Mam ten temat blisko serca, bo sama przez to przechodziłam. wychowałam się w domu, gdzie mama paliła świece w konkretne dni, robiła kąpiele z ziół w przełomowych momentach, stawiała wodę na parapecie przed ważnymi rozmowami. kiedy wyprowadziłam się i spróbowałam te rzeczy powtarzać sama, czułam się jak aktorka grająca kogoś innego. Jakbym ubierała cudzy płaszcz. Długo myślałam że coś jest ze mną nie tak, że nie mam dość skupienia albo wiary. a potem dotarło do mnie, że te rytuały były JEJ rytuałami. Zbudowane na jej historii, jej strachu, jej potrzebach. Nie na moich. I to chyba jest sedno tego co opisujesz.
To ciekawe co mówisz, bo ja miałem odwrotnie. Rytuały z domu działały na mnie całkiem dobrze jeszcze przez kilka lat po wyprowadzce, a potem nagle przestały. Jakby coś się rozłączyło. Zastanawiam się, czy to nie jest sprawa tego, że jak jesteśmy dziećmi, wierzymy bezwarunkowo w to co widzą nam rodzice. A jako dorośli zaczynamy myśleć i to myślenie gdzieś to rozsadza. Czy ktoś inny miał taki moment przełomowy, że po prostu poczuł - to już nie moje?
Zostamy chwilę przy tej sprawy obcości, bo to jest naprawdę ważny sygnał, który wiele osób ignoruje. w wielu tradycjach mówi się o tym, że rytuał który przestał żyć dla praktykującego, to już jest pusta forma. I tutaj nie chodzi o to czy ty wierzysz czy nie wirzysz w jakąś siłę wyrzszą. To bardizej kwestia tego, czy ty jesteś obecny w tym co robisz. czytałam kiedyś u Mircea Eliadego o tym jak rozróżniał sacrum i profanum jeśli chodzi o rytuałów powtarzanych mechanicznie, bez świadomości ich symbolicznego jądra. I to pasuje do tej sytuacji. można robić dokładnie to samo co mama, ale jeśli nie wiesz dlaczego akurat ta czynność, ten kolor, ta pora, to jest jak mówienie wiersza którego nie rozumiesz w obcym języku.
Wtrącę się bo to co opisuje autor tematu przypomina mi coś z psychologii rytuałów. Jest taki termin "ritual decay", używany głównie w kontekście religijnym, ale pasuje też do tego co tu omawiamy. Rytuał traci moc działania gdy straci kontekst, który go uzasadniał. Mama paliła świecę w konkretny dzień może dlatego, że ten dzień coś dla niej znaczył, może coś się wydarzyło, może był elementem jej własnej historii. Ty przejmujesz datę i czynność, ale nie przejmujesz tej historii. I stąd pustka. ojej no nie sądzicie, że pierwszym krokiem powinna być rozmowa z rodzicem o tym DLACZEGO, nie jak?
Słuchajcie, trochę inaczej podejdę do tematu. Czy zastanawialiście się nad tym, że ta obcość którą czujesz to może nie jest problem tylko informacja? Bo obcość w rytuale może oznaczać, że twoja własna energia, twoje ciało, twoje potrzeby w tym momencie życia idą w inną stronę niż ta forma. To nie jest defekt. To może być sygnał że pora na coś własnego. Nie mówię żeby wyrzucać to co było, ale żeby potraktować to jako punkt startowy a nie punkt docelowy.
Ale jak się w ogóle zaczyna budować coś własnego? To jest właśnie to czego mi brakuje jak słucham takich rozmów. Wszyscy mówią żeby zaadaptować, stworzyć coś swojego, ale jak to wygląda w praktyce? Siedzisz i wymyślasz? coś czytasz? Patzysz co działa?
Jest jeden aspekt który tu pomijamy. Rytuały rodzinne mają często wymiar wspólnotowy, czyli działają inaczej kiedy robisz je z kimś niż sam. I jeśli ty jesteś jedyną osobą w rodzinie która to kontynuuje, to część tej struktury po prostu znika. Nie możesz jej odtworzyć sam. To nie jest sprawa wiary ani techniki 🙂
To mnie trochę przygnębia bo mam wrażenie że wtedy te praktyki są nie do odtworzenia jeśli jest się samemu. Chyba że znajdzie się grupę.
Wracając do pytania o wiarę ze wstępu tematu, bo chyba to najważniejsze: nie, to nie jest sprawa wiary w sensie dogmatycznym. Jeśli przez wiarę rozumiemy przekonanie że coś działa to owszem, ale nie chodzi o to żeby wmówić sobie że coś czujesz. Chodzi raczej o to, czy ta konkretna forma ma dla ciebie znaczenie. a znaczenie albo jest albo go nie ma. Nikt ci go nie wstrzyknie.
Mam wrażenie że ta rozmowa kręci się trochę wokół psychologii i introspekcji, co jest ok, ale zastanawiam się czy nikt nie ma konkretnego przykładu jak ta zmiana praktyki wyglądała w ich własnym przypadku. Bo teoria jest jedna, a jak się faktycznie zmienia coś co przejęło się po rodzinie, to już inna historia.
no ale, ale czy jak zmieniasz za dużo to jeszcze jesteś w tej tradycji czy już poza nią? Pytam, bo mam wrażenie że jak zacznę zmieniać to rytuały rodzinne zmienię w coś kompletnie własnego i wtedy co, to już nie jest przekaz, tylko coś nowego.
To co Norbert85 napisał jest ważne, ale chiałam dodać że w wielu tradycjach szamańskich czy animistycznych rytuał żyje właśnie dlatego że jest elastyczny. Sztywna forma to raczej wynalazek tradycji z silną hierarchią i piśmiennictwem, bo ktoś to zapisał i zinstytucjonalizował. Lokalne, domowe praktyki często były żywsze i zmienniejsze. Więc to pytanie Czarnoboga o granicę może w ogóle nie mieć sensu poza pewnym kontekstem.
Wtrącę się bo ta wymiana między Izarem a Zofijką przypomniała mi coś z religioznawstwa. Jest taki problem z tzw. "ship of Theseus" w tradycjach, czy coś jest tą samą łodzią jak wymieniono każdą deskę. I jeśli chodzi o rytuałów to jest pytanie bez rozstrzygnięcia, bo tradycje nie mają obiektywnego arbitra. Jedyne co wiadomo to że praktykujący musi sam zdecydować w jakiej relacji stoi do przekazu.
Tu wchodzi też coś o czym nikt jeszcze nie powiedział wprost. Czasem to obcość nie wynika z samego rytuału tylko z relacji z osobą która go przekazała. jeśli ta relacja była trudna to praktyki z nią związane też mogą nieść ładunek który nie ma nic wspólnego ze skutecznością, a wszystko z emocjami. I wtedy samo pytanie czy zmieniać to za mało.
O tym właśnie myślałam czytając ten wątek od początku. przecież rytuał przyszedł do kogoś przez konkretnego człowieka, a ten człowiek zostawił w nim ślad. To chyba oczywiste że jak z tą osoba coś się nie układa, to rytuał też jest naznaczony. Czy można to jakoś przepracować?
A jak w ogóle odróżnić trzymanie się przez obowiązek od trzymania się przez coś co jest trudne do werbalizacji? Bo dla mnie to nie jest takie oczywiste. Można mieć do rytuału ambiwalentny stosunek, robić go bez entuzjazmu, i jednocześnie czuć że coś tam jest. Albo odwrotnie, robić go z przyzwyczajenia i mylić to z autentycznym kontaktem.
Myślę że pytanie o czas jest trochę nie na miejscu, bo to nie jest kwestia cierpliwości tylko kwestia tego co się w tym czasie zmienia 😉 Jeśli siedzisz przy czymś dwa lata i nic nie drga, ale nie zmieniłeś niczego w tym jak do tego podchodzisz, to te dwa lata nic nie mówią. a jeśli przez te dwa lata aktywnie szukasz, to może tydzień wystarczy.
Właśnie wróciłam do wątku i widzę że zaczęłyście rozmawiać o czasie trwania tego procesu. Mam wrażenie że w tym wszystkim gubimy jedno pytanie, które zadałam gdzieś na początku, a które chyba leży u podstaw. Czy to jest sprawa wiary? Bo jak tak patrzę na tę dyskusję, to widzę że bardzo dużo rozmawiamy o emocjach, relacjach, pamięci, ale prawie nie mówimy o tym co jest po drugiej stronie rytuału, jeśli coś tam jest.
A to jest właśnie to pytanie którego unikamy, bo jest najtrudniejsze. Emocje i relacje to bezpieczny grunt, bo wszyscy mają jakieś doświadczenie z tymi obszarami. Ale jak zaczniesz pytać o to co jest po drugiej stronie, to wchodzisz w coś gdzie każda odpowiedź jest albo zbyt prywatna albo zbyt abstrakcyjna żeby ją sensownie omawiać na forum.
To ostatnie pytanie Jarzebinki jest dla mnie ważne. Czy wiara przychodzi przez działanie. serio, bo jak robiłam te rytuały babci bez rozumienia i bez szczególnego przekonania, to nie zaczęłam z przekonaniem. Zaczęłam z ciałem. I coś stamtąd wyrosło. Więc może wiara jako punkt startowy to błędne założenie.
To co opisujesz brzmi jak coś co znam z zupełnie innej dziedziny, nie z rytuałów. Takie poczucie że jesteś w miejscu które było twoje, ale nie wiesz już czy nadal jest. Jak wraca się do domu rodzinnego i wszystko jest znajome ale coś jest nie tak. Czy to coś mówi o rytuałach czy o czymś szerszym?
Czytam tę rozmowę i mam jedno pytanie do Bryzy, bo chyba przez całą dyskusję wszyscy zakładamy że wie czego szuka. Ale czy jest jakaś wersja tego rytuału, albo jakaś jego część, przy której to rozjechanie jest mniejsze? Choćby fragment, gest, moment?
Chcę wrócić do tego co powiedziałaś. Mówisz że reszta jest odwzorowana gest po geście. ale czy to odwzorowanie pochodzi z pamięci jak to wyglądało w dzieciństwie, czy z jakiegoś zapisu, opisu, instrukcji? bo to jest różnica. Pamięć ciaa z dzieciństwa i zapis jako forma do wykonania to dwie różne podstawy 😉
To pytanie Czarnoboga jest ważniejsze niż wygląda. Bo nawyk i pamięć ciała mogą dawać ten sam efekt motoryczny ale chyba coś innego dzieje się w środku. Choć też nie jestem w stanie dokładnie powiedzieć jak to odróżnić od środka.
Mam inną hipotezę. Może nie chodzi o ciągłość zmiany tylko o to czy masz wokół rytuału wspólnotę. rytuał dziecięcy był osadzony w rodzinie, w jakimś kontekście zbiorowym. Przeniesiony do własnego życia jest sam. I to bywa inna rzecz, niekoniecznie gorsza, ale wymagająca innego podejścia.
To chyba nie jest pytanie na które można odpowiedzieć raz i gotowe. Może obie te rzeczy są jednocześnie możliwe i nie wykluczają się tak ostro jak to brzmi. Odtworzenie i zbudowanie od nowa to nie muszą być dwa bieguny.
Nie wiem. Może masz rację że to szersze. Ale w tym rytuale czuję to szczególnie ostro. Jakby forma wymagała czegoś ode mnie czego już nie mam albo czego nie mogę z siebie wydobyć tak jak dawniej.
