Wstyd i poczucie, że 'powinnam była wiedzieć' to specyficzna kombinacja, bo wstyd dotyczy tego, kim jesteś, a nie tylko co zrobiłaś. I afirmacje działają tu inaczej niż przy zwykłym żalu. Jeśli zaczynasz od 'wybaczam sobie', to wstyd odbiera to jako próbę ominięcia oceny. Lepszą ścieżką jest zacząć od oddzielenia czynu od osoby. Na przykład: 'to, co zrobiłam, nie definiuje tego, czym jestem'. Nie mówisz, że było dobrze. Mówisz, że jesteś czymś więcej niż tym jednym momentem.
Dokładnie to powiedział mi kiedyś ktoś bliski i wtedy to odrzuciłam, bo brzmiało jak usprawiedliwianie. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że oddzielenie czynu od siebie to nie jest zdejmowanie odpowiedzialności. Można być odpowiedzialną za coś i jednocześnie nie być tym zdeterminowaną do końca życia. Te dwie rzeczy mogą istnieć obok siebie.
A ten drugi głos to wynikał z afirmacji, które powtarzałaś, czy sam się pojawił? Bo u mnie jest tak, że jak próbuję powiedzieć sobie coś łagodniejszego o sobie, to brzmi obco. Jakby ktoś inny mówił, nie ja.
To uczucie obcości jest bardzo ważnym sygnałem, nie przeszkodą. Głos wewnętrzny, który zna siebie jako surowy i oceniający, naprawdę nie rozpoznaje łagodności jako swojej własnej. To nie znaczy, że nie możesz jej przyswoić. Oznacza tylko, że jest nowa i jeszcze nie ma swojego miejsca. Pytanie, czy próbowałaś mówić te zdania nie do 'siebie' jako całości, tylko do konkretnej sytuacji? Na przykład nie 'jestem w porządku', ale 'w tamtej chwili nie miałam wszystkich informacji'. To jest zdanie o sytuacji, nie o tobie jako osobie, i łatwiej je przyjąć za prawdziwe.
Wracam do tego, co Pustelnik napisał o zdaniach sytuacyjnych zamiast osobowych. Próbowałam kiedyś podobnie, ale wyszło mi, że po jakimś czasie zaczęłam automatycznie przerabiać każde zdanie o sobie na zdanie o sytuacji i trochę zgubiłam siebie w tym procesie. Czy to normalne, że ta technika może pójść za daleko?
Mam pytanie, może trochę z boku. Czy ktoś próbował robić takie afirmacje nie w myślach ani na głos, tylko pisać je ręcznie? Czytałam gdzieś, że to inaczej działa, ale nie wiem, czy to ma sens przy pętli winy, czy tylko przy budowaniu pewności siebie.
Nie wiem, czy pisanie ręczne to nie jest przerost formy nad treścią. Skuteczność afirmacji chyba zależy bardziej od regularności i szczerego zamiaru niż od nośnika. Piszesz, mówisz, myślisz, kluczowe jest czy wracasz do tego codziennie.
A w jakim czasie to w ogóle zaczyna działać? Bo czytam ten wątek i wynika z niego, że można się tym zajmować miesiącami i wciąż nie wiedzieć, czy cokolwiek się zmieniło. To trochę demotywujące.
Ja miałam dokładnie tę wątpliwość co Gerwazy73, więc pytam dalej. Jak ktoś jest w środku tego i sam nie wie, czy czuje mniej czy czuje inaczej, to co robi? Bo z zewnątrz to wygląda tak samo.
Słucham tego wątku i zaczynam się zastanawiać, czy ja w ogóle jestem na etapie, gdzie afirmacje mają sens. Bo to, co opisujecie jako szczelina czy możliwość powrotu, to u mnie w ogóle nie istnieje. Jak wracam myślami do tego, za co się obwiniam, to jest jak ściana, nie szczelina.
A czy ta ściana to brak reakcji, czy raczej natychmiastowa, bardzo silna reakcja? Bo to są dwa różne miejsca w procesie i wyglądają podobnie z zewnątrz, ale znaczą coś innego.
To co opisujesz to nie jest pewność, to jest zamknięcie. Pewność zostawia miejsce na pytania, zamknięcie je uniemożliwia. I właśnie dlatego afirmacje skierowane wprost na przebaczenie sobie nie przechodzą przez tę barierę. Nie dlatego, że afirmacje nie działają, tylko dlatego, że nie ma gdzie wejść. Czy próbowałaś kiedykolwiek afirmacji, które w ogóle nie mówią o winie ani przebaczeniu, tylko o czymś zupełnie obok?
Nie jestem przekonany do tego omijania. Jeśli problem jest konkretny, to afirmacja powinna do niego mówić wprost. Omijanie brzmi jak odkładanie na później pod ładną nazwą.
Wracam do wątku z Jagienką, bo to 'wiem i koniec' brzmi bardzo znajomo. U mnie długo tak było z jedną rzeczą. Żadna afirmacja nie przebijała, bo byłam absolutnie przekonana, że tu nie ma o czym dyskutować. Nie wiem, jak to się zmieniło, ale w pewnym momencie zaczęłam zauważać, że ta pewność jest jednak czymś, co wymagało ode mnie cały czas energii. Że to nie była spokojność, tylko utrzymywanie.
Dokładnie tak. Przekonania, które są naprawdę zintegrowane, nie wymagają ochrony. Jeśli coś musi być cały czas podtrzymywane, to znaczy, że jest coś, przed czym ta pewność broni. Afirmacje w takiej sytuacji mogą nie działać na samo przekonanie, ale mogą stopniowo obniżać koszt tego utrzymywania. I to też jest coś.
Przepraszam, że wejdę z boku, ale to co Augur08 napisał o koszcie utrzymywania to jest pierwsze zdanie w tym całym wątku, które mi coś faktycznie wyjaśniło. Czy to znaczy, że afirmacje działają nie przez zmianę przekonania, tylko przez zmęczenie tego, co je trzyma?
Chcę zapytać o coś bardzo konkretnego. Słucham tej rozmowy i zastanawiam się, jak zacząć. Nie od przebaczenia, bo to wydaje mi się teraz nieosiągalne, ale od tego, co Opalinka nazywa punktem zaczepienia. Czy to po prostu dowolna afirmacja o oddechu, czy jest jakaś kolejność? Bo boję się, że zacznę od złej strony i to nic nie da.
Nie ma jednej prawidłowej kolejności, ale jest logika, której warto się trzymać. Zacznij od zdania, które twoje ciało może potwierdzić w tej chwili, coś tak prostego, że nie wzbudza sprzeciwu. Następny krok to zdania neutralne, nie pozytywne, tylko neutralne, opisujące fakty bez oceny. Przebaczenie jest na końcu tej sekwencji, nie na początku. I odpowiem na twoje pytanie wprost: nie ma złej strony, od której możesz zacząć, jeśli zaczynasz od obserwacji, a nie od życzenia.
