Wracam do kwestii szkolenia, bo to jest coś, co przewija się przez całą rozmowę i myślę, że jest kluczowe. Prawie każda tradycja, którą omawiamy - zen, wadżrajana, sufizm, nordycka völva - zakłada długie przygotowanie przed ekstatycznym doświadczeniem. Chrześcijańscy prorocy biblijni są pod tym względem wyjątkiem - Amos był pasterzem, Piotr rybakiem. Czy to nie jest strukturalnie zupełnie inna klasa objawień?
Dobre pytanie i myślę, że odpowiedź jest trochę nieprzyjemna - większość tradycji nie miała na to mechanizmu prewencyjnego, tylko weryfikacyjny post factum. Czyli najpierw ktoś miał wizję, potem wspólnota decydowała, co z tym zrobić. Ochrona była zbiorowa, nie indywidualna. Co mnie bardziej zastanawia: w tradycjach ekstatycznych, takich jak koreańskie mudang czy syberyjskie szamanki, choroba poprzedzająca inicjację - tak zwana 'choroba szamańska' - była właśnie tym filtrem. Nie przygotowujesz się, tylko przechodzisz przez coś, co cię łamie. I przeżycie tego samo w sobie jest dowodem.
To niesamowite - więc choroba jako inicjacja? Czyli cialo mowi 'nie jesteś gotowy' i musi cie złamać zanim bedziesz gotowy? A co z tymi, co nie przeżyli w sensie psychicznym - bo rozumiem że niektórzy po prostu zostawali szaleni. Jak odróżniano szamana od kogoś po prostu chorego psychicznie, skoro objawy były podobne?
To pytanie o sprawczość jest ważne, ale chciałabym wrócić do czegoś, o czym mówił Zdzichu57 - tego filtrowania. Bo w tradycji nordyckiej, przy seiðr, była bardzo konkretna praktyka: völva nie działała sama. Był krąg śpiewających, który utrzymywał przestrzeń i mógł ją z niej wyciągnąć, jeśli coś szło nie tak. Czy ktoś zna podobne mechanizmy w innych tradycjach? Bo mi to wygląda na bardzo praktyczne rozwiązanie.
Słuchajcie, wracam do tego, o czym mówiła Aether - że ochrona była zbiorowa. I teraz patrzę na to ze strony praktycznej. W dzisiejszych czasach mamy mnóstwo ludzi, którzy twierdzą, że mają objawienia, wizje, kontakt z wyższymi bytami - i działają zupełnie solo, bez żadnej wspólnoty weryfikującej. Instagram, TikTok, własna strona. Czy to nie jest fundamentalna zmiana w tym schemacie? Czy to nie jest niebezpieczne?
Tylko że - i tu mam wątpliwość - czy wspólnota zawsze była dobrym filtrem? Jeremias był odrzucony przez swoją wspólnotę. Hypatia zginęła. Mistyczki takie jak Marguerite Porete zostały spalone przez wspólnoty, które uznały je za heretyczki. Wspólnota może być filtrem, ale może też być cenzurą. Nie idealizowałabym tego mechanizmu.
Ten filtr demograficzny z kabały to mnie rozśmieszył, ale jak się zastanowię - czy to naprawdę takie absurdalne? Czterdzieści lat życia, stabilna relacja, zakorzenienie - to jakby gwarantowało, że ktoś jest osadzony w rzeczywistości zanim wejdzie w obszary, które mogą tę rzeczywistość rozchwiać. To prawie brzmi sensownie, tylko wiekowo i rodzinnie dyskryminujące.
Odpowiedź na to paradoks daje chyba najpiękniej tradycja taoistyczna - nie 'wyjście' i 'powrót', tylko raczej nauczenie się poruszania między stanami. Czuangcy opisywał to jako swobodne przechodzenie, nie dramatyczną podróż. Mistyk dojrzały to nie ktoś, kto doświadcza ekstazy i wraca - to ktoś, dla kogo granica między stanami stała się płynna. Ale to wymaga lat praktyki, właśnie.
Ta płynność granic to coś co mnie zastanawia od początku rozmowy. Bo czy nie jest tak że my na zachodzie mamy bardzo ostrą granicę: tu normalność, tu trans, tu choroba - a tradycje wschodnie czy szamańskie tej granicy po prostu nie rysują tak samo? I to jest może klucz do zrozumienia dlaczego tam te doświadczenia nie budzą tylu pytań o weryfikację?
Ale to przesuwa problem, nie rozwiązuje go. Jeśli miernikiem jest skuteczność - ktoś musi oceniać skuteczność. I wracamy do wspólnoty jako arbitra. Tyle że tym razem wspólnota patrzy na wyniki, nie na sam trans. Ciekawe, czy to faktycznie inna jakość weryfikacji, czy po prostu inny moment wejścia tego samego mechanizmu? Aether mam wrażenie, że kręcimy się wokół tego samego problemu tylko z różnych stron.
