No to mam do was pytanie, bo od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie taka myśl i chciałem ją z kimś przedyskutować. Mianowicie czy zgodziliscie się z takim spostrzeżeniem, że znak albo znaki które wpadają do tego dwunastego domu, to właśnie te cechy których dany człowiek ma najmniej ze wszystkich? Mówię tu i o własnych obserwacjach i o teorii. Czyli żeby to jakoś zilustrować na przykładzie, jak ktoś ma Lwa w dwunastym domu, to te wszystkie lwowe właściwości, ta pewność siebie, ekspresja, potrzeba bycia na pierwszym planie i tak dalej, to wszystko u tej osoby praktycznie nie istnieje albo jest wybitnie stłumione. Coś w tym jest według was, czy to zbyt uproszczone podejście?
Hmm, nigdy wcześniej nie patrzyłam na to w ten sposób. Ciekawa koncepcja, muszę sprawdzić. Choć nie jestem przekonana czy to działa tak dosłownie, że 12 dom równa się brak cech danego znaku. U mnie akurat 12 dom wypada w Raku i mam go tam mocno obsadzonego, jest tam też moje Słońce. Fakt, że ten Rak nie rzuca się w oczy, jest jakby schowany, ale cechy Raka jak najbardziej u siebie widzę. Może więc lepiej byłoby powiedzieć, że 12 dom te cechy ukrywa, a nie że ich w ogóle nie ma.
Hmm, może w tym coś jest... mam duży 12 dom, który zaczyna się w Baranie i kończy się na Bliźniętach. Patrząc na to w ten sposób, faktycznie baranich cech mi bardzo brakuje. Natomiast bycze jak najbardziej mam, bo w Byku siedzi mi Saturn i jestem oszczędna, wręcz sknerą 😀 jeśli chodzi o Bliźnięta, to tych cech mi zdecydowanie nie brakuje, gadałam jako dziecko i gadam do dziś. Myslę więc, że chodzi bardziej o cechy władcy 12 domu i jakąś nieumiejętność korzystania z nich w praktyce.
hej, a co jak władca 12-ego domu jest równocześnie władcą horoskopu? bo wtedy chyba mamy paradoks... z jednej strony te cechy są ukryte, a z drugiej eksponowane na pierwszym planie 😀 ciekawe co wy na to?
