Słońce w IV i przeprowadzki to osobny temat. Znam astrologa, który mówi, że takie osoby przenoszą dom ze sobą jak ślimak, w swoich nawykach, smakach, rytuałach. Ale to wymaga pewnej dojrzałości. W młodości może to być bolesne, że dom jest 'tam', a nie 'tu'.
Wróćmy może do tego co powiedział Celtyk o stawaniu się korzeniem. Bo to brzmi pięknie, ale chciałbym zrozumieć praktycznie, jak to wygląda w życiu. Czy to znaczy, że taka osoba staje się punktem odniesienia dla całej rodziny? I czy to nie jest zbyt duże obciążenie?
To pytanie Kaplanki jest naprawdę dobre. Bo z jednej strony mówimy o naturalnych predyspozycjach, a z drugiej o wolnej woli. Melania, Ty masz największe doświadczenie tutaj, jak Ty to widzisz? Czy Słońce w IV to jest rola do odegrania czy tylko jedna z możliwości?
To co Melania opisuje, ta pustka przy wyglądającym spójnie życiu, to coś co rozpoznaję. Siedziałem kiedyś na spotkaniu rodzinnym i nagle uderzyło mnie, że jestem tam ciałem, a głową kompletnie gdzie indziej. I to nie był wyjątek, to był standard. Tylko wcześniej tego tak nie nazywałem.
To jest niesamowite co Rysiek opisuje, bo ja też znam to uczucie chyba, tylko nigdy nie wiązałam tego z astrologią. Melania, czy to znaczy że nawet jak ktoś nie wie że ma Słońce w IV, to i tak żyje według tego schematu? Że horoskop działa niezależnie od tego czy jesteś go świadomy?
Przepraszam że wracam do swojego wcześniejszego pytania o konkretne aspekty, bo czuję że przepadło. Naprawdę nie ma tu nikogo kto by powiedział co dokładnie w horoskopie wzmacnia tę pętlę przeszłości? Chiron na przykład, albo Neptun, nie wiem, szukam czegoś konkretnego.
Saturn przy Słońcu w IV to według mnie jeden z trudniejszych układów, bo Saturn daje ciężar i poczucie obowiązku wobec rodziny. Takie osoby często czują się odpowiedzialne za rodziców, za podtrzymanie tradycji, za naprawienie tego co się nie udało w poprzednim pokoleniu. Ale Saturn też buduje, więc jak już taka osoba to przepracuje, to ma naprawdę trwały fundament.
Mam pytanie do całej tej dyskusji o pętli i kotwicy. Czy nie jest tak, że to samo Słońce w IV może działać inaczej w róznych etapach życia? Bo obserwując brata, widzę że w młodości był bardziej w tej pętli, a teraz jest bardziej tą kotwicą. Co to powoduje, czas, dojrzałość, jakieś tranzyty?
Słucham tej rozmowy o Saturnie i tranzycie i myślę o sobie. Bo miałam taki moment, kilka lat temu, kiedy wszystko się posypało i właśnie wtedy zaczęłam rozumieć czym jest dla mnie dom. Wcześniej myślałam że wiem, ale dopiero gdy go straciłam w pewnym sensie, naprawdę to poczułam. Czy to jest ten saturn kończący pętlę i zaczynający kotwicę?
Michasia, to co opisujesz bardzo do mnie przemawia. Jakbyś chciała sprawdzić, zajrzyj kiedy Saturn przechodził przez Twój IV dom albo przez Słońce, to powinno się pokrywać mniej więcej z tym przełomem. Tranzyty Saturna przez IV dom trwają kilka lat i często właśnie wtedy jest ta 'lekcja fundamentów'.
Dołączam do tego wątku, bo cały czas czytam i czuję się coraz bardziej że mnie to opisuje, chociaż mam Słońce w III, nie w IV. Ale ta dyskusja o tym co jest domem, o korzeniach jako przenośnym stanie, to uderzyło mnie mocno. Może jest tak, że niektóre osoby mają silny IV dom przez inne planety tam stojące, bez Słońca?
I właśnie to mnie zastanawia, bo Jacek powiedział coś ważnego o IV domu wzmocnionym bez Słońca. Ale wracając do sedna tego wątku, czy macie wrażenie że osoby z tym układem dosłownie żyją w ciągłym cofaniu się? Bo jedno to mieć korzenie jako fundament, a drugie to chodzić tyłem przez całe życie.
Słucham Melanii i Kazi i myślę, że ja sam długo myślałem że czerpię z korzeni, a tak naprawdę chowałem się w nich. Jak to odróżnić od środka, jak nie masz zewnętrznego spojrzenia? Bo ja naprawdę nie widziałem przez lata że to jest ucieczka.
To co Rysiek teraz napisał jest niesamowite, że zewnętrzna osoba to zauważyła wcześniej. Michasia, czy w Twoim przypadku też ktoś z zewnątrz pomógł zobaczyć ten wzorzec, czy to był raczej ten moment życiowego przełomu który opisywałaś?
U mnie to był przełom życiowy, nie osoba. Choć teraz jak myślę, to pewnie ludzie wokół widzieli, tylko nie mówili albo ja nie słyszałam. To dziwne jak bardzo możemy być niewidoczni sami dla siebie w tym co nas trzyma.
Wracam do tego co mówił Jacek o IV domu bez Słońca, bo chcę to rozwinąć. Ktoś ma tutaj Księżyc w IV? Bo to byłby chyba jeszcze silniejszy sygnał emocjonalnego przywiązania do przeszłości niż Słońce, które jest bardziej tożsamościowe.
Chcę wrócić do tranzytu Saturna o którym mówiła Melania. Brat miał ten przełom i przez to jest teraz spokojniejszy, ale zastanawiam się czy ten spokój to jest właśnie zdrowe zakorzenienie, czy on po prostu przestał walczyć z tym co ma w horoskopie. Bo to różni...
Właśnie, bo to jest pytanie które mnie też nurtuje od początku tego wątku. Michasia zapytała czy spędzamy życie uciekając w przeszłość rodzinną i cały czas się kręcimy wokół odpowiedzi, ale ja chcę zapytać wprost: czy można się z tego wyzwolić, czy to jest po prostu stałe?
Czytam od jakiegoś czasu i mam pytanie które może jest głupie, ale skoro tu piszecie o pracy z horoskopem, to jak to wygląda w praktyce? Bo teoretycznie rozumiem co mówi Kazia, ale co to znaczy pracować ze Słońcem w IV, żeby nie cofać się cały czas?
Ja robiłem podobnie do tego co pisze Brzoskwinka, tylko nie wiedziałem że to ma jakąś nazwę. Po prostu zacząłem się łapać na tym kiedy uciekam myślami do rodzinnych historii zamiast być w rozmowie. Ale szczerze? To wymagało kogoś z zewnątrz żeby w ogóle zacząć to widzieć. Sam bym tego nie wymyślił jako ćwiczenie.
Właśnie to mnie uderza w tym co napisał Jacek. Rzeczywiście, nikt tu nie powiedział 'i postanowiłam pewnego ranka to zmienić'. Zawsze był jakiś impuls z zewnątrz. Zastanawiam się czy to jest specyfika Słońca w IV, że ta zmiana musi przyjść z zewnątrz właśnie dlatego że dom i korzenie to jest coś bardzo osobistego i wewnętrznego, więc sami tego nie ruszamy?
Michasia postawiła bardzo dobre pytanie i chcę je podkręcić. Jeśli Słońce w IV to tożsamość budowana wokół rodziny i domu, to zmiana tego z własnej woli byłaby jakby zmianą siebie od środka. A to chyba najtrudniejsza możliwa zmiana, prawda? Może dlatego potrzeba zawsze kogoś albo czegoś z zewnątrz żeby to ruszyć, bo samemu to jak ciągnięcie się za włosy.
