Zaczęłam się ostatnio zastanawiać, czy afirmacje mogą być szkodliwe - i nie mam na myśli tych oczywistych przypadków, gdzie ktoś afirmuje zamiast leczyć się u lekarza. Konkretny przypadek: pracuję od jakiegoś czasu z afirmacjami wspierającymi stawianie granic, coś w stylu 'mam prawo mówić nie bez tłumaczenia się'. I widzę, że u jednych osób to działa jak trzeba, a u innych zaczyna działać odwrotnie - albo w ogóle blokuje, albo generuje gigantyczne poczucie winy, że nie potrafią zastosować tego w życiu. Czy ktoś spotkał się z czymś podobnym? Kiedy wasza praktyka afirmacyjna przynosiła więcej szkody niż pożytku?
To bardzo konkretne pytanie i cieszę się, że ktoś je w końcu postawił wprost. Widzę ten problem regularnie. Afirmacja 'mam prawo mówić nie bez tłumaczenia się' brzmi neutralnie, ale dla osoby, która całe życie funkcjonowała w schemacie nadmiernej odpowiedzialności za emocje innych, taka afirmacja wchodzi w bezpośrednią kolizję z głęboko zakorzenionym przekonaniem. I umysł tego nie ignoruje - zaczyna się wewnętrzna sprzeczność, którą część osób odczuwa fizycznie jako napięcie w klatce, ból głowy albo rozdrażnienie po praktyce. To nie jest znak, że afirmacja 'działa' i przebija opór. To może być znak, że wskoczyliśmy na zbyt głęboki poziom za wcześnie.
Mam inne doświadczenie z tym tematem. Przez jakiś czas powtarzałem afirmacje o granicach bardzo regularnie, rano i wieczorem, i faktycznie po kilku tygodniach zauważyłem zmianę - ale nie taką, której się spodziewałem. Zamiast spokojnego 'nie', zacząłem reagować z irytacją, jakby nagromadzone było za dużo i wychodziło bokiem. Zastanawiam się, czy problem nie był w tym, że afirmacja budowała jakieś napięcie, które nie miało ujścia w realnym działaniu. Tzn. powtarzasz, że masz prawo do granic, ale w życiu dalej ich nie stawiasz - i to zaczyna być coraz bardziej bolesne zderzenie.
Moim zdaniem problem jest prostszy - złe afirmacje. Jak mówisz 'mam prawo mówić nie' to mózg słyszy 'nie' i na tym się skupia, bo podświadomość nie rozumie przeczeń. Trzeba afirmować pozytywnie, coś w stylu 'moje granice są szanowane przez innych' i wtedy działa bez tych efektów ubocznych o których piszecie.
Przepraszam, że wchodzę z podstawowym pytaniem, ale czy afirmacje o granicach to w ogóle dobry pomysł dla kogoś, kto ma problem z mówieniem 'nie' w związku? Czytałam gdzieś, że afirmacje mogą zepsuć energię między partnerami, jak zaczniesz pracować tylko nad sobą. Czy to prawda?
Nie słyszałem o żadnym mechanizmie, przez który praca nad własnymi przekonaniami miałaby psuć energię relacji. To brzmi jak odwrócona logika - jakby mówić, że dbanie o siebie szkodzi związkowi. Pytanie jest raczej inne: czy granice, które zaczynasz stawiać, są naprawdę granicami, czy może karaniem partnera za stare pretensje. To jest ważna różnica i afirmacja tego za ciebie nie rozróżni.
A czy to nie jest tak, że afirmacje o granicach działają inaczej zależnie od tego, czy twój problem leży w tym że nie wiesz, że masz prawo mówić 'nie', czy w tym że wiesz, ale i tak nie możesz tego powiedzieć z jakiegoś innego powodu? Bo mi się wydaje, że afirmacja pomaga w pierwszym przypadku, a w drugim w ogóle nie trafia w sedno.
Przy okazji - czy ktoś próbował afirmacji nie porannych, tylko bezpośrednio przed sytuacją, w której trzeba postawić granicę? Zastanawiam się, czy to nie byłoby skuteczniejsze niż codzienna rutyna rano, która jest oderwana od konkretnego kontekstu.
Wracając do tego co pisała Nyja o zakresie działania afirmacji - to znaczy, że przy problemach z granicami afirmacje są w ogóle nieodpowiednim sposóbm? Bo trochę tak to brzmi. Albo nadają się tylko do łatwych przypadków gdzie ktoś po prostu potrzebuje przypomnienia sobie, że ma prawo odmawiać.
Jak to sformulujesz w ten sposób, to widzę wyraźnie, że wobec jednej konkretnej osoby nie wierzę w to w ogóle. I chyba właśnie dlatego afirmacje ogólne nie działają. Nie wiem, co z tym zrobić, ale przynajmniej wiem, gdzie leży problem.
To co napisała Darka jest bardzo ważne i myślę, że wiele osób miałoby podobne odkrycie, gdyby zapytało siebie o to samo. Afirmacje ogólne, takie jak 'mam prawo mówić nie', są bezosobowe. Umysł może je przyjąć jako abstrakcję i nie przyłożyć do konkretnej relacji, w której sprawa boli. Czasem skuteczniejsze jest uszczegółowienie: nie 'mam prawo do granic', tylko coś, co dotyczy tej jednej sytuacji. Ale to też może obnażyć, że sama afirmacja to za mało.
Właśnie próbowałem tego uszczegółowienia, o którym piszesz. Wziąłem konkretną, powtarzającą się sytuację z pracy i ułożyłem afirmację specjalnie pod nią. Efekt był inny niż przy ogólnych, ale nie do końca taki, jakiego oczekiwałem. Zamiast spokoju przed tą sytuacją, zacząłem ją bardziej przewidywać i niejako mentalnie przygotowywać odpowiedź. Nie wiem, czy to dobrze, czy zaczynam się nakręcać.
powiedziałbym, że bardziej spokojne niż wcześniej, ale wciąż nie do końca naturalne. Jakby ta afirmacja budowała tekturowy mur zamiast prawdziwego. Widać go, ale nie wiadomo, czy wytrzyma.
No ale właśnie o to chodzi że afirmacje nie są od tego, żeby budować mur tylko żeby zmienić to co myszlisz o sobie. Jak budujesz przekonanie, że masz prawo odmawiać, to z czasem to przychodzi naturalnie. Może po prostu trzeba dać mu więcej czasu zamiast analizować czy mur jest tekturowy czy nie.
A czy ktoś wie, jak to działa jeśli chodzi o związki? Bo czytam tę rozmowę i zastanawiam się, czy afirmacje tożsamościowe nie są ryzykowne, jeśli pracujesz nad sobą, ale twój partner nie. Jakbyś zmieniła swoje przekonania o granicach, ale on nadal oczekiwał, że będziesz ustępować. Czy to nie prowadzi do konfliktów?
Konflikty po zmianie własnych granic to nie jest efekt uboczny afirmacji, tylko naturalna konsekwencja zmiany układu w relacji. To by wystąpiło przy każdej metodzie pracy nad sobą, nie tylko afirmacjach. Pytanie brzmi inaczej: czy konflikty wynikające z tego, że przestajesz ustępować, są problemem, który trzeba unikać, czy sygnałem, że relacja potrzebuje renegocjacji?
Dokładnie to samo przeszłam i myślę że to jest najtrudniejszy moment całej tej pracy. Jak zaczynasz mówić 'nie' i pierwsza reakcja jest zdziwienie albo pretensje, to bardzo łatwo cofnąć się do poprzedniego wzorca i powiedzieć sobie, że afirmacje nie działają albo że to zły moment. A to po prostu jest opór systemu, który się zmienia, nie dowód że coś nie działa.
No właśnie, zawsze jest problem z tym, żeby ocenić co zadziałało skoro się robi kilka rzeczy na raz. Może wtedy afirmacje nie były potrzebne, może zrobiłabyś to samo bez nich. Jak w ogóle można wiedzieć, że afirmacja miała wpływ a nie inne czynniki?
No ale Nyja, pytanie o grupę kontrolną jest może akademickie, ale nie jest bez sensu nawet w życiu osobistym. Jak ktoś jednocześnie robi afirmacje, chodzi na terapię i zmienia pracę, to przypisywanie efektu akurat afirmacjom jest naciągane. I to jest ważne szczególnie jak ktoś zaczyna zamiast terapii robić afirmacje, bo myśli że to to samo.
Powiem z własnego doświadczenia, że najgroźniejsza sytuacja to nie ta, kiedy ktoś świadomie wybiera afirmacje zamiast terapii, tylko ta, kiedy robi i jedno i drugie, ale afirmacje dają szybkie poczucie ulgi i przez to zwalniają z głębszej roboty. Coś w rodzaju tłumika. Na zewnątrz wygląda, że praktykujesz. Wewnętrznie omijasz to, co boli.
To jest dokladnie to co mnie spotkało na jakimś etapie. Afirmacje o granicach dawały mi chwilowe poczucie że 'ogarnam temat', a potem przez kolejny tydzień nie robiłam nic konkretnego. Dopiero jak zaczełam śledzić ile razy faktycznie powiedziałam nie, zobaczyłam że moje poczucie sprawczości i rzeczywistość kompletnie się rozjechały.
Ale czy to nie jest trochę stresujące, to liczenie i śledzenie? Jak ja próbowałam czegoś podobnego, to zaczęłam się oceniać za każde 'nie' które powiedzieć powinnam a nie powiedziałam, i w końcu mi to przynosiło więcej napięcia niż same afirmacje.
No ale jak ktoś nie śledzi i nie ocenia, to skąd w ogóle wie że się zmienia? Subiektywne poczucie postępu może być złudzeniem, co sama Tamarka przyznała. Trochę nie można mieć wszystkiego naraz.
To mnie zastanawia w kontekście tytułu tego wątku. Czy afirmacje są szkodliwe, czy szkodliwy jest ten wewnętrzny komentarz, który je ocenia? Bo może to nie afirmacja jest problemem, tylko to co się dzieje dookoła niej?
Wzmacniać? Jak afirmacja może wzmacniać wewnętrznego krytyka, skoro z założenia ma być pozytywna?
Te sformuowania pomostowe to jest cos, co naprawdę zmieniło mi jakość tej praktyki. Jak mówiłam sobie 'mam prawo', to czułam opór. Jak zaczęłam od 'uczę się', to opór był mniejszy, bo to było po prostu prawdziwe na tamten moment.
Ale zmiana formuły z 'mam prawo' na 'uczę się' to przecież nie jest żadne odkrycie, to jest po prostu osłabienie afirmacji. Afirmacja ma działać przez stanowczość, nie przez niepewność. Jeśli mówisz 'uczę się odmawiać', to podświadomość rejestruje że jeszcze nie umiesz, i efekt jest odwrotny od zamierzonego.
