Jak się nauczyć wybaczać? Myślę, że podstawa to nauczyć się lubić siebie, albo wręcz kochać. Bo jak to już w sobie masz, to szybko dochodzisz do wniosku, że dźwiganie przez lata goryczy i żalu do tych, którzy cię kiedyś skrzywdzili, to tak naprawdę robienie krzywdy wyłącznie sobie samemu.
A jak już się pozbędziesz tych wszystkich nawarstwionych negatywnych emocji, łącznie z chęcią zemsty, czyli jak wreszcie wybaczysz, to jest już blisko do tego, żeby zacząć się naprawdę uzdrawiać. Bo choroby według mnie są niczym innym jak efektem tego, co nosimy w głowie i w sercu, naszych własnych przekonań i blokad.
No ale żeby naprawdę zrozumieć co znaczy „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”, to droga bywa długa i naprawdę wyboista...
Moge powiedzieć, że dopiero teraz, po tym wszystkim, potrafię bez żadnego fałszu i z pełnym przekonaniem powiedziec: wybaczam każdemu, kto kiedykolwiek mi zrobił krzywdę.
no nie wiem czy to jakaś wielka gratulacja sie tu należy, ale rozumiem intencję. sam jestem gdzieś w połowie tej drogi, może nawet dalej od początku niż od końca... chociaż kto to wie.
Jakiś czas temu dużo myślałam o tym, czym właściwie jest miłość. Nie miłość z filmów czy piosenek, ale ta prawdziwa, ta głębsza. I jakoś doszłam do wniosku, że miłość to gotowość żeby poświęcić siebie dla kogoś innego. Dosłownie oddać siebie, żeby uratowac kogoś drugiego. Z wybaczaniem jest chyba tak samo, przynajmniej mi sie tak wydaje. Trzeba coś z siebie wyrzucić, jakiś kawałek własnego ego czy urazy, żeby w zamian dostać coś więcej.
Temat, który tutaj poruszono, jest naprawdę wartościowy i widzę za nim dobrą intencję. Miłość odgrywa w wybaczaniu ogromną rolę, to fakt.
Chciałem wspomnieć o pewnej metodzie zwanej „Radykalnym wybaczaniem” Colina Tippinga, bo myślę, że warto ją tu przywołać. Idzie ona mniej więcej w tym kierunku co to, co proponuje jedna z koleżanek w tym wątku. Na czym polega ta radykalność? Na tym, że zacierają się granice między katem a ofiarą, bo każde trudne doświadczenie, nawet traumatyczne, służy naszemu duchowemu rozwojowi. Innymi słowy jest przez Boga prowadzone. Żeby nie brzmieć zbyt abstrakcyjnie, podam przykład z życia. Wyrzucono cię kiedyś niesprawiedliwie z pracy, wściekłeś się, zacząłeś szukać czegoś nowego i po kilku miesiącach zarabiasz dwa razy więcej i w końcu lubisz to co robisz. I okazuje się, że jesteś wdzięczny za tamtą niesprawiedliwość, bo bez niej nic by się nie zmieniło 🙂 Radykalne wybaczanie mówi, że tak jest za każdym razem, tylko nie zawsze to widać od razu. Sam stosowałem przez 2 miesiące nagrania do tej metody i pozbyłem się z siebie naprawdę sporej dawki nagromadzonej nienawiści. Osoby, z którymi pracowałem i które to stosowały, były zachwycone prostotą i skutecznością. Polecam, naprawdę. Jeśli ktoś ma pytania, niech pisze tutaj, chętnie odpowiem.
Teraz co do przykazania „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. Nie rozumiem, dlaczego niektórzy przedstawiają to jako długą i ciernistą drogę pełną strachu. Jeśli to czyjeś osobiste doświadczenie, to ok, napisz to wprost, ale nie uogólniaj na wszystkich. Może trochę ostro to mówię, ale uważam, że zbyt pompatyczne ujęcie tematu wybaczania nic tu nie pomaga.
Co to przykazanie w ogóle znaczy? Że kochasz innych tak jak kochasz siebie. I tu leży clou problemu, bo większość z nas uwierzyła, uwaga, uwierzyła, że żeby kochać siebie trzeba wyglądać jak Brad Pitt albo Angelina Jolie, być bogatym i sławnym. A jak nie spełniasz tych warunków to już nie masz prawa do miłości własnej? I stąd się bierze szkodzenie sobie i innym, bo staramy sie być tacy, jakich chcą nas widzieć rodzice, nauczyciele czy znajomi. dopiero kiedy zauważamy, że to wszystko jest fałszem i możemy kochać siebie takimi jacy jesteśmy, realizować własne pasje zamiast siedzieć tam gdzie nam „doradzono” że jest najlepiej, wtedy zaczynamy też naprawdę kochać innych. Bez zazdrości, bez zawiści. Czujemy wdzięczność za życie, bo nie potrzebujemy już niczyjej aprobaty. Polecam taki właśnie sposób patrzenia na świat. Nie jest wolny od wyzwań, ale jest zawsze wypełniony miłością i nadzieją.
Słyszałem kiedyś to zdanie Gandhiego, że wybaczanie to cnota silnych, a słabi nigdy nie potrafią przebaczyć. I jakoś tak... nie wiem, zawsze mnie to trochę uwierało. Bo z jednej strony rozumiem o co chodzi, ale z drugiej strony wydaje mi sie że to troche zbyt prosta sentencja jak na tak skomplikowany temat
No dobrze, wybaczanie... temat na tyle poważny, że warto coś o nim powiedzieć bez owijania w bawełnę.
Z mojej perspektywy kluczowe jest to, żeby w ogóle rozumieć KOMU i CO wybaczamy. Bo ludzie dźwigają ze sobą spory bagaż i często nawet nie zdają sobie sprawy jak bardzo ten balast ich ciągnie w dół. Urazy do rodziców, do partnerów, do własnych przodków jeśli ktoś w to wierzy, no i co ważne, urazy do samego siebie za własne głupoty po drodze.
Ale jest jedna rzecz, o której rzadko ktoś mówi wprost: wybaczanie na niby, takie na pokaz albo na siłę, jest kompletnie bez sensu. Ba, moim zdaniem pogarsza sprawę, bo człowiek okłamuje sam siebie. Jeśli jeszcze nie jesteś gotowy żeby odpuścić, to nie rób z tego teatru. Lepiej uczciwie przyznać że masz ochotę na jakis rodzaj symbolicznej zemsty i być z tym szczerym wobec siebie, niż recytować formułki których i tak nie czujesz.
I tutaj mam pewien problem z dużą częścią tego środowiska. Otwierasz jakikolwiek wątek, rozglądasz się i... tłumy oświeconych specjalistów od cudzej duszy, gotowych sprzedać ci zbawienie w pakiecie. Cudzysłów przy słowie „bezcenne” porady jak najbardziej uzasadniony.
Piszę to z własnych przemyśleń i doświadczeń, nie z jakiegoś podręcznika czy kursu online.
kiedy ktoś cię zdradził... to tak jakby połamał ci ręce. Wybaczyć jeszcze mozna, ale już nigdy tak samo nie przytulisz 🙁 to zdanie Tołstoja jakoś mnie dziś dosłownie rozłożyło na łopatki, serio nie mogłam przestać o nim myśleć
