie w kontekście choroby? Bo mam wrażenie że te dwa podejścia są w tym wątku mieszane i dlatego trudno dojść do czegoś konkretnego.
A propos tej wibracji o której Kinia pisała wcześniej - próbowałam dziś rano tego mruczenia z zamkniętymi ustami i faktycznie jest zupełnie inne niż śpiewanie. Czułam coś w okolicy szyi i nawet trochę w klatce piersiowej. Czy to jest 'prawidłowe' czy powinno siedzieć tylko w gardle?
