to drugie. I myślę, że jeśli będziesz szukać konkretnego znaku, to możesz go przegapić albo zacząć go wymyślać. Zmiana przy wybaczaniu sobie to częściej coś w stylu - któregoś dnia zauważasz, że ta sama myśl nie ściska tak mocno. Nie ma momentu przełomu.
Zgadzam się z Lonią, ale dodam jeszcze jedno - czasem zmiana widoczna jest bardziej z zewnątrz niż od środka. Ktoś ci mówi, że wyglądasz inaczej, albo sama zauważasz, że zareagowałaś na jakąś sytuację spokojniej niż zwykle. Czy masz kogoś bliskiego, kto mógłby to obserwować razem z tobą?
Radgost ma tutaj rację w jednym sensie - jeśli twój miernik zmiany zależy od tego, co ktoś inny powie, to możesz też wpaść w pułapkę szukania zewnętrznego potwierdzenia zamiast rzeczywistej pracy wewnętrznej. Ale Pelagiusza też nie jest bez racji. To jest ten rodzaj napięcia, który w ogóle trudno rozwiązać.
Ja w praktyce robiłem tak, że prowadziłem krótkie notatki. Nie dziennik w sensie opisowym, ale dosłownie dwa zdania po sesji - co czułem, gdzie, jak mocno. Po kilku tygodniach czytasz to od początku i wzorzec jest widoczny. Albo go nie ma, co też jest informacją.
Też prowadziłam notatki przez jakiś czas i potwierdzam, że to pomaga. Ale dorzucę coś - mnie bardzo dużo dało pisanie tego zaraz po sesji, nie kilka godzin później. Jak odczekałam, to zaczynałam interpretować zamiast opisywać.
To co Talizmana mówi o pisaniu ręcznie - to nie jest bez znaczenia. Jest coś w tym, że ręka jest wolniejsza od myśli i przez to nie dajesz sobie szansy na autocenzurę. Ale chciałam wrócić do pytania Sigilii o to, skąd wiedzieć, że coś się zmienia - bo jeszcze nie padła odpowiedź na temat emocji, nie tylko ciała.
Właśnie, bo mnie bardziej chodzi o ten poziom emocjonalny. Czy to znaczy, że pewnego dnia po prostu przestanę czuć winę za tę konkretną rzecz? Bo to brzmi zbyt prosto.
Nie przestaniesz czuć winy tak zupełnie - to nie jest dobry miernik i trochę bałabym się obiecywać komuś coś takiego. Zmiana wygląda raczej tak, że wina staje się mniej lepka. Pojawia się, ale nie zostaje. To jest subtelne i dlatego notatki, o których mówił Feliks, są tak pomocne.
Przeczytałam cały wątek i mam pytanie, może trochę z boku - czy to wybaczanie sobie, o którym mówicie, dotyczy jednej konkretnej sytuacji, czy raczej jakiegoś ogólnego wzorca? Bo mam wrażenie, że to może mieć znaczenie dla tego, od której czakry zaczynać.
To raczej wzorzec, nie jedna sytuacja. Kilka rzeczy z przeszłości, ale też to, że generalnie za dużo od siebie wymagam. Nie wiem, czy to zmienia coś w podejściu do manipury?
Zastanawiam się czy ktoś próbował łączyć tą pracę z czakrami z afirmacjami? Bo czytałam gdzieś że mozna powtarzać je z ręką na brzuchu właśnie przy manipurze i to niby wzmacnia efekt. Ale nie wiem czy to ma sens czy to już jest naciąganie.
To mnie zastanawia w kontekście tego co mówiła Saturnella o tej 'mniej lepkiej' winie - czy ten opór w ciele przy afirmacjach to znaczy, że czakra jeszcze nie jest gotowa, czy raczej że afirmacja jest za bardzo ogólna? Bo może gdybym zmieniła słowa...
oba mogą być prawdą jednocześnie, ale ja bym najpierw sprawdziła to pierwsze. Ogólność afirmacji to osobna kwestia, można ją łatwo dopasować. Ale jeśli jest głębszy opór w manipurze, to zmiana słów tylko go przykryje, nie rozwiąże.
Wchodzę tutaj z boku, bo słucham tej rozmowy o afirmacjach i mam jedno zastrzeżenie. Mówicie o 'gotowości ciała' jakby to był wyraźny sygnał. Ale ciało też może być w nawyku napięcia i wtedy nigdy nie poczujesz tej gotowości. Jak to rozróżniacie?
Mnie to rozróżnienie Pelagiuszy wydaje się trafne, choć ja bym dodał jeden praktyczny sprawdzian - zmień afirmację na neutralną, na przykład 'oddycham spokojnie' i sprawdź czy napięcie zostaje. Jeśli tak, to nawyk. Jeśli odpuszcza, to reaguje na treść.
Wracam na chwilę do tego co Sigilia mówiła wcześniej, że to jest wzorzec, a nie jedna sytuacja. Mam podobnie i chciałam zapytać - czy ktoś miał tak, że praca przy manipurze ujawniała rzeczy, które wcześniej w ogóle nie kojarzyły się z winą? Jakieś starsze warstwy?
To co Talizmana opisuje to jest w mojej obserwacji dość typowe dla wzorca chronicznego. Manipura trzyma więcej niż myślisz na początku, bo wina jako wzorzec często ma korzenie starsze niż konkretne zdarzenia. Stąd zresztą to co mówiłam wcześniej o czasie - nie bój się że to trwa.
Słucham tego i mam mieszane uczucia. Z jednej strony to trochę ulga, że nie jestem jedyna. Z drugiej strony trochę mnie przeraża ta perspektywa 'głębszych warstw'. Czy to znaczy, że im dłużej to trwa, tym bardziej odkopujesz?
Mam pytanie do Saturnelli i generalnie do tych z większym doświadczeniem - bo słyszę 'manipura trzyma więcej niż myślisz' i 'głębsze warstwy'. To brzmi jak coś nieskończonego. Skąd wiadomo, że w ogóle się z tego wychodzi, a nie tylko coraz bardziej zagłębia?
To co Pelagiusza mówi o sygnale do zatrzymania - mam wrażenie że to ważne, bo chyba dużo osób (ja też) ma tendencję do myślenia, że jak jest trudno, to znaczy że dobrze pracujesz. A to nie zawsze tak działa.
No i tutaj dochodzimy do czegoś istotnego, bo to rozróżnienie - trudność produktywna kontra przeciążenie - jest czymś, o czym rzadko się mówi w kontekście pracy z czakrami. Pelagiusza dała jeden wskaźnik, czyli ulga po sesji. Czy są inne?
Mam trochę nie na temat, ale zainspirował mnie ten wątek o śnie - bo ja zauważyłam że po pewnych afirmacjach przy splecie słonecznym mam sny o ludziach, którym coś zrobiłam albo którzy mi coś zrobili. Czy to możliwe że manipura w nocy 'przetwarza' to co ruszyłam w dzień? Czy to jestem tylko ja?
Polaryska to opisuje coś co ja też miałem przy pracy z tą okolicą, ale nie przy afirmacjach tylko przy medytacji na żółty kolor. Wychodziły twarze ludzi, o których nie myślałem od lat. Nie wiedziałem co z tym zrobić, więc po prostu obserwowałem. Czy te twoje sny przynoszą jakieś poczucie domknięcia, czy tylko stawiają pytania?
Słucham tego o snach i trochę się boję zapytać, ale zapytam - czy to znaczy że jak zacznę bardziej świadomie pracować z manipurą, to mogę się spodziewać że zaczną mi wychodzić rzeczy, o których kompletnie nie pamiętam albo nie kojarzę z winą? Bo to brzmi jak otwieranie puszki Pandory bez wiedzy co w środku.
To jest uczciwy strach i nie ma co go zbywać. Ale pytanie jest trochę źle postawione - nie chodzi o to czy 'wyjdą' rzeczy, bo one już są, tylko czy je zobaczysz. Różnica jest istotna, bo to nie praca z czakrą wkłada tam te rzeczy. Pytanie bardziej użyteczne brzmi: czy jesteś teraz w takim miejscu że możesz patrzeć na to co wychodzi bez rozsypywania się? I co o tym myślisz?
