Wracam do tego wątku bo tu sie dużo dzieje. Mnie uderza że właściwie przez całą rozmowę mówimy o tym że afirmacje mogą nie działać albo działać odwrotnie, ale nikt nie powiedział jasno: w jakich sytuacjach one w ogóle działają najlepiej? Bo po tej dyskusji ktoś nowy mógłby odnieść wrażenie że to w ogóle nie ma sensu.
Słucham tej rozmowy i zaczynam rozumieć, że robiłam prawie wszystko odwrotnie. Powtarzałam afirmacje w środku dnia kiedy byłam zdenerwowana, bo myślałam że właśnie wtedy najbardziej ich potrzebuję. A tu wychodzi że to najgorszy możliwy moment.
To jest bardzo częsty błąd i wynika z logiki 'lekarstwo bierze się kiedy boli'. Ale afirmacja nie działa jak tabletka przeciwbólowa. To bardziej jak regularne ćwiczenie. Jesz zdrowo nie wtedy kiedy masz zawał, tylko żeby go uniknąć. Analogia jest trochę drastyczna ale chodzi o to, że moment spokoju jest właściwym momentem na budowanie przekonania, nie moment kryzysu.
Mnie to co mówi Cecylka99 przypomina coś, przez co przechodziłam przy pracy z numerologią i afirmacjami jednocześnie. Próbowałam wchodzić w konkretny stan emocjonalny na siłę, bo 'tak trzeba'. Efekt był odwrotny. Dopiero jak przestałam się zmuszać i zaczęłam traktować afirmację jako zaproszenie a nie nakaz, coś się zmieniło. Ale nie wiem czy to technika czy po prostu zmiana nastawienia.
Wracam do tego co Nekromanta napisał o kryzysiee. Bo ja rozumiem logikę, że spokój to lepszy moment, ale mam inny problem. W spokoju zapominam o afirmacjach. Pamiętam o nich właśnie kiedy jest źle, bo wtedy czuję potrzebę. Jak rozwiązać ten paradoks praktycznie?
Do wątku o formie, bo to chyba ważne: afirmacja nie musi być zdaniem twierdzącym. Pracowałam z osobami, które lepiej reagowały na pytania otwarte niż na twierdzenia. 'Co by się zmieniło gdybym wierzyła w swoje możliwości?' uruchamia inny tryb niż 'wierzę w swoje możliwości'. Mózg szuka odpowiedzi zamiast bronić się przed stwierdzeniem.
Wracając do tytułowego pytania, bo trochę odeszliśmy. Ile afirmacji to za dużo? Po całej tej rozmowie myślę że odpowiedź brzmi: za dużo to tyle, ile sprawia że zaczynasz je traktować jak obowiązek albo magiczne zaklęcie wymagające konkretnej liczby powtórzeń. Jakość kontaktu z tym co mówisz jest ważniejsza niż liczba powtórzeń w ciągu dnia.
To co Cecylka99 napisała na końcu bardzo do mnie trafia. Że za dużo to nie liczba, tylko sposób w jaki do tego podchodzisz. Bo ja przez długi czas myślałam, że jak zrobię mniej powtórzeń to jakby 'nie zadziała'. Skąd w ogóle wzięło się to przekonanie że musi być ich konkretnie dwadzieścia albo pięćdziesiąt?
To przekonanie pochodzi głównie z materiałów motywacyjnych sprzed lat, gdzie liczby miały dawać poczucie kontroli i mierzalności. Dwadzieścia jeden dni, sto powtórzeń. To było wygodne marketingowo, bo dawało ludziom coś konkretnego do zrobienia. Nie ma za tym żadnego solidnego uzasadnienia.
Mnie ciekawi co innego. Czy ktoś próbował ograniczać liczbę afirmacji bardzo mocno, powiedzmy do jednej na dzień, i czy to dawało inne rezultaty niż powiedzmy dziesięć? Bo w numerologii mamy zasadę pracy z pojedynczą intencją i zastanawiam się czy tutaj to ma analogię.
Mam pytanie do Eugenki albo Klimci. Czy jest jakaś zasada, wedlug ktorej dobiera się ile afirmacji dotyczy jednego obszaru? Bo słyszałam że lepiej mieć kilka różnych sformułowań tego samego przekonania niż jedno powtarzane w kółko. Czy to ma sens?
Wracając do tytułowego pytania o limit, bo zgubiłam gdzieś ten wątek. Czy ktoś ma jakieś doświadczenie z momentem, kiedy naprawdę poczuł że przesadza? Nie teorię, tylko konkretne odczucie że coś przestało działać przez ilość?
Prawdopodobnie tak. I to nie jest twoja wina w sensie braku skupienia. To jest po prostu mechanizm poznawczy, który dotyczy każdego. Przerwa albo zmiana formy pomaga bardziej niż silenie się na koncentrację.
Słucham tej rozmowy i mam takie skojarzenie. Może problem z ilością bierze się właśnie stąd, że my afirmacjami próbujemy zaadresować wszystko naraz, bo każdy problem wydaje się pilny. A potem wszystkie razem tracą moc przez to nasycenie, o którym mówił Nekromanta.
To co napisała Renia60 jest chyba sednem całej tej dyskusji. Nie chodzi o to ile razy powtarzamy, tylko ile równoległych fronów otwieramy. Jedna afirmacja powtórzona sto razy to co innego niż dziesięć afirmacji po dziesięć razy, nawet jeśli liczba powtórzeń jest identyczna.
Wracam do tego co powiedział Nekromanta o nasyceniu semantycznym. Czytałem, że ten efekt pojawia się już po kilkudziesięciu sekundach mechanicznego powtarzania. Czy to znaczy że każda sesja afirmacji powinna być krótka, żeby nie dobić do tego progu? Bo logicznie z tego wynika że długie sesje są z definicji nieefektywne.
Mam pytanie może trochę z boku. Czy ta obecność o której mówi Nekromanta to jest coś, co można wytrenować, czy albo się ją ma w danym momencie, albo nie? Bo jak zaczynałem, to pierwsze pięć minut szło, a potem myśli odpływały.
A czy jest jakaś różnica czy afirmacje się powtarza rano czy wieczorem? Słyszałam że przed snem umysł jest bardziej otwarty, ale nie wiem czy to znaczy że wieczorem powinno się robić więcej, mniej, czy to nie ma znaczenia dla tematu ilości.
Chcę sie dopytać bo nie do końca rozumiem. Mówicie o afirmacjach które są zbyt daleko od aktualnego stanu. Ale jak ich nie powtarzać, skoro mają nas właśnie do czegoś nowego prowadzić? Bo jeżeli afirmacja jest zbyt blisko tego co już mam, to po co mi ją robić?
To co napisała Klimcia chyba tłumaczy dlaczego przy moich afirmacjach finansowych czułam się tak dziwnie, jakby kłamałam. Sformułowania były za duże w stosunku do miejsca gdzie jestem. Może to jest właśnie ta granica, nie liczba afirmacji, tylko dystans między słowem a rzeczywistością?
To co napisała Renia60 o dystansie między afirmacją a rzeczywistością jest kluczowe i właściwie odpowiada na całe pytanie z tytułu wątku. Granica nie jest w liczbie powtórzeń, jest w wiarygodności. Możesz powtarzać jedną afirmację tysiąc razy i będzie działać, jeśli twój umysł nie odrzuca jej jako oczywistego fałszu. Możesz powtarzać pięć różnych afirmacji po dwadzieścia razy i wszystkie będą pracować, jeśli każda mieści się w tym oknie akceptowalności. Problem pojawia się kiedy przekraczasz oba limity jednocześnie: za dużo afirmacji i każda z nich za daleko od aktualnego stanu.
Słucham tej rozmowy i zaczynam się zastanawiac czy robiłam to dobrze przez ostatnie miesiące. Miałam zawsze zasadę że jak afirmacja staje się za lekka, zmieniam ją na mocniejszą wersje. Ale nikt mi nie powiedział że to jest właśnie ten moment kiedy powinnam to robić. Myślałam ze to kwestia nastroju.
To co mówi Cecylka99 o znudzeniu jako dobry znak jest dla mnie trochę odkrywcze. Zawsze myślałam że znudzenie afirmacją to problem i powód żeby ją zmienić na coś bardziej ekscytującego. A tu chodzi o coś odwrotnego?
Właśnie. Znudzenie w kontekście afirmacji często znaczy że przekonanie zostało przyjęte i przestało być 'nowe'. Umysł przestał je sprawdzać i kwestionować, bo uznał za swoje. To jest moment żeby iść dalej, ale nie z powodu nudy, tylko dlatego że ta praca jest wykonana. Ekscytacja to zły wskaźnik postępu w afirmacjach, bo ekscytuje nas głównie to co jeszcze nie jest nasze.
Mam pytanie które może być trochę z innej strony. Czy ilość afirmacji dziennie ma znaczenie jeśli robi się je chaotycznie, czyli raz rano, raz wieczorem, raz w trakcie jazdy autem? Czy regularność pory jest ważniejsza niż sama liczba?
Trochę wracam do początku tego fragmentu rozmowy. Mówiliśmy o dystansie między afirmacją a rzeczywistością jako głównej granicy. Ale nikt nie powiedział wprost: ile afirmacji dziennie jest realnie optymalnych jeśli każda jest dobrze dobrana, w oknie akceptowalności i z zaangażowaniem? Czy ktoś ma jakąś liczbę z własnej praktyki?
Mam pytanie do tej dyskusji o skupieniu. Czy mówicie o skupieniu na znaczeniu słów, czy na tym żeby w ogóle ich słuchać? Bo ja często powtarzam afirmacje i słyszę je, ale nie wiem czy naprawdę rozumiem co powtarzam w danym momencie.
