ale jak to dziala ze ten stan „siedzi w ciele”? tzn ja to rozumiem intuicyjnie bo sama czuje ze po sesji jest jakos inaczej ale jak dlugo to moze trwac? bo u mnie chyba nie dluzej niz pare godzin i potem juz nic
ok ale jak „ciało pamięta” to brzmi juz bardziej jak neurofizjologia niz energia. nie mowie ze to zle, wrecz przeciwnie ale to troche inne twierdzenie niz to z czym zaczelismy. czy tu mówimy ze sesja bioenergoterapii robi cos co da sie wyjasnić przez napięcie mięsni i układ nerwowy czy naprawde coś jeszcze?
właśnie, w sumie czy to ma znaczenie jak to nazwiemy jeśli efekt jest ten sam?? ja nie jestem w stanie odróżnić czy mój spokój po sesji to „energia” czy „kortyzol spada” i chyba nie muszę
nie zgodzę się z tym zupełnie. wiekszosc praktyk działała na ludzi zanim ktokolwiek umial to nazwać. moja babcia nie wiedziala nic o kortyzolu i spokojnie przez cale życie regulowała swój stan przez konkretne nawyki. praktyka idzie przed teorią, nie odwrotnie
wracam do konkretnego pytania które sama zadałam bo trochę uciekłam 🙂 mnie interesuje moment transferu - między sesją a domem. @Zodia mówi o chodzeniu, Otylijka o tych pięciu minutach w toalecie. ale co jeśli ktoś ma sesję wieczorem i jedzie prosto do domu gdzie czeka rodzina, dzieci, kolacja, cały ten cyrk? czy jest coś co można zrobić w tramwaju, w aucie, w pierwszych minutach po wejściu do mieszkania?
to bardzo dobre pytanie i myślę że niedoceniane. praca z progiem - wejście do domu jako rytual przejścia, nawet miniaturowy. zatrzymanie się na chwile przed drzwiami, jeden oddech, świadome przekroczenie progu. nie minuty, nie kamień, tylko gest intencji. to wystarczy żeby sygnalizować układowi nerwowemu: teraz inny czas 🙂
jeden oddech przed drzwiami? serio? to ma wystarczyć? bo wchodzę do domu i dosłownie w sekundę dziecko się wiesza i mama dzwoni i pies skacze. jeden oddech za sekundzke przepada bez śladu
o, ta metafora z zakładką mi bardzo trafia. nie wiedzialam jak to ująć ale wlaśnie o to chyba chodzi. nie o to żeby „mieć” stan przez godziny, ale żeby wiedzieć że był i móc do niego wrócić
ok ale jak „wracać” do stanu sprzed godziny kiedy byłaś spokojna a teraz jesteś w środku rodzinnego obiadu? to nie jest jak wróćka do pliku, to jest zywy człowiek w żywej sytuacji. troche to naiwnie brzmi
wracam na chwilę do selenitu bo Howlitka pytała czy jej kamień jest „zepsuty”. nie jest, jeśli nie odpadły kawałki to tylko lekko wietrzeje powierzchnia. ale uwaga dla wszystkich noszących kamienie przy ciele, zwłaszcza miękkie: ciepło ciała i pot też mogą działać na niektóre minerały. selenite, malachit, piryт, angelite - te lepiej trzymać w woreczku a nie luzem w kieszeni ze kluczami
ojej to teraz sie boje sprawdzic swoj selenite dokladnie haha. ale serio dzieki Martusia, nie spodziewalabym sie ze to az tak wazne co z czym mozna laczyc. myslalem ze kamien to kamien
ojej a wracajac do tych kamieni przy sobie - Martusia powiedzialas wczesniej ze malachit jest miedziowy i cos tam z potem, ale ja mam pytanie bardziej do tematu: czy jezeli kamien sie psuje fizycznie tzn traci polsk albo wietrzyje to czy to znaczy ze „wzial” cos po drodze? bo slyszalam ze kamien ktory sie niszczy to znak ze pracowal. czy to mit?
no właśnie, to jest ten problem z litoterapią że bardzo łatwo przypisać fizyczne zjawiska energetycznym znaczeniom. kamień się pokrył patyną? pracował. nic się nie stało? też pracował, tylko inaczej. nie ma opcji żeby to sprawdzić w drugą stronę i to mnie zawsze trochę uwiera
a mnie bardziej interesuje wątek ktory Ethereal zaczęła a potem trochę uciekł - to przenoszenie stanu między miejscami. bo ok, oddech przed drzwiami, zakladka w książce jak mówiła Otylijka, to wszystko brzmi sensownie. ale co z sytuacją odwrotną? co jesli niesiemy coś złego ze sobą i nie wiemy? bo sesja to jedno, ale ja np po trudnej rozmowie z kimś mam wrażenie że wchodze do domu z jakimś „brudnem” i dopiero po godzinie to ze mnie schodzi. to też jest transfer, tylko niezamierzony
