Nie wiem czy to właściwe miejsce, ale muszę gdzieś napisać. Od jakiegoś czasu żyję w takim zawieszeniu - praca niepewna, relacje niepewne, dosłownie nie wiem co będzie za miesiąc. I to nie jest taki zwykły stres, to jest ten rodzaj lęku, który siedzi w brzuchu od rana i nie odpuszcza przez cały dzień. Słyszałam, że są jakieś rytuały które pomagają w takich sytuacjach, nie żeby zmienić okoliczności, ale żeby jakoś... odzyskać poczucie że się ma wpływ na własne życie. Nie wiem od czego zacząć, czy to w ogóle ma sens jeśli człowiek jest tak roztrzęsiony. Czy ktoś przez coś takiego przechodził?
Znam to uczucie i to dobrze. Ten rodzaj lęku przed przyszłością jest o tyle trudny, że on nie ma konkretnego obiektu - nie boisz się jednej rzeczy, boisz się wszystkiego naraz 😉 I właśnie dlatego rytuałyy mogą tu naprawdę pomóc, ale nie w sposób magiczny w sensie "coś za ciebie załatwi". Chodzi o to, że rytuał daje ciału i umysłowi sygnał: jest jakaś struktura, jest jakiś porządek, mam nad czymś kontrolę. To jest mechanizm który działa na poziomie nerwowego układu, nie tylko symbolicznym. Ja przez lata polecam rytuał zakorzenienia - ale to nie jest jakiś jeden schemat, każdy go sobie wypracowuje inaczej.
Dobrze że to napisałaś, bo to jest pytanie które wiele osób ma, ale mało kto pyta wprost. Tylko chciałam dopytać - kiedy mówisz "odzyskać kontrolę", to co masz na myśli? oj, Bo to ważne przy doborze rytuału. Inaczej pracuje się kiedy chodzi o spokój wewnętrzny, inaczej kiedy chodzi o decyzje a jeszcze inaczej jeśli chodzi o ochronę przed tym co zewnętrzne.
Galdr przy lęku działa, ale tylko jeśli człowiek już ma jakieś zakorzenienie w tej tradycji. o matko Dla kogoś kto dopiero szuka to może być za abstrakcyjne. Przy niepewności co do przyszłości ja bym zaczęła od czegoś bardziej namacalnego - coś co angażuje ręce, ciało, coś fizycznego. Pisanie, palenie, zakopywanie. To są stare struktury rytualne, które działają właśnie dlatego że są konkretne.
Babcia robiła coś podobnego, ale odwrotnie - nie zakopywała lęku, tylko zakopywała kamień z życzeniem. Mówiła że ziemia "dojrzewa" życzenie jak nasienie. Nie wiem czy to ta sama tradycja czy coś lokalnego, ale pamiętam że to robiła zawsze na pełnię. Czy ta faza księżyca naprawdę robi różnicę przy takich rytuałach?
Robi, ale nie w sposób który sprawi że bez pełni rytuał "nie zadziała". Faza księżyca to raczej dodatkowy kontekst energetyczny. Przy lęku i niepewności część ludzi woli nowiu - bo nów to czas na nowe zakorzenienie, na pisanie nowego rozdziału. Pełnia jest bardziej intensywna, do uwalniania, do zamknięcia czegoś. ehh, Ale żadna faza nie jest absolutnie lepsza - zależy co ktoś chce z tym zrobic.
Wracając do sedna - myślę że przy lęku o przyszłość kluczowe jest nie tyle jakie czynności się wykonuje, ale co rytuał ma zmienić w sposobie myślenia o sytuacji. Znam koncepcję z tradycji stoickich, która w zasadzie jest rytuałem choć nikt jej tak nie nazywa: "premeditatio malorum". Siadasz, wyobrażasz sobie najgorsze scenariusze do końca - nie żeby się nimi zadręczać, ale żeby zobaczyć że przeżyjesz. To uwalnia. Można to zrobić z elementami rytualnymi - świeca, cisza, koonkretny czas.
Chcę tu wejść z innej strony - lęk o przyszłość bardzo często siedzi w ciele, nie tylko w głowie. I żaden rytuał czysto mentalny albo symboliczny nie dotknie podstawy jeśli ciało jest cały czas w trybie alarmowym. Widzę tutaj dużo propozycji rytualnych które są dobre, ale pominęłyście element fizyczny. zakorzenienie przez ciało - stopy na ziemi, dłonie na brzuchu, oddech. Można to włączyć w rytuał jako pierwszą część, zanim dojdzie się do symboli i intencji.
hmm, przy okazji pytania Leny - zastanawiam się czy ktoś z was łączył rytualny element z czymś regularnym, codziennym. bo jednorazowy rytuał robi wrażenie na początku, ale przy chronicznym lęku chyba potrzeba czegoś co się powtarza. Czy macie jakieś własne rutyny które macie od dłuższego czasu i rzeczywiście trzymają was przy ziemi?
Właśnie o to mi chodziło - Lena, zakorzenienie przez ciało to nie jest jedna technika, to raczej zasada. Najprostsze co znam: stopy płasko na podłodze, nacisk świadomy, oddech do brzucha, nie do klatki. Robisz to przez może pięć minut, ale z pełną uwagą na fizyczny kontakt z podłożem. Nie wyobrażasz sobie, nie wizualizujesz nic - po prostu czujesz ciężar ciała. To jest baza. Dopiero na tym można cokolwiek budować.
Wracając do pytania które sama zadałam wcześniej - Lena mówiła o decyzjach, o staniu na rozstaju. I teraz czytam o zakorzenieniu przez ciało i myślę, że to może być brakujący krok przed jakimkolwiek rytuałem decyzyjnym. Bo jak człowiek jest w trybie alarmowym to i tak nie podejmie dobrej decyzji, nawet jeśli rytuał coś wskaże. Czy ktoś to łączył w praktyce? Zakorzenienie najpierw, potem na przykład losowanie, rzut, układ - cokolwiek prognostycznego?
Dobrze że to mówisz, bo miałam wrażenie że w tej rozmowie zakorzenienie zaczyna być traktowane jak osobna tradycja, a to po prostu warunek wstępny. Sama go ignorowałam latami i potem dziwiłam się że rytuały działają różnie - raz tak, raz nie. Jak już zaczęłam to traktować poważnie, stały się bardziej spójne.
Dobra, rozumiem zakorzenienie przez ciało jako wstęp. Ale mam pytanie praktyczne - co jeśli ten lęk wraca w środku nocy? bo u mnie tak jest, budzę się o czwartej rano z sercem bijącym na alarm i żaden rytuał mi się wtedy nie chce robić. To jest właśnie ten moment kiedy jest najgorzej i nie mam pojęcia co zrobić.
Lena, to ważna konkretyzacja. Lęk nocny to osobna kategoria - wtedy ciało jest w trybie pobudzenia i działa inaczej niż w ciągu dnia. Czy to jest lęk o konkretną rzecz, czy bardziej takie ogólne "coś jest nie tak" bez treści?
Alarm bez komunikatu to klasyczny objaw tego, że umysł przetwarza coś co nie ma jeszcze formy. I tutaj jest paradoks - rytuał może pomóc właśnie przez nadanie formy temu co bezforemne. Jedna rzecz którą znam i działa przy nocnym lęku to spisanie - nie analiza, tylko wyrzucenie na papier wszystkiego co jest w głowie. Bez redagowania, bez zdań eee słowa, obrazy, skojarzenia. Potem zamknięcie zeszytu. fizyczne zamknięcie ma znaczenie.
Babcia mówiła że na nocny strach trzeba wstać i zapalić świecę - nie żeby cokolwiek robić, tylko żeby mieć punkt skupienia. Mówiła że ciemność "rozmnaża" strach a ogień go zbiera w jedno miejsce. Nie wiem czy to ma jakieś głębsze znaczenie, ale pamiętam że jak byłam mała i się bałam, faktycznie siadałyśmy z nią przy świecy i jakoś przechodziło.
A można użyć czegoś zamiast świecy 😀 Bo mieszkam w akademiku i ogólnie open flame to problem. Lampka? Jakaś żarówka?
oj tam, ale wróćmy na chwilę do Leny i do sprwy nocnego lęku jako konkretnego problemu. Celestyn mówił o zapisywaniu, Wandzia o świecy, Judytka o zakorzenieniu przez ciało. To są trzy różne podejścia do tego samego momentu. Lena - czy coś z tego brzmi jak coś co mogłabyś faktycznie zrobić o czwartej rano kiedy masz serce na wierzchu?
To ma sens. Sekwencja: najpierw punkt skupienia żeby zatrzymać wirowanie potem ciało. Nie odwrotnie. Przy nocnym pobudzeniu odwrócenie kolejności rzadko działa.
wiesz co, Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam jendo pytanie do Celesstyna - mówił o zapisywaniu i fizycznym zamknięciu zeszytu. Czy to ma działać tylko przez ten gest zamknięcia, czy jest coś więcej co się z tym robi? Bo mam zeszyt do snów i trochę podobnie go traktuję, ale nigdy nie myślałam że samo zamknięcie może być częścią rytuału.
To jest jedno z tych pytań na które nie ma jednej odpowiedzi. Są tradycje które mówią że intencja jest wszystkim, są takie które twierdzą że rytuał dziala niezależnie - jak mechanizm. Ale to trochę odpływamy od Leny i jej czwartej rano.
Nie, zostawcie to, bo to akurat mnie też dotyczy. Zastanawiam się właśnie czy jak zacznę świecę i zeszyt, to muszę to traktować z pełną uwagą, czy wystarczy że po prostu to zrobię. Bo o czwartej rano moja "pełna uwaga" to fikcja.
Lena, to ważne pytanie. Przy nocnym lęku nie oczekuj od siebie pełnej przytomności umysłu - to nierealne. Chodzi o gest, o sekwencję, nie o głębię. Zapal, usiądź, patrz przez chwilę. Potem ewentualnie napisz kilka słów. Nie esej.
Czytam o tym świecznym skupieniu i mam wrażenie że to działa właśnie dlatego że dajemy mózgowi jeden konkretny punkt zamiast nieskończonej przestrzeni do błądzenia w nocy. Czy to jest ta sama zasada co liczenie oddechu w medytacji? serio, bo jeśli tak, to może to nie musi być ogień, może być cokolwiek wyrazistego wizualnie?
Babcia miała osobną maleńką lampkę olejną na kominku, taką z czerwonym szkłem. Mówiła że czerwień zatrzymuje strach bo strach jest zimny a czerwień ciepła. Nigdy tego nie rozumiałam dosłownie, ale ta lampka miała w sobie coś co sprawiało że przy niej się siedziało spokojniej. Może to sprawa koloru światła?
To jest zresztą ten sam mechanizm co w galdrze - skandynawskie zaklęcia ochronne nie były prośbami były opisami stanu który chciałeś osiągnąć, wypowiadanymi na głos żeby nadać im formę dźwięku i słowa. Słowo jako akt separacji od chaosu. To coś bardzo pierwotnego.
To jest coś co mogłabym zrobić. szept przy świecy, kilka zdań, zamknięcie zeszytu. Brzmi jak sekwencja którą jestem w stanie pamiętać nawet o czwartej. Ale mam jeszcze jedno pytanie - czy to robić za każdym razem jak się obudzę, czy to ma sens tylko sporadycznie?
