Dziady to jedno z najważniejszych i najbardziej tajemniczych świąt dawnych Słowian – czas, w którym żywi spotykali się ze zmarłymi, a granica między światami stawała się cienka jak mgła nad jesiennym polem. W nowym artykule przybliżamy, kim były dziady, kiedy je obchodzono, jak wyglądała uczta zaduszna, ogień na rozstajach i dawne zakazy – oraz jak echa tej tradycji przetrwały w dzisiejszych Zaduszkach.
Cały artykuł: Dziady – noc, gdy wracają zmarli
Zapraszamy do dyskusji – podzielcie się rodzinnymi zwyczajami i wspomnieniami o swoich bliskich.
Słyszałam kiedyś od babci o Dziadach, ale nigdy nie wiedziałam, o co dokładnie chodzi. Czy ktoś mógłby wytłumaczyć, czym one właściwie były?
A czym to się różni od Zaduszek? Dla mnie to brzmi jak jedno i to samo, tylko inna nazwa.
U mnie w domu na Podlasiu babcia zawsze gotowała kutię i zostawiała łyżkę dla zmarłych. Mówiła, że to dla tych, co przyjdą w nocy. Dopiero teraz rozumiem, skąd ten zwyczaj.
No ale przecież Dziady to napewno to samo co Halloween, wogóle przyszło do nas z ameryki jakieś dwadzieścia lat temu. Zwykła moda.
Czytałam, że palono ogniska na rozstajach dróg. Po co dokładnie? Zawsze mnie to intrygowało.
Ciekawe są też dawne zakazy. Podobno w te dni nie wolno było sprzątać ani wylewać wody za próg, żeby nie skrzywdzić przechodzącej duszy.
Muszę przyznać, że trochę mnie to onieśmiela – nie jest strasznie tak zapraszać dusze do domu? Trochę się boję samej myśli.
Warto dodać, że najpełniejszy obraz Dziadów zostawił Mickiewicz w swoim dramacie. Guślarz przywołuje tam dusze podczas obrzędu, a widma opowiadają swoje historie. „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie” – pamięta chyba każdy ze szkoły.
Na Kresach i na Białorusi tradycja przetrwała wyjątkowo długo – tam mówiono o Dziadach jeszcze w XX wieku, a wiosenny odpowiednik nazywano Radaunicą.
Ja co roku zostawiam na parapecie kawałek chleba i odrobinę miodu. Taki mały gest, ale czuję wtedy, że pamiętam o swoich.
Dla mnie Dziady to przede wszystkim taka zgoda na tęsknotę – pozwolenie sobie, żeby wspominać bez smutku.
U nas w rodzinie wierzyło się, że dusze wracają pod postacią ptaków. Jak gołąb usiadł na parapecie w te dni, mówiło się, że to ktoś z bliskich przyszedł w odwiedziny.
Im więcej o tym czytam, tym bardziej widzę, jak to się łączy ze słowiańskim światem bogów. Weles jako pan Nawii i zaświatów aż się prosi o wspomnienie w tym kontekście.
Zaraz, ale wkońcu dusze wracają tylko raz w roku, w listopadzie, nie? Conieco tak zapamiętałem z jakiegoś artykułu.
A co się działo potem z tym jedzeniem, które zostawiano dla dusz? Wyrzucano je?
To niesamowite, ile z tego zostało w naszej kulturze, choć często nawet nie wiemy, skąd się bierze.
No dobra, faktycznie sporo pomyliłem w tym wątku. Dzieki za sprostowania, wkońcu łapię o co chodzi – Halloween sobie odpuszczę.
Gotowanie ulubionej potrawy zmarłej osoby to dla mnie najbardziej wzruszająca część tej tradycji.
Taki drobny rytuał potrafi dać naprawdę dużo spokoju i poczucia bliskości.
W tym roku po raz pierwszy opowiem o Dziadach dzieciom. Chcę, żeby wiedziały, skąd wzięły się znicze i po co odwiedzamy groby.
U mnie zapłonie świeca przy zdjęciu babci i będą jej pierogi. Wreszcie wiem, że to ma głębszy sens.
Zawsze wyczuwałam, że pierwsze dni listopada mają w sobie coś szczególnego – jakby powietrze robiło się cięższe od pamięci. Teraz rozumiem, że to nie przypadek.
Dla zainteresowanych: warto poszukać opisów etnograficznych z XIX wieku, na przykład u Oskara Kolberga. Zapisał mnóstwo regionalnych wariantów obrzędu, zanim zdążyły zaniknąć.
Zastanawiam się, ile z tych zwyczajów robimy dziś zupełnie automatycznie – zapalamy znicz, nie myśląc, że powtarzamy gest sprzed tysiąca lat.
Dziękuję za ten wątek. Zrobiło mi się jakoś cieplej na sercu – i mniej samotnie z moją tęsknotą za bliskimi.
Też dziękuję. W tym roku usiądę wieczorem w ciszy, zapalę świecę i po prostu powspominam. Chyba nie trzeba więcej, żeby uczcić tych, którzy odeszli.
