Ta wewnętrzna versus zewnętrzna sankcja to chyba jest oś całej naszej dyskusji. Próbuję sobie to poukładać: przymierze biblijne - sankcja zewnętrzna i historyczna, blót nordycki - sankcja relacyjna czyli bóstwo odchodzi, diksha hinduska - sankcja przekazana przez guru, śluby bodhisattwy - sankcja wewnętrzna. Czy jest jakaś tradycja gdzie nie ma żadnej sankcji?
Zgadzam się z Baska_T że taoizm to nie jest religia przymierza, ale byłbym ostrożny z wnioskiem że brak przymierza oznacza brak sankcji. W taoistycznych szkołach inicjacyjnych, Tianshi na przykład, mamy przekazywanie 'talizmanu' jako pieczęci autorytetu, i to ma charakter umowny. Tabu są bardzo poważne. Więc taoizm ludowy to jednak inny taoizm niż filozoficzny.
Chcę zapytać o coś co mi świta od jakiegoś czasu w tej rozmowie. Mówimy dużo o przymierzach, które mają jakąś treść - obrzezanie, blót, diksha. Ale czy istnieje przymierze czysto wewnętrzne, bez żadnego zewnętrznego znaku? I czy takie przymierze byłoby w ogóle traktowane jako wiążące przez daną tradycję?
Wracając do pytania Jadzieńka04 o znak zewnętrzny - w nordyckiej praktyce mam wrażenie, że znak nie musi być widoczny dla ludzi, wystarczy że jest zrozumiały dla bóstwa. Znam opisy ślubów składanych w samotności, przy kamieniu, gdzie jedynym świadkiem jest sama siła przyrody. Czy to czyste wewnętrzne? Nie do końca, bo przyroda jest świadkiem. Ale człowieka nie ma. I to przymierze było uważane za tak samo wiążące.
Dokładnie to miałam na myśli - kamień, drzewo, strumień działają jak zakotwiczenie. Nie dla bóstwa, bo ono i tak wie. Dla człowieka, który za rok może powiedzieć sobie 'może to był tylko nastrój'. Fizyczny świadek czyni akt nieodwracalnym w pamięci. I właśnie dlatego w nordyckiej praktyce miejsca składania ślubów były często nawiedzane wielokrotnie - wracało się do tego samego kamienia, żeby 'odnowić kontakt'. To już przypomina trochę pielgrzymkę.
Ten wątek z kamieniem jako zakotwiczeniem pamięci otwiera dla mnie inne pytanie. Czy przymierze może być jednostronne - złożone przez człowieka wobec bóstwa, bez odpowiedzi z tamtej strony? Bo o ile w Biblii Bóg odpowiada wyraźnie na każde przymierze, to w przypadku tego nordyckiego kamienia nie mamy żadnej gwarancji, że bóstwo 'przyjęło' ślub. Czy to nie jest po prostu modlitwa zadeklarowana?
Ale to jest błędne koło. Skoro potwierdzenie jest retroaktywne, to każdy sukces można zinterpretować jako znak przyjętego przymierza, a każda porażka - jako niezłożony ślub albo naruszony. Jak w takiej tradycji w ogóle można stwierdzić, że coś poszło nie tak po stronie przymierza, a nie po prostu po stronie zwykłego pecha?
Nigdy tak nie patrzyłam na Hioba - że to jest krytyka mechaniki przymierza od środka. Ale mam pytanie może naiwne: jeśli Hiob dostaje na końcu z powrotem majątek i rodzinę, to czy to nie jest właśnie retroaktywne potwierdzenie, o którym mówiła Baska_T? Tzn. że Bóg jednak nagradza wierność nawet jeśli nie rozumiesz dlaczego cierpisz?
Zakończenie Hioba jest właśnie tym co najbardziej irytuje egzegetów - bo wyglądają trochę jak redakcyjne 'naprawienie' tekstu, który miał być właśnie niewygodny. Nowe dzieci nie zastępują utraconych. Nowy majątek nie odpowiada na pytanie o niesprawiedliwość cierpienia. Wielu badaczy uważa, że prolog i epilog to późniejsze ramowanie tekstu, który w swojej pierwotnej formie nie dawał tak prostej odpowiedzi.
Wracając do pytania o przymierze jednostronne - w tradycji hermetycznej i ceremonialnej mamy coś co się nazywa 'ofertą', proposicją składaną bytowi. I naprawdę nie zawsze czeka się na wyraźną odpowiedź. Czasem 'wejście w relację' manifestuje się przez zmianę jakości pracy, snów, synchroniczności. To nie jest retroaktywna interpretacja sukcesu - to jest obserwacja wzorca relacji w czasie. Więc może kryterium jest właśnie to: czy relacja się zmienia?
Uczciwe pytanie i nie mam na nie prostej odpowiedzi. Myślę że to jest jeden z tych problemów, których żadna tradycja nie rozwiązała w pełni satysfakcjonująco - ani hermetyczna, ani biblijna, ani aszanti. Każda ma swój mechanizm odróżniania znaku od projekcji, ale każdy z tych mechanizmów da się zakwestionować z zewnątrz. Może właśnie dlatego przymierze wymaga świadków - żeby ktoś z zewnątrz mógł powiedzieć 'widziałem zmianę'.
Ten wątek ze świadkami jest dla mnie bardzo ważny i za mało obecny w tej rozmowie. W nordyckiej praktyce świadkowie ślubu nie są tylko formalnością - są współodpowiedzialni. Jeśli ktoś łamał ślub złożony wobec zgromadzenia, konsekwencje rozchodziły się na wspólnotę. To jest radykalnie inne od prywatnego przymierza z bóstwem - tu przymierze jest zakorzenione społecznie. Czy bodhisattwa-ślub ma coś analogicznego?
W mahajanie ślub bodhisattwy jest składany 'wobec wszystkich budd i bodhisattwów' - to nie jest prywatny akt. Ale świadkami nie są ludzie, którzy mogliby pociągnąć do odpowiedzialności społecznej. Są to byty z innych planów, których 'widzenie' jest warunkowe wobec własnej praktyki. Więc mamy tu coś pośredniego: jest zgromadzenie świadków, ale jego rzeczywistość zależy od twojego zaawansowania. Im głębiej praktykujesz, tym bardziej realni stają się świadkowie twojego ślubu. Odwrócone względem nordyckiego - tu świadkowie rosną razem z przymierzem.
To jest piękna idea, ale też trochę wygodna - bo świadkowie, których realność zależy od twojego postępu, nie mogą cię rozliczyć zanim nie będziesz gotowy. Nordycki model jest twardszy: składasz ślub i od razu odpowiadasz przed kimś konkretnym. Buddyjski model jest bardziej... miłosierny? Albo mniej wymagający. Nie wiem czy to zaleta czy wada.
Zestawiając to z tym, co mówiliśmy wcześniej o sankcjach - mam takie wrażenie że im dłuższy horyzont przymierza, tym mniej wyraźna sankcja w konkretnym momencie. Biblia ma sankcje historyczne i natychmiastowe. Nordycki blót - relacyjne i szybko widoczne. Bodhisattwa - odłożone na skalę kosmiczną. A suficka droga? Bo o niej prawie nie mówiliśmy, a przecież tam też jest rodzaj przymierza z szejkiem i przez niego z Bogiem.
Czy to znaczy że w sufizmie nie możesz samodzielnie utrzymać przymierza bez żywego pośrednika? Bo to mnie niepokoi trochę - jeśli szejk umrze albo okaże się osobą niegodną, to co dzieje się z twoim przymierzem? Czy jest dziedziczone przez kolejnego szejka, czy przepada?
hej, a jak to jest z tą silsilą - bo czytałem gdzieś że w niektórych tarikatach jak szejk umrze to uczniowie po prostu przechodzą do innego mistrza jakby automatycznie, a w innych traktują to jako zerwanie i muszą jakby zaczynać od nowa? czy ty wiesz czy to jest ustalone jakoś czy każda szkoła robi to inaczej?
To zestawienie struktury i osoby jest dla mnie kluczem do całej tej rozmowy. Bo w przymierzach biblijnych mamy oba poziomy jednocześnie - Bóg zawiera przymierze z Abrahamem osobiście, ale to samo przymierze obejmuje potem 'nasienie' na wieki. Czyli akt osobowy staje się strukturą dziedziczoną. I pytanie, które mnie nęka: czy potomkowie Abrahama są beneficjentami jego przymierza czy są jego współautorami? Bo to dość istotna różnica pod względem odpowiedzialności.
W tradycji nordyckiej ten problem dziedziczenia przymierza w ogóle nie istnieje, bo każdy ślub jest z definicji aktem jednostkowym i niezbywalnym. Nikt nie może złożyć ślubu za ciebie i nikt nie może go po tobie odziedziczyć. Ale jest coś w zamian - lojalność klanowa, frith, która działa jak rodzaj zbiorowej odpowiedzialności relacyjnej. To nie jest przymierze, ale ma podobny skutek: jesteś związany zachowaniem swoich przez więzy nie religijne, ale honorowe. Ciekawi mnie czy ta różnica między przymierzem a freitem jest widoczna w innych tradycjach - czy ktoś widzi jej odpowiednik gdzieś indziej?
