Mam pytanie, które chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu. Zaczynam przygodę z runami i nie wiem, od której strony się za to zabrać. Czy najpierw uczyć się historii, skąd pochodzą, jak powstawał Elder Futhark, jakie były pierwotne znaczenia - a potem przechodzić do tej bardziej psychologicznej warstwy z archetypami? Czy może odwrotnie - najpierw znaczenia, obrazy, symbole, a historia przyjdzie z czasem? Czytałam gdzieś, że bez znajomości kontekstu historycznego znaczenia run mogą być mocno naciągane, ale z drugiej strony ktoś inny twierdził, że to archetypy są sednem i od nich właśnie warto zacząć. Kompletnie nie wiem, co wybrać.
To zależy od tego, czego właściwie oczekujesz od run. Jeśli interesuje cię głównie wróżenie i praca ze znaczeniami - archetypy na start mają sens, bo dają ci coś konkretnego, z czym możesz pracować od razu. Jeśli jednak chcesz rozumieć, skąd te znaczenia w ogóle się wzięły i dlaczego akurat takie, a nie inne - bez historii ani rusz. Problem z uczeniem się wyłącznie na bazie archetypów polega na tym, że część tych interpretacji to dość współczesna nakładka, niekoniecznie zakorzeniona w tym, co faktycznie wiemy o runach ze źródeł.
A nie jest tak, że te "oryginalne znaczenia" też są w dużej mierze rekonstrukcją? Bo skoro nie mamy jednoznacznych starożytnych tekstów tłumaczących każdą runę, to skąd pewność, że historia daje nam coś pewniejszego niż archetypy?
Dodam coś od siebie, bo sam przez to przechodziłem. Zaczynałem od archetypów, bo tak mi polecono, i przez jakiś czas mi to wystarczało. Ale w pewnym momencie dotarło do mnie, że moje odczyty są bardzo "gładkie" - każda runa brzmiała jak ogólna życiowa mądrość, bez żadnej ostrości. Dopiero jak sięgnąłem do historii i poematu anglosaskiego, islandzkiego, norweskiego - zaczęłem czuć, że za każdym znakiem stoi coś konkretnego, nie tylko abstrakcyjna energia.
Ja podchodziłem do tego inaczej i nie żałuję. Zacząłem od nauki samych kształtów i fonetyki - żeby zapamiętać, jak runa wygląda i jak brzmi jej nazwa. Dopiero potem dobierałem znaczenia. Brzmi może dziwnie, ale ta kolejność pomogła mi nie mylić run na początku, bo każda miała w głowie jakiś wizualny i dźwiękowy "hak", zanim nałożyłem na to znaczenie.
A czy to ważne, żeby znać wszystkie 24 runy na raz, czy można zaczynać od kilku i stopniowo rozszerzać? Bo zawsze myślałam, że tak właśnie powinno się robić, ale teraz nie wiem.
Mam trochę inne doświadczenie - zaczęłam od archetypów i kart, więc runy podchodziłam trochę tak samo, jak tarota. I paradoksalnie to mi pomogło, bo od razu widziałam pewne analogie. Fehu to coś jak Pentakle, Isa jak Tower w zatrzymaniu. Nie wiem, czy to metodycznie poprawne, ale działało jako most do czegoś, co już znałam.
Zgadzam się z Whisperem. Zresztą samo pytanie "co najpierw" może być trochę pułapką - sugeruje, że jedno zamkniesz, zanim otworzysz drugie. W praktyce zaczynasz od czegokolwiek, a potem i tak wracasz do punktu wyjścia ze świeższymi oczami.
To rozumiem, że nie ma jednej właściwej drogi, ale gdybyście mieli komuś dać jedną konkretną wskazówkę na sam początek - nie całą mapę, tylko pierwszy krok - co by to było? Pytam, bo mam tendencję do zbierania informacji bez działania i chciałabym wreszcie zacząć coś praktykować, nie tylko czytać.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale czy jest jakiś poemat, który jest uznawany za "lepszy punkt wyjścia" niż inne? Bo rozumiem, że jest ich kilka i nie wiem, od którego zacząć.
A wracając do tego, co mówiła Betalia o kontekście mitologicznym - jak dużo mitologii norweskiej trzeba znać, żeby poematy w ogóle coś dawały? Bo to brzmi jak kolejna rzecz do przestudiowania zanim się zacznie.
Tylko czy ta mitologia nordycka, którą teraz znamy, nie jest też w dużej mierze rekonstrukcją albo wytworem konkretnej epoki i konkretnych skrybów? Snorra Edda to jest średniowieczny tekst chrześcijańskiego autora. Czy nie jest to ten sam problem, co z archetypami - że każde źródło jest zabarwione epoką, w której powstało?
I tu wracamy do sedna tego wątku, bo Anastaya pytała od czego zacząć. Jeśli zaczynasz od podejścia Jungowskiego, to nie zaczynasz od Futharku - zaczynasz od konkretnej tradycji interpretacyjnej, która może, ale nie musi, mieć związek z historią. To jest wybór, który trzeba zrobić świadomie.
To może być pomocna wskazówka praktyczna - zanim się wciągnie w konkretną książkę, sprawdzić wstęp i zobaczyć, co autor mówi o swoich źródłach. Jeśli tego nie mówi wcale albo mówi mgliście, to już sygnał.
Dobra, ale to zakłada, że wiem, czego szukać w tym wstępie. Ja jak czytałam wstępy, to brzmiały dla mnie podobnie. "Starożytna tradycja", "wielowiekowa wiedza" - to jest w każdej książce, którą przeglądałam.
To brzmi jak dobra zasada ogólna. Ale wrócę do swojego problemu praktycznego - skoro każde podejście jest gdzieś osadzone, to czy na samym początku lepiej wybrać jedno i iść w głąb, czy próbować trochę każdego?
To rozróżnienie między "moje" a "historyczne" wraca tu co chwilę i chyba nie przypadkowo. Dla mnie to jest de facto pytanie o to, co Anastaya zadała na początku wątku, tylko z innej strony - czy uczysz się systemu, który istnieje poza tobą, czy budujesz własny. I to są naprawdę dwie różne drogi, nawet jeśli startują od tych samych dwudziestu czterech znaków.
Słuchajcie, ja się trochę zgubiłam. Mówicie o "dwóch drogach", ale na początku wątku chodziło chyba o to, od czego zacząć naukę run w ogóle. Czy my teraz mówimy o czymś, co jest ważne dla osoby, która jeszcze nie zaczęła?
A jest w ogóle sens czytać Eddę po polsku? Pytam, bo widziałam przekłady i miałam wrażenie, że to trochę jak czytanie przez mgłę - sporo przypisów, komentarzy, i nie zawsze wiadomo, co jest tekstem, a co interpretacją tłumacza.
I to jest właściwie cały sedno tej rozmowy, wracając do tytułu wątku. Nie ma neutralnego startu, ale jest start bardziej lub mniej świadomy. Anastaya trafiła na właściwy moment, żeby rozszerzyć perspektywę - ma już język jednego systemu i teraz może zobaczyć, że to jest jeden z wielu języków, nie jedyny.
Dobra, ale ja nadal mam pytanie do całej tej rozmowy - mówimy teraz o Eddzie, o historycznym kontekście, o dwóch drogach, ale Anastaya powiedziała, że ma za sobą jedną książkę i zna znaczenia z jednego systemu. To konkretnie co teraz miałaby zrobić? Wziąć Eddę do ręki i co - czytać od deski do deski?
Trochę czuję, że ta rozmowa zmierza do wniosku, że wszystkie popularne książki o runach są złe i trzeba czytać źródła. Ale to chyba nie jest takie proste, nie? Bo część ludzi uczy się przez systemy i to im działa.
A to jest właśnie problem, który miałam z tarotem - nie wiedziałam, czy interpretuję, czy projektuję. Jak wy to rozróżniacie? Serio pytam, bo nie znalazłam na to dobrej odpowiedzi nigdzie.
A czy w ogóle da się oddzielić te dwie rzeczy? Bo jak ja zaczęłam z kartami, to nie wiedziałam jeszcze po co, a jakoś się to ułożyło. Może z runami jest podobnie?
Problem z archetypem na starcie jest taki, że większość popularnych systemów to XX-wieczne wynalazki. Uczysz się wtedy nie runy, tylko cudzej interpretacji runy. I potem bardzo trudno to rozplątać, bo to pierwsze znaczenie siada najgłębiej.
Jest też inne kryterium - sprawdź, czy system faktycznie pozwala ci odczytywać coś, czego wcześniej nie wiedziałeś, czy tylko potwierdza to, co już myślisz. Bo mapa, która zawsze pokazuje ci dokąd chcesz iść, to zła mapa.
To mi przypomina, jak testowałam różne talie tarota zanim kupiłam. Brałam jedną kartę i patrzyłam, czy obrazek mówi mi coś poza "aha, to jest X". Może z runami można podobnie - wziąć jedną runę i porównać jej opis w kilku systemach?
