To co Jaryla właśnie zapisał jest bardzo ważne i chciałam to rozwinąć. Ten moment kiedy ktoś przestaje rozdzielać „to co czuję” od „energii” i zaczyna traktować ciało jako sam przekaz, a nie pojemnik na przekaz, to jest naprawdę przełom w rozumieniu całej tej pracy. Pole nie jest gdzieś obok, ono mówi przez to gardło, przez ten ucisk, przez to że przez pewien czas nie możesz oddychać pełno. Problem jest kiedy te sygnały są ignorowane albo kiedy próbujemy je tylko wyciszyć zamiast przejść przez nie.
To jest ciekawe co pisze Oleandra, bo ja miałam odwrotnie, tzn. przez długo czasu myślałam że jak wyciszę fizyczne objawy to „wyleczę” się z żałoby. A one wracały. Czy to jest właśnie ten mechanizm o którym mówisz, że niedomkniętość się kumuluje?
o matko, właśnie to samo robiłam. Miałam taki etap że jak przychodził ból to brałam środki przeciwbólowe, piłam herbatę, włączałam serial, cokolwiek żeby to zagłuszyć. I potem dziwiłam się czemu mi gorzej. Może właśnie dlatego moje pole jest nadal takie rozklejone jak mówi mój terapeuta. Chociaż on nie mówi „pole”, on mówi „nieprzetworzona żałoba” 🙂
Akurat tu i terapeuta i bioenergeta powiedzą to samo, tylko innymi słowami. Tyle że terapeuta ma protokoły i jest rozliczany z efektów, a bioenergeta nie. To nie złośliwość, po prostu fakt który warto mieć z tyłu głowy kiedy decydujemy gdzie idziemy po pomoc po stracie. Szczególnie jeśli jest to świeża, głęboka strata.
Bernadetka, i o tym warto mówić głośno 🙁 Widziałam ludzi którzy po dużej stracie trafiali do bioenergety zamiast do psychologa i zostawali tam przez rok albo dwa, robiąc seanse, a żałoba szła swoim torem bo nikt ich przez nią nie przeprowadził. Bioenergoterapia może być uzupełnieniem, ale błagam, nie zamiennikiem dla kogoś w ostrym kryzysie.
Podpisuję się pod tym, co pisze Zdzisławą i chcę to wzmocnić, bo to jest jedna z rzeczy która mnie naprawdę boli w tym środowisku. Wielu bioenergetów bierze pacjentów których nie powinni brać bez współpracy z psychologiem. Praca z polem po głębokiej stracie może otwierać rzeczy których sam bioenergeta nie jest w stanie zamknąć. To nie jest kwestia kompetencji energetycznych tylko granic odpowiedzialności.
hej, mam pytanie do tego co piszecie bo mnie to dotyczy. Czy to znaczy że najpierw psycholog, potem bioenergeta czy można równolegle?? Bo mam wrażenie że mój psycholog jest dość sceptyczny wobec tych tematów i trochę się boję mu powiedzieć że chodzę też na seanse. To głupie?
Mam natomiast inne pytanie zupełnie, bo trochę zgubiłam się w tym wszystkim. Wrócę do tego co było wcześniej bo mnie to nurtuje. Mówiliście że pole po stracie potrzebuje czasu, Mistique mówiła że nie ma terminu. Ale czy jest jakiś sygnał, coś konkretnego, że „ok, coś się ruszyło”? Że pole zaczyna wracać do siebie? Bo jak nie wiem na co czekać to nie wiem czy mam cierpliwość czy trwam w zaprzeczeniu.
Ojej do tego co pisze Oleandra dodam z własnego doświadczenia że u mnie sygnałem było to że zaczęłam znowu odczuwać temperaturę. serio, przez jakiś czas po stracie byłam stale lekko wyziębiona, jakby obwód grzewczy ciała działał na pół mocy. I jak to wróciło, to poczułam że coś się zmieniło. Nie mam pojęcia czy to „pole” czy układ nerwowy, ale był to bardzo konkretny, fizyczny marker.
o, to z tą temperaturą to mnie zatrzymało, bo u mnie było tak samo po rozstaniu kilka lat temu, stale zimne dłonie i stopy, miesiącami. I wtedy trafiłam na kogoś kto pracował z runami i między innymi z Sowilo, runą słońca i ciepła, i po kilku sesjach z nią te zimne dłonie faktycznie ustąpiły. Nie wiem czy to było od run czy od czego innego co wtedy robiłam, ale skojarzyłam od razu z tym co piszesz.
