Zaczęłam ostatnio bawić się formą afirmacji w czasie przeszłym dokonanym, czyli zamiast "jestem spokojna" mówię sobie "udało mi się zachować spokój". I mam wrażenie, że to działa zupełnie inaczej niż klasyczne "jestem...". Mózg jakby mniej protestuje, bo to nie jest deklaracja kim jestem, tylko stwierdzenie faktu, który już się wydarzył. Ktoś próbował tak pracować? Druga sprawa - testuję też wersję angielską, "I did it", i mam wrażenie że po angielsku idzie mi to gładziej. Czy to kwestia tego, że obcy język omija jakieś nasze wewnętrzne filtry?
Forma dokonana ma sens, bo w klasycznym podejściu jednym z głównych problemów afirmacji typu "jestem bogata" jest opór poznawczy. Mózg słyszy zdanie sprzeczne z obserwowanym stanem i odrzuca je albo wzmacnia kontrnarrację. "Udało mi się" przemyka się obok tego mechanizmu, bo opisuje wydarzenie, a nie tożsamość. Ale uważałabym z myśleniem, że to złoty środek. Co konkretnie afirmujesz w ten sposób?
kwestia języka obcego to nie magia, tylko dystans emocjonalny. Są badania nad tzw. efektem języka obcego - decyzje moralne i emocjonalne podejmowane w języku obcym są chłodniejsze, mniej obciążone wstydem i lękiem. To samo działa w drugą stronę - afirmacja po angielsku jest mniej wstydliwa, więc łatwiej ją wypowiedzieć szczerze. Tylko że... ten sam dystans, który ułatwia wypowiedzenie, może też osłabiać zakotwiczenie emocjonalne.
a w jakim kontekście używasz tej formy "udało mi się"? Bo jest różnica między afirmacją retrospektywną - przypominaniem sobie realnego sukcesu, żeby wzmocnić poczucie sprawczości - a afirmacją wyprzedzającą, gdzie "udało mi się" jest właściwie życzeniem przebranym za fakt. To zupełnie inne mechanizmy.
to bliżej techniki mentalnej próby generalnej niż klasycznej afirmacji. Sportowcy to robią od dekad - wyobrażają sobie wykonany skok, zaliczone podanie, jako wydarzenie z przeszłości. Mózg na poziomie neuronalnym aktywuje te same obszary co przy realnym wykonaniu. Twoje "udało mi się" działa jak skrypt, który podpowiada systemowi nerwowemu wzorzec. Ale ważne jest, żeby wizualizować proces, nie tylko wynik. Samo "udało mi się" bez wyobrażenia, jak to wyglądało, jest puste.
A czy ta forma działa tylko na konkretne sytuacje, czy można też tak mówić o czymś ogólnym, typu "udało mi się być szczęśliwą osobą"? Bo to drugie brzmi jakoś dziwnie i nie wiem czy ma sens.
A co z afirmacjami nagrywanymi własnym głosem i odsłuchiwanymi? Próbowałem tak robić, nagrałem sobie listę zdań w czasie dokonanym i puszczałem rano podczas śniadania. Po dwóch tygodniach miałem wrażenie, że niektóre frazy zaczynają mi się same uruchamiać w stresie. Czy to znaczy, że zadziałało, czy tylko nauczyłem się ich na pamięć?
wracając do twojego głównego pytania - "udało mi się" działa lepiej niż "jestem", bo zmienia perspektywę czasową, ale to nie jest cudowna formuła. Sam stosuję raczej formę "umiem to zrobić, bo już raz mi się udało" - łączącą wspomnienie realne z deklaracją obecną. Czysto wymyślone "udało mi się" bez kotwicy w prawdziwym doświadczeniu jest słabsze.
A skąd wiadomo, że to nie efekt placebo? Pytam serio, bo czytam ten wątek i widzę różne mechanizmy psychologiczne, ale jak odróżnić, że afirmacja faktycznie coś zmienia, a nie że po prostu wierzę, że zmienia?
Ja próbowałam po niemiecku, bo to mój drugi język użytkowy. Forma "es ist mir gelungen" działała na mnie chłodniej niż polska, ale właśnie ten chłód był pomocny przy afirmacjach związanych z pracą. Tam, gdzie po polsku wchodziło mi w głowę "no kogo ja oszukuję", niemiecki przechodził bez tego sabotażu. Z miłosnymi było odwrotnie - kompletnie nie czułam.
A czy to znaczy, że jak ktoś jest dwujęzyczny od dziecka, to nie ma tego efektu? Bo znam osobę wychowaną po polsku i po ukraińsku jednocześnie i ciekawi mnie, czy u niej w ogóle ten mechanizm zadziała.
A jak to wygląda przy afirmacjach pisanych ręcznie kontra wypowiadanych głośno? Bo widzę, że wątek skręcił w stronę nagrań i języków, a mnie interesuje, czy sam akt pisania coś zmienia.
A jak długo trzeba pisać te afirmacje, żeby coś się zaczęło dziać? Bo próbuję od dwóch tygodni i nic nie czuję, zastanawiam się czy źle robię czy po prostu za krótko.
A co jeśli ktoś zapomni któregoś dnia? Trzeba zaczynać od nowa licznik, czy to nie tak działa?
A czy ktoś z was łączy afirmacje z konkretną porą dnia? Bo czytałam, że rano i przed snem działają inaczej i zastanawiam się, czy to faktycznie się sprawdza w praktyce.
A co jeśli w ogóle nie wierzę w to, co powtarzam? Próbuję mówić sobie "udało mi się znaleźć dobrą pracę", ale wewnątrz wszystko krzyczy, że to nieprawda i że oszukuję samą siebie.
Czyli wychodzi na to, że "udało mi się" to forma końcowa, a nie startowa. Ciekawe, bo większość poradników wrzuca ją od razu jako wzór.
A czy ktoś próbował łączyć formę dokonaną z konkretnym językiem obcym? Bo wracając do tego, o czym była mowa wcześniej - może "I made it" wchodzi inaczej niż "udało mi się", właśnie dlatego, że nie ma tego ciężaru polskiego sceptycyzmu.
Dorzucę jeszcze jedno - są osoby, u których "udało mi się" działa świetnie, kiedy odnosi się do czegoś, co naprawdę już się stało, tylko mózg jeszcze tego nie zarejestrował jako sukcesu. Czyli forma dokonana jako sposób na zauważenie własnych osiągnięć, a nie na wmawianie sobie czegoś nieistniejącego. "Udało mi się przetrwać trudny rok" wypowiedziane do siebie po trudnym roku to zupełnie inny mechanizm niż "udało mi się zarobić milion", kiedy konto świeci pustkami.
A jak to pogodzić z tym, co pisała wcześniej Lady o formie "uczę się"? Bo teraz wychodzi mi, że mam trzy poziomy: "uczę się", "udało mi się" jako wdzięczność za to co jest, i "udało mi się" jako cel końcowy. Robi się z tego skomplikowany system.
Wracając do języków obcych - czy ktoś próbował niemieckiego albo francuskiego? Bo angielski to dla większości z nas język funkcjonalny, ale są ludzie, którzy mają inny język jako "neutralny". Ciekawi mnie, czy efekt jest podobny.
Dodam coś, co u mnie zmieniło sporo - nagrywanie afirmacji własnym głosem i odsłuchiwanie. Mózg inaczej reaguje na swój głos z zewnątrz niż na ten, który słyszysz, kiedy mówisz. Forma dokonana nagrana spokojnie i puszczona rano działa u mnie lepiej niż powtarzanie na głos w łazience.
Wracając do formy dokonanej - zauważyłem, że u osób, które dobrze pracują z "udało mi się", często pojawia się naturalne uzupełnienie o "i" z konkretem. Czyli nie "udało mi się znaleźć pracę" w próżni, tylko "udało mi się znaleźć pracę i czuję spokój o czynsz". Drugi człon kotwiczy zdanie w odczuciu, a nie tylko w fakcie.
Wracając do mojego włoskiego - sprawdziłam te zdania z osobą, która zna język, i okazało się, że jedno z nich brzmiało bezsensownie. Czyli "sono riuscita a" działa, ale konstrukcja, którą wymyśliłam sama, była po prostu kalką z polskiego. Czy to znaczy, że tłumaczenie słowo w słowo w ogóle nie ma sensu?
A czy ktoś próbował łączyć dwa języki w jednej sesji? Bo zastanawiam się, czy nie ma sensu zacząć od polskiego dla uziemienia, jak pisała wcześniej Fraida, a potem przejść na obcy dla projektowania. Czy to się nie miesza?
