Od kilku lat diagnozuję czakry sobie i czasem znajomym, najpierw uczyłem się wahadełka, ostatnie półtora roku zacząłem próbować dłońmi i mam mieszane wrażenia. Wahadełko jest dla mnie wygodniejsze, bo daje wyraźny sygnał - kręci się, nie kręci, kierunek, amplituda. Konkretnie, mierzalnie, łatwo opisać klientowi. Dłonie są subtelniejsze, ale czasem mam wrażenie, że to ja sobie wymyślam ciepło albo zimno, a nie faktycznie czuję. Z drugiej strony znam ludzi, którzy mówią dokładnie odwrotnie - że wahadełko jest sterowane podświadomie ruchem nadgarstka i to ich umysł je kręci, a dłonie odbierają coś faktycznie obiektywnego. Pytanie do Was praktyczne. Co u Was lepiej działa, na co się przesiadaliście, dlaczego, i czy w ogóle te dwie metody dają zbieżne wyniki, jak je porównujecie?
Krótko z mojej praktyki - wahadełko i dłonie to dwa różne języki, nie dwie wersje tego samego. Wahadełko czyta przez intencję pytającego i odpowiedź podświadomości diagnosty, więc to jest w dużej mierze mechanizm ideomotoryczny. Dłonie czytają temperaturę, gęstość, ruch w polu energetycznym. Inny mechanizm, inny rezultat. Jeśli oczekujesz, że jedno potwierdzi drugie, często będziesz rozczarowany. Lepiej traktować je jako dwa narzędzia poznawcze, każde z innym zastosowaniem.
Wahadełka prawie nie używam. Doszedłem do wniosku, że tam jest za dużo własnego umysłu w odpowiedziach. Dłonie są wolniejsze, mniej spektakularne, ale dla mnie bardziej uczciwe. Z drugiej strony znam diagnostów, dla których wahadełko jest precyzyjne jak skalpel. Nie generalizowałbym.
@Kappi Wątpliwości, które masz, dotyczą wszystkich, którzy pracowali tymi metodami. Wahadełko - tak, jest sterowane drobnymi ruchami nadgarstka, nazywanymi efektem Carpentera albo ruchem ideomotorycznym. To jest fakt fizjologiczny. Pytanie tylko, czy ten mechanizm jest "tylko fizjologiczny", czy raczej most między podświadomością a świadomością diagnosty. Jeśli traktujesz wahadełko jako nośnik intuicji, działa. Jeśli traktujesz jako "obiektywny detektor", rozczarujesz się szybko.
Sam pracuję dłońmi i to od ponad dwudziestu lat. Wahadełko miałem na początku, jako podstawowy sposób uczenia się, ale potem odłożyłem. Powód był prosty - chciałem nauczyć się czuć bezpośrednio, a wahadełko stawało się protezą. Dopóki je miałem, sięgałem po nie zamiast po własne ciało. Odłożyłem na pół roku, potem już nie wróciłem.
A u mnie odwrotnie. Pracowałam początkowo dłońmi, ale po kilku latach przesiadłam się na wahadełko i wracałam do dłoni rzadko. Dłonie u mnie męczyły się szybko, dawały sygnały tylko przy najsilniejszych blokadach, drobniejsze rzeczy ginęły. Wahadełko łapało subtelniejsze różnice. To jest kwestia indywidualnej wrażliwości - moje dłonie nie były wystarczająco czułe.
Powiem coś niemodnego. Większość diagnoz, które robi się wahadełkiem, można by równie dobrze robić rzucając monetą. Statystycznie wynik byłby zbieżny. Mówię to po latach obserwacji własnej praktyki i porównań z koleżankami. Wahadełko rzadko mówi coś, czego diagnosta sam nie podejrzewał wcześniej. To jest projekcja własnej intuicji, nie obiektywny pomiar. Działa, bo intuicja diagnosty często jest trafna. Ale to nie jest wahadełko, to jest sam diagnosta.
@Indaphoros Mocno postawione. Częściowo się zgodzę, ale dodałabym - nawet jeśli wahadełko jest tylko przekaźnikiem intuicji, to nadal jest pożyteczne. Wielu osobom łatwiej zaufać sygnałowi z zewnątrz niż własnemu wewnętrznemu impulsowi. Wahadełko legitymizuje intuicję, daje jej formę. To pedagogiczne zastosowanie ma sens, choć technicznie masz rację.
