Mam do was pytanie, bo chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu. Robię swój poranny rytuał od chyba dwóch lat w identycznej formie - zapalenie świecy, kilka minut ciszy, konkretna sekwencja afirmacji, zawsze te same, zawsze w tej samej kolejności. I zastanawiam się, czy to jest dobre, czy może powinnam coś zmieniać. eh, bo z jednej strony czuję, że ta przewidywalność mi służy, z drugiej słyszałam opinie, że rytuał bez ewolucji traci znaczenie. Czy ktoś świadomie utrzymuje swój rytuał niezmieniony przez długi czas?
To jest jedno z tych pytań, na które nie ma jednej odpowiedzi, bo zależy od tego, czemu ten rytuał w ogóle ma służyć. Jeśli chodzi o zakotwiczenie - powtórzenie jest jego istotą. Mózg działa tak, że przewidywalny ciąg bodźców wywołuje coraz szybszą i głębszą odpowiedź - to właśnie na tym opiera się kondycjonowanie w każdej tradycji, od buddyjskich praktyk rang czen po katolickie koronki. Problem zaczyna się wtedy, gdy rytuał staje się mechaniczny do tego stopnia, że wykonujesz go na autopilocie i w ogóle nie wchodzisz w żaden stan. A to jak dokładnie u ciebie wygląda - nadal czujesz tę cisze jako faktyczną przerwę, czy już po prostu odhaczasz kolejne kroki?
Myśle że ta różnica którą opisujesz - raz głęboka cisza, raz myśli o zakupach - to jest akurat normalne i nie świadczy że coś z rytuałem jest nie tak. Nawet w tradycyjnych zakonach mówi się że modlitwa "sucha" czyli bez zadnego odczucia ma tyle samo wartości co ta z przeżyciem 🙂 Sama regularność jest jakimś aktem woli. Stagnacja moim zdaniem to nie jest monotonia formy, tylko kiedy przestajesz w ogóle chcieć do rytuału podchodzić.
Ale skąd wiadomo kiedy to jest już ta stagnacja, a kiedy po prostu trudniejszy okres? Pytam bo mam podobnie, mój rytuał jest dość stały i czasem zastanawiam się czy nie powinnam go jakoś rozbudować, ale nie wiem co właściwie czuję - czy nudę, czy po prostu spokój.
Ten przykład z myciem zębów jest właściwie całkiem trafny, choć brzmi przyziemnie. W numerologii i w wielu systemach duchowych mówi się o tym, że czynność wykonywana regularnie bez dramatycznego zaangażowania emocjonalnego może być nawet bardziej stabilna energetycznie niż taka, przy której za każdym razem wywołujesz w sobie silny stan. Bo silne stany są nietrwałe z definicji - wypalają się. Natomiast mnie zastanawia co innego w tym wątku - czy ta niezmienność formy przekłada się u was na niezmienność intencji? Bo można robić te same gesty z zupełnie inną intencją każdego dnia.
Wchodzę w to bo temat mnie dotyczy bezpośrednio. Mam rytuał medytacyjny który nie zmienił się od bardzo dawna - ta sama pora, ta sama pozycja, ten sam obiekt koncentracji. I przez długi czas czułem się z tym świetnie, ale ostatnio zacząłem mieć wrażenie czegoś w rodzaju plateau. nie oporu, nie nudy, ale jakby ściany. Jakbym doszedł do jakiegoś miejsca i stał w nim. Nie wiem czy to jest sygnał do zmiany, czy sygnał że za mało wchodzę w głąb. To jest chyba fundamentalne pytanie w całej tej dyskusji - czy monotonia to kwestia formy zewnętrznej, czy wewnętrznego ruchu?
Nie do końca się zgadzam z tym rozróżnieniem. Przyzwyczajenie które przetrwa nacisk staje się rytuałem? To trochę za proste. Myśle że różnica jest gdzie indziej - w tym czy jest jakiś wymiar symboliczny, czy to jest po prostu automatyzm ciała. ale to otwiearłoby kolejne pytanie czy wymiar symboliczny musi być każdorazowo świadomie przywoływany, czy wystarczy że był kiedyś nadany.
To jest właśnie mechanizm rytuału jako takiego - on ma działać niezależnie od aktywnej uwagi, bo jest zakodowany w ciele i w powtórzeniu. Van Gennep pisał o tym jeszcze na początku XX wieku przy analizie obrzędów przejścia - sama struktura czynności przenosi uczestnika, nie jego intencja w danej chwili. Ale to oczywiście dotyczy głównie rytuałów zbiorowych o utrwalonej tradycji. przy rytuałach prywatnych, które sami tworzymy, pytanie o źródło symboliki jest bardziej otwarte. Kto tu ma rytuał, który sam stworzył od zera bez oparcia w żadnej konkretnej tradycji?
Ja mam coś takiego - zacząłem od jakichś elementów które gdzieś wyczytałem, ale z czasem tak to pomodyfikowałem że nie wiem już skąd co pochodzi. I właśnie dlatego mam opory przed niezmienaniem, bo myślę że może to jest "moje" w zbyt dużym stopniu i brakuje mu jakiegoś zakotwiczenia w czymś starszym. oj tam chociaż nie wiem czy to ma znaczenie.
Trochę się kręcimy wokół tego samego - czy zmieniać czy nie zmieniać. Ale może warto zapytać inaczej: co konkretnie by się miało zmienić i po co? Bo to jest inne pytanie niż "czy grozi mi stagnacja". Stagnacja to jest stan, który możesz opisać - coś się zatrzymało, czegoś nie ma. Monotonia sama w sobie jest neutralna. Więc jak ktoś pyta czy codzienne powtórzenie to problem, to chyba najpierw trzeba się zapytać - problem w czym dokładnie? Co miałoby działać lepiej?
To jest bardzo konkretne i właściwie od razu sprawdzam w głowie. mój rytuał medytacyjny - co chcę żeby mi dawał teraz? I szczerze to mószę przyznać że nie pytałem się o to od bardzo dawna. Zakładałem że cel jest stały. A może nie jest.
Ta cisza jako odpowiedź na pytanie o cel to jest coś co znam. I nie interpretowałbym tego automatycznie jako problemu. czasem praktyka przerasta swój pierwotny cel i staje się czymś innym niż to po co ją zaczynałeś - nie gorszym, po prostu innym. Pytanie które wtedy warto potawić to nie "po co to robię" tylko "czym to jest teraz".
To jest ciekawe przesunięcie - z "po co" na "czym jest". Bo "po co" zakłada że coś musi coś dawać, a "czym jest" pozwala na to że może po prostu być. Ale z drugiej strony jeśli rytuał nie ma żadnego celu ani funkcji, to czy to jeszcze rytuał? nie wiem, pytam serio.
Wracam tu bo przeczytałem tą rozmowę od jakiegoś czasu wstecz i mam wrażenie że kluzy problem nie jest ani zmiana ani brak zmiany. ojej no, problem jest taki że ludzie zakładają że ich rytuał powinien cały czas coś robić, dawać, produkować efekty. A może jest tak że po pewnym czasie rytuał nie "działa" w sensie produkcji efekttów, tylko jest - jak coś stałego w codzienności, bez zadania.
Właśnie to rozróżnienie jest dla mnie ważne - między monotonią wybraną a monotonią z inercji. bo efekt na zewnatrz może wyglądać tak samo, ta sama świeca, ta sama pora, ten sam gest, ale to są dwie różne rzeczy wewnętrznie. Jak w astrologii - masz dwa wykresy które wyglądają podobnie ale różnią się jedną pozycją i to zmienia całą interpretację.
Czytam tą rozmowę od początku i mam jedno pytanie bo może coś przegapiłam - czy jest jakiś sposób żeby to sprawdzić 😉 To znaczy czy można jakoś przetestować czy rytuał jest nadal "żywy" czy już tylko nawyk? coś konkretnego.
To interesujące że mówisz o zabarwieniu bo ja też tak to czuję i zawsze miałam problem żeby to komuś wytłumaczyć. Jak coś jest nawykiem to brakuje ci komfortu a jak coś jest rytuałem to brakuje ci - nie wiem jak to powiedzieć - samego siebie trochę? Brzmi dziwniie ale nie umiem inaczej.
I tu jest pytanie czy to jest problem. Bo z tego co wiem o praktykach kontemplacyjnych - na przykład w tradycji zen - właśnie to dążenie do wyuczenia ciała jest celem. żeby praktyka była tak wbudowana że nie wymaga wysiłku woli. Czy zatem "automatyczność" jest znakiem degeneracji rytuału czy jego dojrzałości?
To mnie zatrzymuje. Mój rytuał jest właśnie taki - ciało wie zanim głowa się włączy. I do tej pory myślałam że to zły znak. A może właśnie nie?
Mnie to pytanie też zajmuje od jakiegoś czasu. I nie mam prostej odpowiedzi. Widziałam ludzi którzy robili bardzo świadome, bardzo zamierzone rytuały i były puste jak skorupka. I widziałam kogoś kto robił coś zupełnie automatycznie i było w tym coś bardzo realnego. Więc chyba nie chodzi o samą automatyczność.
Myślę że problem z tą dyskusją jest taki że szukamy jednego kryterium dla czegoś co ma wiele wymiarów. Rytuał może być jednocześnie automatyczny i zakorzeniony, albo świadomy i pusty. To nie jest skala liniowa.
To pytanie Jarowita jest bardzo konkretne i myślę że dla mnie by też działało. Bo jak mi ktoś pyta "co konkretnie" to nagle okazuje się że nie wiem co wiem, tylko coś czuję. A to są dwie różne rzeczy.
Dobra ale wracajac do samego pytania Sigili77 - mamy tu wątek o monotonii i czy to jest problem. I teraz dyskutujemy o lęku Nokturni co jest trochę innym zagadnieniem, nie? Albo to jest ten sam problem patrząc z różnych stron 😀
I właśnie ta różnica między przymusem a rytmem jest dla mnie kluczowa w całym tym wątku. Przymus to jest sytuacja w której nie możesz nie zrobić, rytm to jest sytuacja w której wolisz zrobić. Brzmią podobnie ale są zupełnie różne. Jak wiesz że chcesz - nawet jeśli to chcenie jest bardzo automatyczne - to nie jest przymus.
Może kryterium nie jest subiektywne odczucie w środku tylko zachowanie przy zewnętrznej przeszkodzie. Jeśli coś ci uniemożliwia rytuał - podróż, choroba, cokolwiek - i jesteś w stanie to zaakceptować bez spirali, to znak że masz rytm. Jeśli zaczynasz kombinować jak mimo wszystko to zrobić albo czujesz że dzień jest stracony - to może być coś innego.
I tutaj wracamy do tego co Nokturnia opisała z tym obrazem nieporządku całego dnia. to jest dokładnie ten mechanizm - jedno pominięcie = przepowiednia złego dnia. To nie jest ocena moralna, ale sygnał do obserwacji.
Celowe pominiecie jako test to jest coś co kilka postów wyżej ktoś prooponował i pamiętam że część osób reagowała właśnie tym lękiem. ale to jest chyba jedyna rzetelna metoda żeby sprawdzić czy przekonanie jet prawdziwe. problem jest że jak bardzo wierzysz że dzień będzie zły, to pewnie tak go przeżyjesz, nawet jeśli obiektywnie nic złego nie zaszło.
