Chciałam napisać o czymś co mnie ostatnio bardzo nurtuje i myślę że nie tylko mnie. Chodzi o ten moment kiedy człowiek przechodzi przez coś trudnego, strata bliskiej osoby, rozstanie, choroba, cokolwiek, i nagle czujesz że twoje pole energetyczne jest jakby… dziurawe. Nie wiem czy to dobre słowo ale inaczej nie umiem tego opisać. Jakby coś wycieka i nie możesz tego zatrzymać. Przechodziłam przez to po śmierci mamy i zajęło mi naprawdę sporo czasu żeby w ogóle zrozumieć co się ze mną dzieje na poziomie energetycznym, nie tylko emocjonalnym. Ciekawa jestem jak inni to przeżywali i co pomagało. Bo chyba każdy kto pracuje z energią ma za sobą jakiś taki moment, prawda?
to o czym piszesz to klasyczny objaw rozerwania w polu bioenergetycznym po silnym urazie emocjonalnym. Z mojego doświadczenia taki stan potrafi się utrzymywać tygodniami jeśli się nim nie zajmiesz świadomie. Pytanie do ciebie, czy w trakcie tego okresu miałaś wrażenie zimna w okolicach splotu słonecznego albo dolnych czakr? Bo żałoba bardzo specyficznie atakuje te rejony.
O matko, właśnie tego mi było trzeba żeby trafić na taki wątek. Ja mam dokładnie to samo co opisujesz, ta dziurawość, świetne słowo na to. Tylko u mnie to nie jest strata osoby tylko koniec długiego związku i jakoś nie mogę się pozbierać mimo że minęło już trochę czasu. Czuję się jak balon z którego powoli uchodzi powietrze. Czy to w ogóle brzmi sensownie czy fantazjuję 🙂
Brzmi sensownie w takim sensie że ból jest realny. Ale mam pewien opór przed nazywaniem tego „dziurą w polu” bo to trochę zbyt obrazowe żeby być precyzyjne. Co tak naprawdę przez to rozumiecie? Zmęczenie, apatia, brak motywacji to są rzeczy które mają też swoje całkowicie nieenergetyczne wyjaśnienia. Pytam serio, nie złośliwie, bo chcę zrozumieć jak odróżniacie stan energetyczny od zwykłego, normalnego smutku po stracie.
Nurtuje mnie pytanie bo temat mnie bardzo interesuje, jak w ogóle zacząć pracę z własnym polem po takim zdarzeniu? Pytam bo sama niedawno przeżyłam coś trudnego i czytam różne rzeczy ale nie wiem od czego zacząć. Medytacja, wizualizacja, a może trzeba iść do kogoś zewnętrznego?
Hej, no właśnie chciałam dopowiedzieć do tego co pisała Blanka. Moim zdaniem ważne jest żeby nie wpadać od razu w tryb „muszę naprawić pole” bo można przeskakiwać nad emocjami które są normalnym i koniecznym etapem żałoby. Widziałam to u kilku osób że rzuciły się w pracę energetyczną i tak naprawdę tylko odkładały w czasie to co musiały przeżyć. Regeneracja pola idzie razem z przeżyciem straty, nie zamiast.
Właśnie trafiłem na ten wątek i jest mega trafiony bo sam mam podobne pytania. Chciałem zapytać, czy to zmartwychwstanie energii jak w tytule to jest jakiś konkretny proces, znaczy są do tego jakieś ustalone techniki czy raczej każdy musi sam znaleźć swoją drogę? Bo czytam różne rzeczy i trochę się gubię w tym co jest sprawdzone a co to poprostu czyjaś teoria.
Nie ma jednej techniki i to jest odpowiedź która pewnie nie satysfakcjonuje ale tak jest. Natomiast są pewne rzeczy które powtarzają się niezależnie od tradycji. Uziemienie to zawsze podstawa po silnym wstrząsie energetycznym. Bez tego żadna inna praca nie ma sensu bo pole nie ma gdzie się ustabilizować. Możesz mi powiedzieć Sonia co konkretnie czujesz i od jak dawna? Bo to by pomogło cokolwiek zasugerować.
Ten wątek dotknął mnie głęboko. Strata to nie tylko rozerwanie więzi z drugą osobą, to też rozerwanie pewnej sieci energetycznej którą przez lata budowałaś razem z kimś albo wokół kogoś. I po tym rozerwaniu pole naprawdę wymaga czasu żeby zbudować nowe wzorce. Ja to porównuję do tego jak ogień po przejściu przez las, pozornie wszystko spalone, ale pod spodem zostały nasiona. Regeneracja jest możliwa i w pewnym sensie nieuchronna, pytanie tylko ile dajesz sobie przestrzeni żeby to było organiczne.
Oleandro, pięknie napisane ale powiedz mi jak to praktycznie wygląda. To „danie sobie przestrzeni” co oznacza w kontekście pracy z polem? Bo mam wrażenie że dużo mówimy metaforami a mało konkretami.
Dokleję się do tego ale czytam i mam pytanie, czy to że czuję się „lżejsza” po kilku dniach od jakiegoś trudnego okresu to znaczy że pole samo się regeneruje? znaczy bez żadnych specjalnych technik? Zastanawiam się czy ciało robi to jakos samo z siebie…
Ciekawa rozmowa, czytam od początku. Mam takie spostrzeżenie, prowadzę od jakiegoś czasu notatki z różnych metod i naprawdę trudno mi ocenić które z tych rzeczy, oddech, wizualizacje, czakrowanie, działają niezależnie od efektu placebo. Nie mówię że nie działają, po prostu jak mierzycie efekty? Uczucie ulgi to subiektywne kryterium które może być wywołane przez wiele czynników. Czy ktoś z was jakoś weryfikuje swoje obserwacje?
Tu jest pies pogrzebany dlatego prowadzę te notatki, żeby jakoś to porównać. Bo jak czytam tę rozmowę to widzę że każda z was miała trochę inaczej i trudno mi wyciągnąć jakiś wspólny mianownik. Oleandra pisze o oddechu, Mistique o uziemieniu, Kaczeniec mówi żeby nie przeskakiwać nad emocjami. To nie jest sprzeczne, ale jak ktoś się gubi to nie wie od czego zacząć. Mam takie pytanie do Mistique i Igorka, bo macie chyba największe doświadczenie: czy jest jakaś kolejność która ma sens dla większości ludzi, czy to jest naprawdę zawsze indywidualne?
Właśnie, to co pisze Mistique ma sens. Tyle że „uziemienie pierwsze” to też wymaga trochę sprecyzowania bo uziemienie dla kogoś kto nigdy tego nie robił to abstrakcja. Czy chodzi tu o konkretne ćwiczenia, medytację, może po prostu spacer boso? Bo to jednak nie to samo i efekty też nie są takie same.
Dobra ale mam wątpliwość co do tego „uziemienie zawsze pierwsze”. U mnie kiedy byłam w silnej żałobie to próba jakiegokolwiek uziemienia kończyła się tym że czułam się gorzej, bardziej w ciele i przez to bardziej w bólu. Może to kwestia momentu? Że jest faza kiedy bycie zbyt mocno w ciele jest za wcześnie?
Czytam tę wymianę i to mi coś rozjaśnia, bo ja właśnie robiłam medytacje które miały mnie „zakorzeniać” i po nich byłam wyczerpana bardziej niż przed. Myślałam że robię coś źle ale może po prostu to był zły moment albo za dużo naraz. Oleandro jak u ciebie wyglądał ten proces z oddechem, to też było intensywne czy raczej delikatne?
To co pisze Oleandra bardzo mi odpowiada, bo mam wrażenie że sama szukam zbyt skomplikowanych rzeczy. Może dlatego nic mi nie działa, bo za dużo naraz. Mam pytanie, czy te dziesięć oddechów to zawsze taki sam efekt dawało, czy z czasem coś się zmieniało?
Sorry ale muszę zapytać bo to mnie zatrzymuje. Jak odróżniasz zmianę realną od sugestii? To nie złośliwe pytanie, naprawdę mnie to ciekawi bo sama szukam takich markerów. Jeśli ktoś kilka tygodni czeka na zmianę i w końcu ją czuje, to czy wykluczone że to po prostu naturalny bieg rzeczy plus efekt oczekiwania?
no dokładnie tu trafias w sedno tego co mnie gryzie od początku tej rozmowy. To jest klasyczny problem z samoobserwacją, nie da się jej obiektywnie zweryfikować. I nie mówię że doświadczenia są fałszywe, bo są jak najbardziej realne. Ale czy są spowodowane pracą z polem czy czymś innym, no tutaj nie mam narzędzi żeby ocenić.
Hej, ale to jest wgl taka dyskusja którą można toczyć o każdą formę terapii, nie tylko energetyczną. Psychoterapia też nie ma twardych biomarkerów w połowie przypadków. Nie mówię że to odpowiedź na pytanie Blanki, ale trochę za łatwo przykładamy do bioenergii standard którego nie przykładamy do innych rzeczy.
Hm, to pytanie mnie przerosło trochę 🙂 Ale wracając do tego co pisałam wcześniej o tym że czuję się lżejsza, to zastanawiam się czy to co opisuje Oleandra to nie jest tak naprawdę to samo co zwykła uważność? Oddech, zatrzymanie się, bycie tu i teraz. Czy bioenergetyczne podejście dodaje coś czego sama uważność nie ma?
To jest bardzo dobre pytanie i myślę że odpowiedź brzmi: zależy z jakiej perspektywy patrzysz. Jeśli uznajesz że pole energetyczne istnieje, to świadoma praca z nim ma inny mechanizm niż samo uspokajanie umysłu, nawet jeśli techniki wyglądają podobnie. Jeśli nie uznajesz, to owszem, to jest uważność i nic więcej. Dla mnie różnica jest realna ale rozumiem że dla kogoś innego może nie być.
Ode mnie tyle że mam takie pytanie może głupie ale mi się kręci po głowie od jakiegoś czasu, czy ta regeneracja pola po stracie ma jakiś „termin” po którym można powiedzieć że powinno już być ok? Bo ludzie mówią o żałobie że trwa rok dwa, a co z polem, czy ono tak samo? Czy może szybciej albo wolniej?
Dorzuce swoje trzy grosze, troche mnie to przerasta bo w sumie nie znam sie na tym. Ale czytam i mam takie doslowne pytanie co to znaczy ze pole jest „niedomkniete”? Czy jest cos co mozna zobaczyc albo poczuc co to sygnalizuje? Bo te opisy sa troche dla mnie abstrakcyjne i chcialbym rozumiec o czym mowicie.
Ok wiec chyba troche rozumiem ale nadal nie do konca. jak pole jest „niedomkniete”, to chodzi o to ze cos zostalo niedokonczone w srodku? Czy to jest cos co mozna poczuc fizycznie jak jakis ucisk czy raczej to widzi ktos z zewnatrz? Bo ja jak trace kogos bliskiego to czuje konkretnie w gardle i w klatce, i zastanawiam sie czy to jest wlasnie to pole czy to po prostu zal.
Muszę tu wejść bo to „widzą” zaczyna mnie trochę irytować. Kto widzi i jak? Jasnowidzenie? bo jeśli tak , to mamy problem z weryfikacją bo każdy może powiedzieć że widzi cokolwiek. Nie mówię że te doznania z gardłem i klatką są nieprawdziwe, Jaryla, to są jak najbardziej realne odczucia somatyczne. Ale czy to jest „pole energetyczne” czy reakcja nerwu błędnego na stres, to jest już zupełnie inna sprawa.
Blanka ma rację że to pytanie jest zasadne, ale też myślę że to nie musi być albo-albo 🙂 Ja przez lata szukałam jakiegoś rozstrzygnięcia, czy to „naprawdę pole” czy fizjologia, i w końcu doszłam do wniosku że ta rozmowa jest trochę bezużyteczna praktycznie. Czy nerw błędny reaguje na energię czy na stres, efekt i tak jest ten sam i pracy i tak trzeba tyle samo.
