No właśnie, bo "obiektywność" to chyba termin z innej rozmowy. Czy ktoś w ogóle przy wróżeniu zakłada że da się osiągnąć coś na wzór naukowy? Mam wrażenie że samo słowo z tytułu wątku trochę narzuca ten problem.
No i wracamy do kwadratu. Żeby sprawdzić rzetelność odczytu potrzebny jest punkt odniesienia poza sobą - albo czas i weryfikacja, albo inna osoba. Nie ma innej drogi. Dlatego wymiana z kimś którą opisywałem wcześniej jest dla mnie metodą pierwszego wyboru, nie jakąś egzotyczną opcją.
Ale wracając do pytania Gituski - jak rozpoznać ten moment w trakcie ciągnięcia, nie po fakcie. Bo to co opisuję z tym "no bo przecież" to jest coś co widzę zazwyczaj gdy już piszę odczyt. Czy ktoś ma sposób na wyłapanie tego wcześniej, jeszcze przy samym losowaniu?
Właściwie to Agaa32 poruszyła coś co mnie też ciągnie od początku tego wątku - bo tu mówimy dużo o weryfikacji i rzetelności, ale nie mówimy prawie nic o tym co robić kiedy tej weryfikacji po prostu nie ma. Czy ktoś pracował długo solo i ma jakieś wnioski z tego jak to wpłynęło na odczyty?
To jest ciekawe bo sugerujesz że zniekształcenie nie idzie zawsze w stronę pożądanego wyniku - może też iść w stronę obawianego. Czyli nie chodzi tylko o myślenie życzeniowe, ale o jakikolwiek silny ładunek emocjonalny przy pytaniu. Czy tak to rozumiesz?
Czy to nie jest trochę tak jak z kartami? Czytałam że w tarocie też mówi się że trudno czytać sobie przy pytaniach z dużym ładunkiem emocjonalnym. Zastanawiam się czy runy i karty mają tu ten sam problem czy jednak inaczej to działa.
Jest jeden konkretny sposób który stosowałem przez pewien czas. Brałem to samo pytanie, zadawałem je ponownie po kilku tygodniach bez zaglądania do poprzedniego zapisu, a potem porównywałem nie wyniki - bo runy mogły być inne - tylko kierunek interpretacji. Jeśli przy tym samym kontekście życiowym kierunek był spójny, uznawałem to za znak że słownik działa stabilnie. Jeśli się odwracał, to był sygnał do pytania dlaczego.
Wrócę do podstawowego pytania tematu, bo trochę odpłynęliśmy. Cała ta rozmowa o spójności, słowniku, stanie przed sesją - to wszystko jest o tym żeby zwiększyć niezależność czytania dla siebie. Ale czy ktoś ma poczucie że osiągnął taki poziom gdzie naprawdę ufa swoim odczytom dla siebie? Nie pyta o to czy są obiektywne, tylko czy czuje że działają?
Pytam wprost, bo sam nie jestem pewien odpowiedzi: czy ktokolwiek z was doszedł do punktu gdzie naprawdę ufa sobie przy czytaniu dla siebie? Nie mówię o komforcie ani o rutynie, tylko o tym że masz poczucie że twoja interpretacja jest w miarę niezależna od tego czego chcesz.
To co Shangie opisuje z tym zdaniem przed sesją - spróbowałam ostatnio i faktycznie mnie zaskoczyło. Napisałam co myślę że wyjdzie i wyszło zupełnie co innego. Ale potem i tak interpretowałam pod to czego się spodziewałam, tylko bardziej na okrężnej drodze. Jak wy z tym walczycie?
Mam wątpliwość do tego podejścia. Jeśli interpretujesz każdą runę osobno, to jaką ramę stosujesz? Bo Sowilo i Hagalaz osobno brzmią zupełnie inaczej niż razem, i to nie dlatego że "narrację buduję" tylko dlatego że kontekst runiczny jest częścią znaczenia. Czy to nie jest przypadkiem sztuczna separacja?
Wtrącę się bo mam podobne doświadczenie z tarota. Izolowanie kart przed złożeniem w całość to technika stosowana przy nauce właśnie po to żeby nie "opowiadać sobie bajki". Nie twierdzę że to ortodoksyjne podejście, ale jako sposób do samokontroli działa. Może Ballen stosuje to podobnie - nie jako metodę interpretacji tylko jako test na własne skrzywienie?
Słucham od jakiegoś czasu i mam jedno pytanie do wszystkich: czy ktoś próbował po prostu nie zadawać sobie pytań o sprawy które bardzo go dotyczą? Tzn. używać run tylko przy pytaniach gdzie naprawdę nie zależy ci na wyniku - i sprawdzić czy wtedy czytanie idzie inaczej?
Mam wrażenie że ta rozmowa idzie w kierunku gdzie runy stają się lustrem psychologicznym, a nie systemem przepowiedni. Ale czy to nie jest jednak ominięcie pytania z tytułu wątku? Bo jeśli czytamy siebie, a nie jakiś obiektywny przekaz, to obiektywność jest z góry niemożliwa i dyskusja nie ma sensu.
Ale czytanie zimne na cudzym układzie to w zasadzie usługa wróżbity, nie samodzielna praktyka. Więc pytanie z tytułu wątku w zasadzie prowadzi do wniosku że samodzielne czytanie dla siebie ma strukturalne ograniczenia których nie da się w pełni wyeliminować. Czy ktoś tutaj ma inną hipotezę?
To jest dobry punkt. Sami siebie okłamujemy w kwestii tego jak bardzo nam zależy. Może zamiast pytać siebie o zaangażowanie, lepiej sprawdzić czy jesteś w stanie wymienić minimum dwa wyniki które byłyby dla ciebie jednakowo akceptowalne. Jeśli nie możesz - masz odpowiedź że nie powinieneś czytać teraz sam.
Z kartami to jest dokładnie ten wzorzec. Mózg w trybie silnego zaangażowania zaczyna znajdować połączenia wszędzie, to całkowicie normalne i dobrze opisane nawet poza ezoterką. Problem w tym że przy runach jest mniej symboli niż w tarocie i każda runa ma szersze spektrum znaczeń - więc podatność na dopasowywanie jest chyba nawet wyższa. Mniejszy zbiór, szersze znaczenia, łatwiej znaleźć cokolwiek się chce.
