O, to jest nowy obrót. Do tej pory zakładaliśmy że monotonia i automatyczność to potencjalny problem. A Czarodka97 mówi żeby może nie ruszać jeśli działa. To jest właściwie też odpowiedź na pierwotne pytanie Sigili - czy można mieć rytuał który jest dokładnie taki sam każdego dnia. Odpowiedź "tak, jeśli działa" jest prosta, ale może właśnie słuszna?
To rozróżnienie z kawą jest celne, ale czy nie za ostre? bo można by powiedzieć, że kawa to też rytuał jeśli towarzyszą jej konkretne czynności, intencja, stałość. Nie chodzi chyba o samą substancję ani nawet o to czy coś zmienia nastrój, tylko o to czy w tej czynności jest jakiś drugi poziom. Pytanie tylko jaki.
Wchodzę tu z boku, ale to pytanie Witchling jest bardzo ważne. Intencja jako słowo jest strasznie wyeksploatowana. Słyszę ją na każdym kroku i zupełnie przestałam wiedzieć co ludzie przez nią rozumieją. Czy chodzi o świadome życzenie? O skupienie uwagi? O deklarację wobec czegoś? Bo to są różne rzeczy.
To może ja spróbuję odpowiedzieć bo mój rytuał to jest właśnie ten test. Kiedy robię go mechanicznie - wstaję, zapalę świecę, siedzę, gaszę - to jest jak kawa. ale kiedy w tym samym geście jest jakieś oczekiwanie, jakiś kierunek, coś do czego się zwracam - wtedy czuję że to jest inaczej. Ale to jest subiektywne i nie wiem czy jest powtarzalne.
"Kierunek do czego się zwracam" - to jest ciekawe sformułowanie. Czy to jest za każdym razem ta sama strona? To znaczy, w monotonnym rytuale ten kierunek jest zawsze taki sam czy może się zmieniac mimo że forma rytuału się nie zmienia?
oj tam, to co opisuje Sigilia jest chyba bliskie temu co w niektórych tradycjach opisuje się jako nakierowanie - nie konkretna prośba ani życzenie, ale orientacja. Wschodnie podejście do medytacji mówi podobnie - forma może być sztywna, ale to co się w niej dzieje nie jest z góry określone 🙂 Nie wiem czy to pasuje do jej rytuału, ale brzmi podobnie.
Hilek, to co opisujesz to jest coś co w praktykach kontemplacyjnych jest rozróżniane dość precyzyjnie. Jest różnica między stabilnością uwagi a jej rozproszeniem - i o dziwo obie mogą wyglądać spokojnie z zewnątrz. Ciekawi mnie czy Sigilia77 ma jakiś sposób żeby odróżnić te dwa stany po fakcie 😉
To jest bardzo konkretna metoda i szczerze rzadko słyszę o kimś kto to robi systematycznie. Jedno zdanie to jest właśnie ta ilość żeby nie stało się kolejnym rytuałem-obowiązkiem. Ale mam pytanie - czy zdarzają ci się tygodnie kiedy te zdania są podobne do siebie? I co z nimi robisz?
Wchodzę z boku bo to pytanie Czarodki jest bardzo dobre, ale chcę dodać perspektywę. Podobne zdania przez tydzień niekoniecznie znaczą że nic się nie dzieje. Może znaczyć że jesteś w stabilnym etapie. To nie jest automatycznie stagnacja.
Myślę że różnica jest w tym co dzieje się poza rytuałem. Stagnacja objawia się w życiu, nie w samym rytuale. Jeśli rytuał jest niezmieniony od roku, ale twoje rozumienie pewnych spraw, relacje, działania - ewoluują - to nie ma stagnacji. Rytuał jest wtedy czymś w rodzaju kotwicy, nie sufitu.
Właśnie to mnie uderzyło dwie strony temu - że cały ten wątek kręci się wokół załozenia że zmiana jest dobra. a może dla niektórych osób i niektórych rytuałów stałość jest po prostu tym co ma być. Tradycje liturgiczne całego świata opierają się przecież na dokładnej powtarzalności i nikt nie twierdzi że to stagnacja.
To co napisała Sigilia na końcu jest dla mnie kluczowe - że zadała pytanie opierając się na założeniu że monotonia to problem. A skąd w ogóle bierze się to założenie? Bo ja je też mam i nigdy nie zastanawiałem się skąd. Może z jakiejś ogólnej narracji że wzrost zawsze musi wyglądać jak zmiana?
Sigilia, wróce do tego co napisałaś o notatce po rytuale. eee, masz te notatki z dłuższego czasu - miesiąc, kilka miesięcy? Bo mam wrażenie że to co opisujesz to jest coś co widać dopiero w skali. Jedno zdanie dziennie przez tydzień mówi mało, ale przez pół roku to może być coś zupełnie innego.
To jest właśnie to - rytuał jako pewien rodzaj lustra. Forma stała, ale to co w niej widzisz zmienia się. I może właśnie dlatego stałość formy jest ważna - gdyby lustro cały czas się ruszało, nie byłoby wiadomo czy zmieniasz się ty czy ono.
Ale chwilę - czy my nie zaczynamy zakładać że Sigilia ma jakiś problem do rozwiązania? Bo ona w ostatnim poście napisała coś co brzmi bardziej jak odkrycie niż pytanie. Że zmiana była w niej, nie w rytuale. eee, to nie brzmi jak stagnacja.
Hilek, to ciekawe że to widzisz, bo pisząc tamten post sama poczułam to samo. Jakby gdzieś w toku tej rozmowy przestałam szukać odpowiedzi na pytanie które zadałam, bo pytanie się zmieniło. Teraz bardziej ciekawi mnie to o czym Bogumil pisał - skąd wzięło się to założenie że muszę zmieniać rytuał.
Wchodzę bo mam swoje doświadczenie z tym. Przez kilkanaście miesięcy robiłam ten sam rytuał w każdy nów - dokładnie to samo, w tej samej kolejności. I za każdym razem było inaczej mimo że zewnętrznie wyglądało identycznie. W końcu zmieniłam jeden element bo pomyślałam że "czas". I przez miesiąc czułam że coś nie gra. Wróciłam do starej formy.
To co opisuje Lesnica to trochę jak nawyk, ale nie w pejoratywnym sensie. Nawyk jako tor po którym coś płynei. Zmienisz tor - trzeba budować od nowa. I może właśnie dlatego tradycje liturgiczne nie zmieniają formy co dwa tygodnie - bo tor musi być głęboki żeby cokolwiek po nim płynęło.
Czytam to od jakiegoś czasu i mam jedno pytanie bo nie do końca rozzumiem - jak długo trzeba robić ten sam rytuał żeby "tor był głęboki"? czy jest jakaś praktyczna wskazówka, czy to jest bardzo indywidualne?
I tu wchodzi coś czego jeszcze nie powiedzieliśmy wprost - że znudzenie rytuałem a wejście rytuału w cialo to dwa zupełnie różne stany, które z zewnątrz mogą wyglądać tak samo. Oba wyglądają jak "robię to automatycznie". ale jedno jest zubozeniem drugie jest pogłębieniem. Jak je odróżnić u siebie - to jest naprawdę trudne pytanie.
Sigilia właśnie odpowiedziała na pytanie które zaczęłam zadawać na początku tego wątku - o to czym jest intencja w rytuale. Może intencja to nie jest życzenie ani skupienie na konkretnym celu. Może intencja to jest właśnie ta obecność która sprawia że rytuał nie jest tylko gestem. A metoda notatek jest sposobem żeby tę obecność monitorować. Proste i bardzo konkretne.
No ale właśnie - czy to nie jest trochę niebezpieczne podejście? bo jeśli intencja to tylko obecność, to po co w ogóle wiedzieć co się chce zmienić albo osiągnąć? Rytuał bez kierunku to chyba tylko... ceremonia? Nie wiem czy dobrze to rozumiem, ale mam wrażenie że to zbyt luźna definicja.
Ten wątek z kierunkiem i obecnością to mi przypomina rozróżnienie które robi Simone Weil w swoich notatkach o modlitwie. Ona pisała że uwaga jest formą miłości - że prawdziwa uwaga skierowana na coś jest sama w sobie aktem. Nie trzeba nic więcej. I to jest zadziwiająco bliskie temu co opisuje Sigilia z tymi codziennymi notatkami - że rytuał jest formą uwagi a uwaga jest tym co nadaje mu treść.
Ale jak to wygląda w praktyce kiedy rytuał jest naprawdę krótki? Bo te wszystkie opisy brzmią jakby chodziło o długie, rozbudowane praktyki. A co jeśli ktoś robi coś trwającego może pięć minut rano - zapalenie świecy, chwila ciszy, zgaszenie? Czy tam też można mówić o tej uwadze która nadaje treść?
Mam pytanie które może wydawać się z boku, ale jest związane - czy ktoś z was zauważył że monotonia rytuału ma inny charakter latem a inny zimą? Pytam serio, bo mnie to zaskakuje od lat. Robię ten sam rytuał poranny, ale jakoś w grudniu ta forma czuje się zupełnie inaczej niż w czerwcu mimo że nic się nie zmieniło. Jakby otoczenie wchodziło do środka mimo że rytuał jest zamknięty.
To jest ciekawy trop. Melatonina, kortyzol rano różni się w zależności od ilości światła - to nie jest mistyka, to fizjologia. Ale efekt praktyczny może być podobny do tego co Bogumil opisuje. ten sam rytuał, inne ciało które go wykonuje. I może te zmiany które Sigilia wychwytuje w swoich notatkach to są między innymi właśnie takie rytmy?
Czyli rytuał jako coś w rodzaju sejsmografu? Forma nieruchoma ale zapisuje drgania? To ładne, choć trochę niepokoące bo zakłada że my sami jesteśmy tymi drganiami i nie mamy nad tym dużej kontroli.
